A miałeś być na zawsze / You were supposed to be there forever

(ENG.below) Mój wpis dotyczący wtórnej stygmatyzacji spotkał się z komentarzami na Facebooku, z których wynikało, jak zrozumiałam, że zjawisko to nie jest wyłącznie domeną osób chorych psychicznie, w tym moją. Zdrowi także się samo-stygmatyzują. Bardzo mnie to zaciekawiło. Czasem zapominam, że – mimo choroby – jestem również częścią większej całości, zwanej po prostu „ludzkość”. I dziś z perspektywy ludzkiej będę pisać – jako partnerka osoby chorej na depresję.

Narzekanie, brak energii, napięcie, problemy ze snem (za dużo, za mało); brak poczucia sensu, celu, notoryczne komentarze dotyczące tego, że po czterdziestce niedaleko już do grobu; podejrzenia śmiertelnej choroby, nadużywanie alkoholu, brak ochoty na seks, chroniczne zmęczenie, problemy z odpowiedzialnością – branie za dużo lub nie branie w ogóle, frustracja, cykliczne zwyżki energii, po których znów wszystko wpada w ciemny marazm. „Ty już mi nic nie obiecuj” – powiedziałam wczoraj. Walczę jeszcze, by mogło być inaczej; szukam sposobów na przywrócenie mu sił i soków życiowych. Bierze przecież leki, chodzi na terapię, na której wprawdzie w kółko mówi o tym samym – i nic się nie zmienia – ale grunt, że chodzi.

Myślenie moje w roli partnerki osoby chorej na depresje jest takie: no cóż, to w dużej mierze moja wina. Mój mąż nie uniósł ciężaru mojej choroby i się zapadł, przez to właśnie. Skoro to nie jego wina, że tak się zachowuje, jak się zachowuje, robi to, co robi, a właściwie nie robi, a mówi to, co mówi, to czyjaś wina musi to być, więc pewnie ja: jestem za bardzo wymagająca/za mało wymagająca; daję za mało swobody/daję za dużo swobody, za bardzo się odsuwam; za mało wspieram/za bardzo naciskam; nie przekazuję odpowiedzialności/daję za dużo odpowiedzialności, której on nie może unieść; i tak dalej. Jak widzisz, wina to moja specjalność. Podejrzewam jednak, że nie tylko moja. Znam walczące żony zadłużonych mężów i mężów dwubiegunowych, matki synów marnotrawnych, partnerki mężczyzn wiecznie nieobecnych; mężów żon, które wypierają swoją chorobę, partnerów niedoszłych samobójczyń, schizofreniczek i alkoholiczek. Wszystkich nas łączy jedno wezwanie: czy na pewno robię wystarczająco dużo, by go/ją uratować?…

Wiesz, co muszę napisać, choć tak ciężko się to pisze.

To nie twoja wina.

To ich walka, nie twoja.

To ich życie.

Owszem, nie są sami, bo mają ciebie, ale w gruncie rzeczy SĄ SAMI, sami ze swoim wyzwaniem, i wygrywać i przegrywać też muszą sami, w przeciwnym razie uzależniasz ich od siebie i nabijasz punkty wyłącznie sobie. Patrz, jaka jestem zajebista, wierna, zawsze obecna, jaki wspierający, nie opuszczę jej aż do śmierci.

Tak, ululasz ją do snu; życiowego snu, iluzji, z której tak naprawdę nie musi się budzić, bo przecież ciągle ktoś zamiast niej czuwa.

A kiedy padniesz na zawał, bo tylko koń zniósłby tyle odpowiedzialności, ona poczuje się zdradzona, bo przecież zawsze byłeś – i miałeś być na zawsze.

Tak do przemyślenia na weekend zostawiam. I dobrych odkryć życzę.

PS. Czasem zastanawiam się, czemu jestem taka gorzka. Dochodzę do wniosku, że bierze się to z mojej bezradności. Jeśli i ty czujesz się bezradna/bezradny, jest nas już dwoje.

My post regarding secondary stigmatization was met with comments on Facebook, which showed, as I understood, that this phenomenon is not only the domain of the mentally ill, including mine. The healthy also self-stigmatize. It was very interesting to discover. Sometimes I forget that – despite my illness – I am also part of a larger whole, simply called „humanity”. And today I will write from a human perspective – as a partner of a person suffering from depression.

Complaints, lack of energy, tension, sleep problems (too much, too little); no sense of purpose, notorious comments about the fact that after forty, the grave is not far away; suspected deadly illness every week, alcohol abuse, lack of desire for sex, chronic fatigue, problems with responsibility – taking too much or not taking at all, frustration, cyclical increases in energy, after which everything goes into dark apathy again. „Please don’t promise me anything anymore,” I said yesterday. I am still fighting for a different reality; I am looking for ways to restore his strength and life juices. After all, he takes medication, he goes to therapy, in which he talks about the same thing over and over again – and nothing changes – but nevertheless, he goes there, and it could have been worse.

My thinking as a partner of a person suffering from depression is this: well, it’s largely my fault. My husband did not lift the burden of my illness and collapsed because of it. Since it is not his fault that he behaves like he does, he does what he does, or actually more often does not, he says what he says, then someone’s fault must it be, so I probably am too demanding / too undemanding; I give too little freedom / I give too much freedom, I move too far away; I don’t support enough / I support more than enough; I do not transfer responsibility / I give too much responsibility that he cannot bear; and so on. As you can see, fault is my specialty. I suspect, however, that not only mine. I know the fighting wives of indebted husbands and bipolar husbands, mothers of prodigal sons, partners of eternally absent men; husbands of wives who deny their own illness, partners of would-be suicides, schizophrenics and alcoholics. We are all united by one call: am I sure I am doing enough to save him / her? …

You know what I have to write, although it’s so hard to write.

It’s not your fault.

It’s their fight, not yours.

This is their life.

Yes, they are not alone because they have you, but frankly speaking they ARE ALONE, with their own challenge, and they must win and lose themselves, otherwise you make them dependent on yourself and score points only for yourself. Look how cool I am, faithful, always present, how supportive; I will not leave her until my death.

You know, you put her/him to sleep; she/he lives in a dream, fed by an illusion that she/he doesn’t really have to wake up from, because someone there is still watching, guarding, caring.

And when you finally end up in hospital after a heart attack because only the horse would have lifted so much responsibility, she/he will feel betrayed, because you have always been there – and you were supposed to be forever.

I leave it to you to think over the weekend. I wish you good discoveries.

PS. Sometimes I wonder why I’m so bitter. I come to the conclusion that it comes from my helplessness. If you also feel helpless, there are already two of us.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.