Witaj. Welcome.

(for ENG.scroll down) Witaj na blogu poświęconym chorobie dwubiegunowej i schizoafektywnej. Tak, jestem chora psychicznie. Co zabawne, jestem też psycholożką. Piszę o swoich doświadczeniach, głównie po to, byś poczuł/poczuła się mniej samotna/y, a być może odnalazł/a pewne strategie radzenia sobie z chorobą lub utrzymywania się na powierzchni zdarzeń, gdy przychodzi kolejna jej  fala. Nie piszę o „walce z chorobą“, bo byłaby to nierówna, prymitywna ustawka. Myślę o sobie nie w kategoriach wojowniczki, a po prostu survivora, „kogoś, kto do tej pory przetrwał“ (dziesiątki razy).

Wszystkie obrazki publikowane tutaj są mojego autorstwa i są moją własnością.

Blog jest dwujęzyczny. The blog is bilingual (English below). 

Welcome to the blog dedicated to bipolar/schizoaffective disorder. Yes, I am mentally ill. And I am a psychologist, what’s really funny indeed. I write about my experiences mainly to make you feel less alone, and to help you find, maybe, some coping strategies to be able to hold your head above the waterline when the next wave of the illness comes; we all know it will. I don‘t write about the „fight with the illness“ because in my opinion such fight would be – or is – far from fair. I consider myself a survivor (many times), not the warrioress.

All the images that are published here I’ve created. They are protected by copyrights.

do poniedziałku / till Monday

(ENG.below) Sześć dni pod rząd z halucynacjami i urojeniami. I gigantycznym zaprzeczeniem, że mam głębszy problem, wymagający hospitalizacji. Mój mózg przez 1-2 godziny dziennie przebywa w alternatywnej rzeczywistości, w której tak naprawdę umieram, zaraz pęknie mi guz mózgu, w którym znajduje się czip, mąż spiskuje przeciwko mnie, wszyscy na mnie patrzą i o mnie mówią, i tak dalej. Jeśli do poniedziałku nic się nie zmieni, idę do szpitala. Ale już się zmienia. Sama wizja pobytu w klinice zadziałała tak mobilizująco, że ani wczoraj, ani dziś się nie zdekomponowałam. Mam jeszcze ataki niepokoju i objawy depresyjne, ale to niewielka szkoda w porównaniu z tym, że potrafię latać czy rozumiem język ptaków.

Sesja terapeutyczna wczoraj była przełomowa. Mój mąż ze łzami w oczach opowiadał o moich atakach – ja wielu momentów nie pamiętałam, bo psychoza wymazuje pamięć. Opowiadał o tym, jak się boi, i że jest 24h na dobę en garde. Mój psychiatra robił wielkie oczy i przypominał mi, że kryzys zaczął się już miesiąc temu. A ja pomalutku, powoli, słuchając ich dopuszczałam do siebie wiadomość, że jest naprawdę źle. Mimo, że przez większą część dnia potrafię funkcjonować. Jest źle, bo jest niebezpiecznie. Bo urojenia to nieprzewidywalne twory. Nie odróżniając rzeczywistości od nie-rzeczywistości mogę zrobić krzywdę sobie, komuś lub czemuś. Dlatego bezpieczniejsza byłabym w szpitalu.

Do poniedziałku. Byle do poniedziałku.

Six days in a row with hallucinations and delusions. And a gigantic denial that I have a deeper problem that requires hospitalization. My brain is in an alternate reality for 1-2 hours a day, in which I am actually dying, a brain tumor with a chip in it will burst, my husband is plotting against me, everyone is looking at me and talking about me, and so on. If nothing changes by Monday, I go to the hospital. But it’s already changing. The very vision of staying in the clinic was so stimulating that I did not decompose myself yesterday or today. I still have anxiety attacks and depressive symptoms, but this is a minor pity compared to the fact that I can fly or understand the language of birds.

The therapy session yesterday was groundbreaking. My husband talked about my attacks with tears in his eyes – I did not remember many moments, because psychosis erases my memory. He talked about how he was afraid and that he was en garde 24 hours a day. My psychiatrist’s eyes widened and he reminded me that the crisis had already started a month ago. And slowly, listening to them, I let in the news that it was really bad. Even though I can function most of the day. It’s bad because it’s dangerous. Because delusions are unpredictable things. By not distinguishing between reality and non-reality, I can hurt myself, someone or something. Therefore, I would be safer in the hospital.

Till Monday. Until Monday.

święty Mikołaj / Santa Claus

(ENG.below)

Dziś światowy dzień walki z depresją. Wszyscy gromadzimy się z toporami i mieczami, by usiec tego śmiertelnie przecież groźnego przeciwnika. Z tej okazji spotykam się z kolegą, który od wielu lat jest w depresji. Pytam go, czy wierzy w zdrowienie. Tak malutko, odpowiada. Tyle, co w świętego Mikołaja? – dopytuję. Nie, w świętego Mikołaja wierzę bardziej, mówi on. Wierzę w nadzieję na zdrowienie, dodaje. To ona mi pozwala przeżyć z dnia na dzień. Stworzą nowe leki, nowe terapie, nowe podejścia…O kurcze, to brzmi prawie optymistycznie! Śmiejemy się. Oboje czasem nie mamy siły wstać z łóżka ani się umyć, ubrać, przygotować coś do jedzenia. Przy czym on żyje sam, a ja mam opiekę męża. Wiem, że ktoś się mną zajmie, ktoś mi pomoże. On nie ma tyle szczęścia.

Piszę ten tekst na balkonie, na którym przesiaduję godzinami, rysując, bo jest tak ciepło. Piszę z depresji, która trwa już miesiąc; zelżała po lekach antydepresyjnych, które w końcu zadziałały, w wyniku czego nie czuję teraz absolutnie nic. Moja paleta uczuć zredukowała się do spokoju i niepokoju, który przybiera różne ostre formy. Przez ostatnie trzy dni, każdego dnia miałam urojenia. Pierwszy atak w niedzielę na wycieczce, drugi w centrum miasta, podczas oczekiwania na kolegę, trzeci wczoraj., wzbogacony o halucynacje. Teraz każdego popołudnia boję się, że symptomy psychotyczne znowu przypłyną i porwą mnie w irracjonalny, wykrzywiony świat podejrzeń i derealizacji. Dziś zostałam sama w domu i towarzyszył mi ogromny lęk. A co jeśli na symptomy depresyjne nałożą się psychotyczne, i zrobię sobie krzywdę?…

Z okazji światowego dnia walki z depresją życzę wam wszystkim, żebyście nigdy nie musieli walczyć z depresją. Ani swoją, ani niczyją inną.

Today is the world day for the fight against depression. We all gather with axes and swords to stalk this deadly enemy. On this occasion, I meet a friend who has been depressed for many years. I ask him if he believes in healing. Just a tiny, tiny bit, he replies. So much as in Santa Claus? – I ask. No, I believe in Santa Claus more, he says. I believe in hope for recovery, he adds. It allows me to survive from day to day. They will create new drugs, new therapies, new approaches … Oh gosh, that sounds almost optimistic! We laugh. We both from time to time don’t have the strength to get out of bed or wash, dress or prepare something to eat. He lives alone and I have my husband’s care. I know someone will take care of me, someone will help me. He is not so lucky.

I am writing this text on the balcony, where I sit for hours drawing, because it is so warm outside. I am writing from a depression that has been going on for a month; it got better with the help of antidepressants which finally worked and as a result I feel absolutely nothing now. My palette of feelings has been reduced to peace and anxiety, which take various harsh forms. For the past three days, I’ve been delusional every day. The first attack on Sunday during the trip, the second one in the city center while waiting for a friend, the third one yesterday, enriched with hallucinations. Now, every afternoon I fear that the psychotic symptoms will re-emerge and take me into an irrational, distorted world of suspicion and derealization. Today I was alone at home and I was accompanied by great anxiety. What if my depressive symptoms get combined with psychotic symptoms and I hurt myself? …

On the occasion of world depression day, I wish you all that you never have to fight depression. Neither yours nor anyone else’s.

trzy kroki wstecz / three steps back

(ENG.below) Depresja nie zna litości.

Trzyma mnie już niemal trzy tygodnie, w trakcie których podarowała dwa dni bez symptomów. Dzięki temu, że zażywam Lit, skończyły się szybkie zmiany faz, a zaczęły dłuższe fazy…takie jak ta.

Są dni, kiedy przyznaję sobie punkty za każde osiągnięcie. Wstałam. Trzy godziny odpoczynku. Umyłam się. Godzina odpoczynku. Ubrałam się. Dwie godziny odpoczynku. Narysowałam coś, to mnie uspokaja. Zjadłam. Godzina snu. Z psem wychodzi głównie mój mąż. Gdy wylosuję szczęśliwy numerek i mam lepszy dzień, idę biegać (już nie regularnie). W mój najlepszy dzień spotkałam się z kolegą. Poprzedniego dnia czekając na przyjaciela dostałam urojeń i musiał mnie odprowadzić do domu. Są też momenty jeszcze gorsze, gdy przychodzą obsesyjne myśli samobójcze i takie o samookaleczaniu. Wewnętrzna destrukcyjna siła podpowiada mi, że to mi pomoże, przyniesie ulgę. Łykam jeden Lorazepam za drugim. Modlę się do antydepresantów, żeby w końcu zadziałały.

Zaczęłam rezygnować. Wycofałam się z nagrywania podcastów. Wycofałam się z projektu artystycznego. Przestałam pisać artykuły o sztuce – trzeci projekt. Każda inicjatywa jest jak Mount Everest, obarczona gigantycznym progiem, na który, jak mi się wydaje, nie dam rady się wspiąć.

Jedyne co pomaga, to rysowanie na balkonie. Mogę tak siedzieć dwie, trzy godziny, bo jest u nas już ciepło. Czuję się trochę jak w przedszkolu. Nic nie muszę, mogę się tylko bawić. A ta zabawa mnie uspokaja i gruntuje.

Dziś jedziemy nad rzekę. Temperatura wody: 7 stopni. Mam zamiar wskoczyć. To zawsze dostarczało mi dużo radości. Może naładuję baterię na kilka godzin. Może ruminacje sobie pójdą. Może rzeka obudzi we mnie chęć życia choć na trochę dłużej. Jeśli nie…mój lekarz doradza kolejną hospitalizację.

Depression knows no mercy.

She has been pushing on me for almost three weeks, during which she gave me two days without symptoms. By taking Lithium, the rapid phase changes are over and longer phases have started… like this one.

There are days when I give myself points for every achievement. I got up. Three hours of rest. I washed myself. One hour of rest. Dressed up. Two hours of rest. I drew something, it calms me down. I ate. One hour of sleep. Mainly my husband goes out with the dog. When I draw a lucky number and I have a better day, I go jogging (not regularly anymore). On my best day, I met my friend. The previous day, while waiting for another friend, I got delusional and he had to walk me home. There are also even worse moments when obsessive thoughts about suicide and self-harm come. The inner destructive force tells me that it will help me, it will bring me relief. I swallow one Lorazepam after another. I pray to the antidepressants so they’ll finally work.

I began to quit. I have withdrawn from recording podcasts. I withdrew from the art project. I stopped writing articles about art – third project. Each initiative is like Mount Everest, burdened with a gigantic threshold, which I think I will not be able to climb.

The only thing that helps is drawing on the balcony. I can sit like this for two or three hours because it’s already warm in our place. I feel a bit like in a kindergarten. I don’t have to do anything, I can only have fun. And this drawing play calms me down and grounds me.

Today we’re going to the river. Water temperature: 7 degrees. I’m going to jump in. It has always been a lot of fun for me. Maybe I’ll charge the battery for a few hours. Maybe the ruminations will go away. Maybe the river will make me want to live a little longer. If not… my doctor advises another hospitalization.

ogień i lód / fire and ice

(ENG.below)

Ostatni tydzień spędziłam w depresji. Brzmi jak nazwa nieprzyjaznej miejscowości – i tak też się czułam. Zwinięta w kłębek, na lekach uspokajających, ledwo mówiąc, leżąc, leżąc, leżąc, nie kontaktując się z przyjaciółmi, okazjonalnie coś rysując, gdy już udało mi się wstać. Ograniczona do dwóch myśli – kiedy przyjdzie ulga i jak spowodować własną śmierć.

W chorobie dwubiegunowej czy schizoafektywnej leczenie stanów depresyjnych antydepresantami niesie ze sobą ryzyko, że chory wpadnie w manię. Psychiatrzy nastawiają się raczej na stablizatory nastroju, przy czym w moim przypadku nie chronią mnie przez tygodniową – czy dłuższą – depresją. Co ciekawe, bez tych leków miewałam krótsze, ale i częstsze stany depresyjne. Zaryzykowaliśmy więc przed kilkoma dniami z antydepresantem i oto już szóstego dnia chodzę wyprostowana, mam jakiekolwiek potrzeby, plany i marzenia. Muszę tylko uważać, żeby nie zmieniły się w obsesję. Czuję, że jest blisko.

Choroba dwubiegunowa jest jak stąpanie po cienkiej linie, która nazywa się stabilność. Co rusz wpadamy w któryś z biegunów lub w ogóle spadamy w ciemność urojeń (tak było wczoraj; wydawało mi się, że jestem samą głową, a rzeczywistość jest ukartowana). Żadne leki, jakie znam, nie chronią mnie przed atakami choroby w sposób, który mogłabym nazwać długofalowym. Cierpię albo bo marznę w unieruchamiającej depresji, bądź też płonę ogniem manii, lub wielkimi  psychotycznymi oczami patrzę na to, co przecież zwyczajnie oswojone i znane.

Między tym wszystkim staram się tworzyć, staram się uczyć, biegać, wychodzić z psem, rozmawiać z rodziną, utrzymywać siebie i mieszkanie w porządku.

Bardzo to wszystko męczące.

I spent the last week in depression. It sounds like the name of an unfriendly town – and that’s how I felt. Curled up, on sedatives, barely speaking, lying down, in bed, not making contact with friends, occasionally drawing something once I was able to get up. Limited to two thoughts – when will relief come and how to cause my own death.

In bipolar or schizoaffective disease, treating depressive states with antidepressants carries the risk of falling into mania. Psychiatrists tend to use mood stabilizers, but in my case they do not protect me from a week-long – or longer – depression. Interestingly, without these medications, I had shorter but more frequent depressive states. So we took a risk a few days ago with the antidepressant and on the sixth day I am walking upright, I have some needs, plans and dreams. I just have to be careful that they don’t turn into an obsession. I feel it is close.

Bipolar disorder is like walking on a fine rope called stability. Every now and then we fall into one of the poles or even fall into the darkness of delusions (it was yesterday; it seemed to me that I was just the head, and reality is made up). No drugs I know protect me from attacks of the disease in a way that I could call long-term. I suffer either because I freeze in immobilizing depression, or I burn with the fire of mania, or I look at what is simply tame and known with my big psychotic eyes.

Between all of these, I try to create, I try to learn, run, go out with the dog, talk to my family, keep myself and my apartment in order.

It is all very tiring.

taki żal / such grief

(ENG.below) Jako że już oficjalnie choruję na chorobę schizoafektywną, doświadczam ostatnio jej schizofrenicznej części z większą intensywnością. Przeżyłam ostatnio coś, co spróbuję ubrać w słowa, choć nie wiem, czy mi się uda.

Sufit faluje, są na nim wzory. Mąż odchodzi od okna, jego głowa jest fioletowa. Na moim popiersiu grasuje szczur, udomowiony, mój najlepszy przyjaciel. Jestem cała pokryta, przykryta zwierzętami i roślinami. Czuję się nieskończenie błogo, jak w raju. Zjednoczona z całym naturalnym światem. Rozumiem śpiew ptaków, rozumiem, co do mnie mówią. Opowiadam o tym mężowi w nieskładny, dziwaczny sposób, który sprawia, że on zaczyna się bać. Nalega, żebym wzięła Olanzapinę. Ale po co? Jest mi tak dobrze, tak dobrze…Potrafię latać, wiesz? Umiem latać. Zaraz ci pokażę. On zaczyna dzwonić do naszego psychiatry. Biorę tabletkę i zaczynam płakać. Nie chcę do szpitala. Jest mi tak cudownie dobrze. Tabletka działa szybko, zaczynam tracić połączenie z wszechświatem, nie rozumiem już, co mówią do mnie ptaki. Zaczynam płakać, szlochać, nie mogę się uspokoić. Dlaczego? Dlaczego oderwano mnie od tego stanu? Choć na chwilę byłam taka spokojna, taka szczęśliwa, w błogostanie…

Do dziś mnie to boli.

Do dziś pamiętam tę jedność i za nią tęsknię.

Lecz tak działa psychoza: raz serwuje błogostan, a raz terror. Mi najczęściej terror.

Kiedy jednak serwuje błogostan…czy na pewno powinniśmy od razu interweniować lekami?…

A może faktycznie skoczyłabym z tego balkonu, przekonana, że potrafię latać?…

Wyobrażam sobie, gdy chorzy czują połączenie z bogiem, z duchami, z naturą – ich koszmarny ból, gdy po lekach wychodzą z tego stanu i tracą tę jedność. Bóg już do nich nie przemawia. Natura milczy. Duchy się ulotniły. Tej jedności nie da się zapomnieć. Nawet teraz, gdy o tym piszę, płaczę. Tak mi żal…

As I already officially have schizoaffective disease, I have recently experienced the schizophrenic part of it with greater intensity. I will try to put into words, although I do not know if I will succeed.

The ceiling is undulating, there are patterns on it. The husband is walking away from the window, his head is purple. On my bust prowls a rat, a domesticated one, my best friend. I am covered all over, covered with animals and plants. I feel infinitely blissful as in paradise. United with the whole natural world. I understand birds singing, I understand what they say to me. I tell my husband about it in a messy, weird way that makes him scared. He insists that I take Olanzapine. But why? I feel so good, so good … I can fly, you know? I can fly. I’ll show you right away. He starts calling our psychiatrist. I take a pill and start crying. I don’t want to go to the hospital. I am so wonderfully good. The pill works fast, I am starting to lose connection with the universe, I no longer understand what the birds are saying to me. I start to cry, I start to sob, I can’t calm down. Why? Why was I separated from this state? For a moment I was so calm, so happy, in bliss …

It still hurts me today.

I still remember this unity and miss it to this day.

But this is how psychosis works: sometimes it serves bliss and sometimes terror. Most often I feel terror.

But when it serves bliss … are we sure we should intervene immediately with medications? …

Or maybe I would actually jump off that balcony convinced that I can fly? …

I can imagine when sick people feel connected with God, with spirits, with nature – their terrible pain when they recover from this state after taking medication and lose this unity. God no longer speaks to them. Nature is silent. The ghosts disappeared. This unity cannot be forgotten. Even now, as I write about it, I cry. I feel so sorry …

Blue Tuesday

(ENG.below) Wczoraj był Blue Monday, czyli podobno najbardziej depresyjny dzień w roku. Mój dzień wahał się między wysokim a bardzo wysokim niepokojem i takimż nakrętem, gonitwą myśli, problemami z koncentracją, gorączkowymi ruchami bez większego sensu i celu, myślami samobójczymi. Lorazepam trochę pomógł. Blue Monday mam dzisiaj. Zapadłam się w sobie, chce mi się płakać – bez wyraźnego powodu, na niczym mi nie zależy. Liczyłam na to, że Lit i nowy lek – Reagila – ustabilizuje mnie na tyle, że nie będę miała moich górek i dołków, ale chyba się przeliczyłam. Choć oczywiście górki nie są tak spiętrzone a dołki tak głębokie, jak wcześniej. Z tego powinnam się cieszyć. Dzisiaj jakoś jednak słabo mi to wychodzi.

Sporo się wydarzyło od ostatniego mojego wpisu, bo też i miałam nakręt na aktywność i wychodzenie do świata. Kolejne podcasty (kanał: https://www.youtube.com/channel/UCeEA-T2vgwj6NdcGbMTFBLw ), które zajmują sporo czasu, bo trzeba i mieć pomysł, i go spisać, poprawić, skonsultować, następnie nagrać, dorobić grafikę i opublikować. Kolejna napisana sztuka, która spotkała się z bardzo dobrym odbiorem („powinniśmy szukać dla niej daty!”) Zaczęłam też współpracę z pewnym startupem z Londynu, dla którego piszę artykuły o sztuce. Lecz najważniejszy krok…a w zasadzie przygotowanie do niego…to decyzja o aplikowaniu na tutejsze ASP. Taka uczelnia to moje marzenie od dziesięciu lat…by nauczyć się wszystkiego od podstaw, realizować projekty pod okiem specjalistów, wymieniać się pomysłami z innymi ludźmi, dać się zainspirować i tworzyć, tworzyć, tworzyć. Problem w tym, że mój wewnętrzny krytyk jest zdecydowanie PRZECIW temu pomysłowi. Wariat na studiach?! – pyta z oburzeniem. – Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?! Wariaci powinni siedzieć w domu i dłubać coś do szuflady. Nie przyjmą cię. A nawet jak cię przyjmą, to się nie utrzymasz. Jesteś nieprzewidywalna, nie można na tobie polegać, nie potrafisz być systematyczna, bo jesteś, do kurwy nędzy, chora! Nie pozwolę ci o tym zapomnieć.

Widzisz, ja nie potrzebuję społeczeństwa, które miałoby mnie stygmatyzować jako wariatkę, bo samej świetnie mi to wychodzi. Usłyszałam ostatnio, że jeśli ktoś definiuje się przede wszystkim poprzez chorobę, to nie da się mu tej choroby odebrać. Kim bym była, gdybym dała sobie ją odebrać?

Może akurat – kto to wie – studentką Akademii Sztuk Pięknych?…

Yesterday was Blue Monday, reportedly the most depressing day of the year. My day varied between high and very high anxiety and a hypomanic drive, racing thoughts, concentration problems, feverish movements without much sense or purpose, suicidal thoughts. Lorazepam helped a little. I have Blue Monday today. I collapsed inside myself, I feel like crying – for no apparent reason, I don’t care about anything. I was hoping that Lithium and the new drug – Reagila – would stabilize me enough that I would not have my ups and downs, but I miscalculated. Although, of course, the ups are not as high, and the downs are not as deep as before. I should be happy about that. Today, however, somehow I’m not doing well.

A lot has happened since my last entry, because I also had a drive for being active and going out into the world. More podcasts, which take a lot of time, because you need to have an idea, write it down, improve it, consult it, then record it, add graphics and publish it. A new play that I have written was very well received („we should absolutely look for a date for it!”). I also started working with a startup from London, for which I write articles about art. But the most important step … not yet taken, but I’m actually preparing for it … is the decision to apply to the local Academy of Fine Arts. These studies have been my dream for ten years… to learn everything about art.  from scratch, implement projects under the supervision of specialists, exchange ideas with other people, get inspired and create, create, create. The problem is that my inner critic is definitely AGAINST this idea. A lunatic in college ?! He asks indignantly. – What are you even imagining ?! Crazy people should be at home, doddling something to a drawer. They won’t accept you. And even if they take you in, you won’t hold on. You are unpredictable, you cannot be relied on, you cannot be systematic because you are fucking sick! I won’t let you forget it.

You see, I don’t need a society to stigmatize me as crazy because I’m doing great on my own. I have recently heard that if someone defines himself primarily through an illness, it cannot be taken away from him.

Who would I be if I let myself take my illness away? Maybe – who knows – a student of the Academy of Fine Arts? …

wątpliwości / doubts

(ENG.below)

Ponad 1000 odsłon moich instruktażowych podcastów na YouTube

(cały kanał dostępny tutaj: https://www.youtube.com/channel/UCeEA-T2vgwj6NdcGbMTFBLw )

pozostawiło mnie wstrząśniętą i niepewną. Pojawiło się sporo pozytywnych komentarzy (że potrzebne, pomocne, wyjaśniające, kojący głos, żebym nagrywała dalej), ale także takie, które mnie głęboko zawstydziły: że dziwaczne, że grobowy głos, że nieprofesjonalnie nagrane i słaba jakość, że nie istnieje już termin „choroba psychiczna”, tylko „zaburzenie” albo „kryzys”…Ogarnęły mnie wątpliwości, wycofanie, gorycz. Na kilka dni straciłam motywację do dalszego nagrywania, tak, jakby krytyka była jedynym komunikatem, jaki w tej sytuacji usłyszałam. Pomyślałam sobie jednak w końcu: zaraz, momencik. To jest to co chcę i lubię robić. Dlaczego miałabym to przestać robić? – bo kilka osób mnie skrytykowało?… Postanowiłam wrócić do poczucia wewnętrznej misji, celu i własnej mocy. Pomógł mi w tym proces zaprojektowany przez Johna Scherera, mojego przyjaciela i dawnego mentora, z jego nowej książki „Facing the Tiger”: sformułowanie wewnętrznego GPS-a. Mój zabrzmiał w epicentrum wątpliwości wyjątkowo głośno:

Mądra, piękna, waleczna, jestem jasnym światłem.

Znam swoją wartość i nie martwię się o nią.

Płynąc z prądem, grając, sprzedając

rodzę nowe byty i rozjaśniam mrok.

Poczułam wewnętrzną jasność, spokój i siłę, a także pewien rodzaj lekkości. Postanowiłam wycofać się z ekstensywnego marketingu podcastów i robić je głównie dla ponad 20 subskrybentów na YouTube i przyjaciół na FB. Zamiast 850 odsłon – kilkadziesiąt, kilkanaście. Zamiast wielkiej imprezy dla nieznajomych – domówka dla wybranych. Spłynęło na mnie dużo więcej spokoju. Nie wystawiam się na krytykę, nie wystawiam się na pogardę, bo ciężko to znoszę, a jestem krucha – i świadoma tego. Robię, co chcę i lubię, i może komuś się przydam – byłoby świetnie. A jeśli nie, to trudno. Nie muszę być przydatna za wszelką cenę…

Zachęcam cię do zajrzenia do „Facing the Tiger”

https://www.facingthetigerbook.com/

i sformułowania własnego GPS, który pomoże ci w życiowej nawigacji w 2021. 🙂

Powodzenia!

Over 1000 views of my instructional podcasts on YouTube

(full channel available in Polish here, for ENG translation – send me an e-mail zuzanna.koronska.itten@gmail.com: https://www.youtube.com/channel/UCeEA-T2vgwj6NdcGbMTFBLw)

left me shocked and insecure. There were a lot of positive comments (that it is helpful, explanatory, soothing voice, that I should keep on recording), but also ones that deeply embarrassed me: that it is weird, that I have a grave voice, that it was unprofessionally recorded and of poor quality, that the term ” mental illness ” is inappropriate, I should say „disorder” or „crisis „… I was overwhelmed by doubts, withdrawal, bitterness. For a few days I lost the motivation to continue recording, as if the criticism was the only message I heard in this situation. But in the end I thought to myself: wait a minute. This is what I want and like to do. Why would I stop doing this? – because several people criticized me? …I decided to return to my sense of inner mission, purpose and my own power. I was helped by a process designed by John Scherer, my friend and former mentor, from his new book „Facing the Tiger”: The formulation of the Internal GPS. Mine sounded extremely loud at the epicenter of doubt:

Wise, beautiful, brave, I am a bright light.

I know my worth and I don’t worry about it.

Going with the flow, playing, selling

I give birth to new beings and I light up the dark.

I felt an inner light, peace and strength, and a kind of lightness. I decided to pull back from extensive podcast marketing and do it mainly for over 20 YouTube subscribers and friends on FB. Instead of 850 views – several dozen or a dozen. Instead of a big party for strangers – a house party for the chosen ones. I felt much more calm. I do not expose myself to criticism, I do not expose myself to contempt. I do what I want and like, and maybe I’ll be useful to someone – it would be great. If not, well, life goes on. I don’t have to be useful at all costs …

I encourage you to check out „Facing the Tiger”

https://www.facingthetigerbook.com/

and formulate your own GPS to help you navigate in life in 2021 ☺

Good luck!

wypowiedz życzenie / make a wish

(ENG.below)

To drugie święta w moim życiu, które spędzam tylko z mężem, daleko od naszych rodzin. Pierwszy raz sześć lat temu mój partner odstawił mnie na pogotowie, skąd karetka zawiozła mnie do kliniki, bo zwariowałam. Teraz też chodzę do kliniki, jako pacjentka dzienna, czyli – na kilka godzin w ciągu dnia, nie każdego dnia. Nie czuję się jeszcze dość stabilna, by podróżować – dlatego zostajemy w domu.

Wczoraj wróciły do mnie wspomnienia tego czasu przed sześcioma laty, tego całkowitego zagubienia, zbłądzenia, osamotnienia, otumanienia. Powolnego uczenia się, co to znaczy być w szpitalu psychiatrycznym; uczenia się innych pacjentów, codziennych rytuałów jak posiłki, spacery, poranne rundki; relacji z personelem i lekarzami. Pamiętam, że pozwolono wtedy mojemu mężowi zabrać mnie na trzy godziny do domu w Boże Narodzenie. Przygotował barszcz, podarował mi prezenty. Zdążył, znim musieliśmy wracać. Wczoraj przestraszyłam się, że choroba w takiej postaci znów wróci, uderzy i zmiecie mnie, zmiecie moje małżeństwo; z tego wielkiego strachu zaczęłam płakać, szlochać, nie mogłam się uspokoić. Po godzinie pomyślałam z goryczą: wystarczyło kilka tygodni stabilności na nowych lekach, żebym się do niej przyzwyczaiła; teraz lękam się z całej duszy tego, co przecież jeszcze niedawno było normą. A coś wewnątrz podpowiada mi, że kolejnego uderzenia choroby nie zniosę. I tej myśli też się boję.

Lęk przepływa przeze mnie, a ja mimo wszystko wstaję i piekę pierwsze w moim życiu świąteczne, wegańskie ciasta. Część rozdam sąsiadom, bo sami takiej ilości nie zjemy. Pozostałą częścią będę się delektować w trakcie tych miniaturowych, dwuosobowych świąt.

2020 to był pod wieloma względami piękny rok. Miałam trzy wystawy, sprzedałam kilkanaście obrazów, moja sztuka została wystawiona na scenie, pisałam bloga, opublikowałam dwa podcasty, poznałam nowych, wspierających ludzi i innych wariatów, z którymi się zaprzyjaźniłam. Jednocześnie był to rok dwóch hospitalizacji, a także wielu zmartwień na tle chorób moich rodziców. To był także czas obaw covidowych, bo mój mąż jest w grupie ryzyka. Taki nietypowy rok koktajlowy, mieszanina sukcesów i obaw. Mam nadzieję, że kolejny będzie trochę spokojniejszy i zrównoważony.

Życzę wam wszystkim tego, co jest wam w 2021 najbardziej potrzebne, czy to spokój właśnie, czy sukcesy, czy balans, czy intensywne przeżycia. Zamknijmy na chwilę oczy i wypowiedzmy życzenie. Uwaga……..teraz.

(ENG.) This is the second Christmas in my life that I spend only with my husband, far from our families. The first time six years ago, my partner took me to the emergency, from where the ambulance drove me to the clinic because I was crazy. Now I also go to the clinic as a day patient, that is – for a few hours a day, not every day. I don’t feel stable enough to travel yet – that’s why we’re staying home.

Yesterday, the memories of that time six years ago came back to me, that feelings of total loss, straying, loneliness and daze. Learning slowly what it means to be in a psychiatric hospital; learning other patients, everyday rituals such as meals, walks, morning rounds; relations with staff and doctors. I remember my husband was then allowed to take me home for three hours on Christmas Day. He prepared borscht, gave me gifts. He made it, before we had to go back. Yesterday I got scared that the disease in this form would come back again, that it would hit and sweep me away, sweep away my marriage; from this great fear I started to cry, sob, I could not calm down. After an hour, I thought bitterly: a few weeks of stability on the new drugs was enough for me to get used to it; now I fear with all my soul what was the norm until recently. And something inside tells me that I can’t take another hit of the disease. I am afraid of this thought too.

The anxiety flows through me, but I still get up and bake the first vegan Christmas cakes in my life. I will give some to my neighbors, because we will not eat this amount ourselves. I will enjoy the rest during these miniature, two-person holidays.

2020 has been a beautiful year in many ways. I had three exhibitions, sold a dozen paintings, my play was put on stage, I wrote a blog, published two podcasts, I met new, supportive people and other crazy people with whom I became friends. At the same time, it was a year of two hospitalizations and many worries about my parents' diseases. It was also a time of covid concerns because my husband is in the risk group. Such an unusual cocktail year, a mixture of successes and fears. I hope the next one will be a little calmer and more balanced.

I wish you all what you need most in 2021, be it peace, success, balance, or intense experiences. Let’s close our eyes for a moment and make a wish. One, two, three …… ..now.

koniec transmisji / end of transmission

(ENG.BELOW) Kiedy dobijasz do ściany i lądujesz w takim specyficznym miejscu, jakim jest klinika psychiatryczna, stajesz przed wyborem: albo żyć dalej tak, jak wcześniej, i pozwolić, żeby było to nic nie znaczące doświadczenie, albo zmienić coś i dać sobie szansę, żeby zbyt szybko do szpitala nie wracać.

Postanowiłam coś zmienić.

Zdałam sobie sprawę, jak bardzo się staram – na każdym polu – udowadniać sobie i światu, że mimo choroby funkcjonuję na medal. Nie będę się rozpisywać jak to robię, wystarczy przejrzeć moje wpisy; robię to niemal mechanicznie i od zawsze. Ten blog jest jednym z objawów mojej automatycznej tendencji do produktywności, przydatności, wyjątkowości i „dawania rady”. Nie chcę tak dalej. Nie mam już na to siły.

Postanowiłam więc zrobić sobie na jakiś czas przerwę od dzielenia się, edukowania i oświecania. Być może wrócę tutaj, ale nie wiem kiedy – bo chcę wrócić z innego miejsca, nie automatycznego, pełnego braku, głodu i chęci wykazania się, lecz miejsca spokoju i obfitości, którą mogę się dzielić.

Czy uda mi się trafić w to miejsce, zobaczymy.

Koniec transmisji.

ENG. When you hit the wall and land in such a specific place as a psychiatric clinic, you have a choice: either live as before and let it be a meaningless experience, or change something and give yourself a chance to not come back to the hospital too soon.

I decided to change something.

I realized how hard I was trying – in every field – to prove to myself and to the world that despite my illness, I am functioning perfectly. I will not elaborate on how I do it, just look at my entries; I do it almost mechanically and since forever. This blog is one symptom of my automatic tendency to be productive, useful, unique, and sharing. I don’t want to go on. I don’t have the strength for it anymore.

So I decided to take a break from sharing, educating and enlightening for a while. Perhaps I will come back here, but I don’t know when – because I want to come back from a different place, not automatic, full of lack, hunger and willingness to prove myself, but a place of peace and abundance from which I can truly share.

If I can find this place. We’ll see.

End of transmission.

nie twoja rola / not your job

(ENG.BELOW) Jestem w klinice.

W czwartek przez cały dzień miałam obsesyjne myśli samobójcze, które nie reagowały na olbrzymie dawki leków, jakie zwykle mnie uspokajają. Z mężem jesteśmy umówieni tak, że mówię – mówię gdy jest źle, gdy jest niebezpieczniem gdy robi się nieznośnie. Tym razem nie powiedziałam. Co więcej, zachęciłam go, by poszedł spotkać się z kolegą. A wtedy pocięłam sobie przedramię. Ulga, jaka po tym nastąpiła, była niewiarygodna, nie do opisania. To chyba najbardziej mnie przeraziło. Następnego dnia rano zorganizowałam sobie pobyt w klinice.

Jestem tu już ósmy raz (powinnam chyba dostać kartę stałego klienta), ale trafiłam na nowy oddział o wdzięcznej nazwie Lenoir. Obsługa jest przesympatyczna, pomocna, życzliwa. Ordynatorka, urodzona w Bytomiu, pamięta jeszcze trochę polskiego, choć wychowywała się już w Niemczech. Na oddziale jest około 20 pacjentów, w większości w różnych stadiach depresji, jest więc przeważnie cicho i sennie, oprócz momentów, kiedy aktywizuje się Straszny Pan, krzyczy, przeklina, biega, zaśmiewa się z niczego, trzaska rzeczami, pali na korytarzu, goni w samej bieliźnie tam i z powrotem i ciężko go spacyfikować. No cóż, nie jesteśmy w zwyczajnym szpitalu, choć pośród pacjentów depresyjnych można mieć takie wrażenie. Ale Straszny Pan jest jak wykrzyknik, który przypomina, że przebywamy w klinice psychiatrycznej, bo jesteśmy wszyscy psychicznie chorzy.

Co do mojego leczenia, włączamy nowy lek antypsychotyczny, używany w leczeniu schizofrenii (Reagila); do tego podwyższamy dawkę litu. Dla bezpieczeństwa mam zakaz samodzielnego wychodzenia z oddziału. Dopóki nie przyjeżdża do mnie mąż, jestem więc uziemiona. Rysuję (mamy atelier), zajadam się przepysznymi posiłkami (tofu, szaszłyki owocowe, deska serów…tak, naprawdę tak to tutaj wygląda), snuję się między moim trzyosobowym pokojem a palarnią. No i piszę.

Możecie się zastanawiać, dlaczego piszę wprost o samookaleczaniu. Przecież to taki ciężki temat, w zasadzie – tabu. Chcę o tym powiedzieć, żeby podkreślić kilka rzeczy. Po pierwsze – unaocznić, jak koszmarny może być ból psychiczny, że wolimy od niego ostry ból cięcia własnego ciała. Po drugie – pokazać, na czym polega szybka zmiana faz; jednego dnia maluję, piszę sztukę, cieszę się moimi publikacjami, planuję podróż, nazajutrz wszystko się wali i spada w wielką czerń. Po trzecie – ja wiem, że to trudne i wymaga wiele od osób zdrowych – ale bądźcie wyczuleni na pewne sygnały; na to, że ktoś zaczyna coraz częściej sygnalizować, że czuje się dla was czy dla bliskich ciężarem, że łatwiej by wam było bez niej/niego, ale że jednocześnie wszystko jest w porządku. Nie poddawajcie się i gdy tylko czujecie jakiś dysonans, reagujcie, rozmawiajcie. I ostatnia prośba: jeśli zobaczycie osobę z bliznami po cięciach, nie myślcie o niej, że stara się zwrócić na siebie uwagę. Mój boże. Ona stara się przeżyć. Przywrócić się bólem do stanu normalności, bo już wyczerpała wszelkie inne sposoby. I wtedy naprawdę potrzebuje fachowej, profesjonalnej pomocy i opieki. Wasza już nie wystarczy.

I pamiętaj, nie jest twoją rolą ocalać komuś życie.

(ENG.) I’m in the clinic.

All day on Thursday, I had obsessive thoughts of suicide that didn’t respond to the huge doses of drugs that usually calm me down. We have a deal with my husband – I always tell him when it is bad, when it is dangerous, when it gets unbearable. This time I didn’t say anything. Moreover, I encouraged him to go see a friend. And then I cut my forearm. The relief that followed was unbelievable, beyond description. That scared me the most. The next morning I made an appointment at the clinic.

I’m here for the eighth time (I should probably get a loyalty card), but I found a new department aptly named Lenoir. The service is very nice, helpful and friendly. The head physician, born in Bytom, still remembers some Polish, although she was brought up in Germany. There are about 20 patients in the ward, mostly in different stages of depression, so it’s rather quiet and sleepy, except when the Scary Guy activates, screams, curses, runs, laughs at nothing, cracks things, smokes in the corridor, chases only in his underwear back and forth and it’s hard to pacify. Well, we are not in an ordinary hospital, although this is the impression among depressed patients. But the Scary Guy is like an exclamation point that reminds us that we are in a psychiatric clinic because we are all mentally ill.

As for my treatment, we include a new antipsychotic drug used to treat schizophrenia (Reagila); additionally, we increase the dose of Lithium. For safety reasons, I am forbidden to leave the ward on my own. So long as my husband doesn’t come to see me, I’m grounded. I draw (we have an atelier), eat delicious meals (tofu, fruit skewers, cheese board … yes, this is what it looks like here), I wander between my three-person room and the smoking room. And I am writing.

You may wonder why I am writing directly about self-mutilation. It’s such a heavy topic, actually – a taboo. I want to mention this to highlight a few things. First of all – to show how nightmarish mental pain can be, that we prefer sharp pain of cutting our own body to it. Secondly – to show what a quick phase change is; one day I paint, write a play, enjoy my publications, plan a trip, the next day everything collapses and falls into great blackness. Third – I know it is difficult and requires a lot from healthy people – but be alert to certain signals; to the fact that someone begins to mention more and more often that they feel like a burden for you or their loved ones, that it would be easier for you without her / him, but that at the same time everything is fine. Do not give up and whenever you feel any dissonance, react, talk. One final request: if you see a person with a cut scar, don’t think of them as trying to get attention. My God. They are trying to survive. To be back to normal – using pain, because they have exhausted all other methods. And then they really need professional help and care. Yours is not enough anymore.

And remember, it’s not your job to save someone’s life.