Atak nosorożca / Rhino’s attack

(ENG.below) Poznałam w życiu co najmniej kilkuset wariatów. Moje częste hospitalizacje, a także pobyt w ośrodku interwencji kryzysowej, były okazją do kontaktu ze schizofrenikami, dwubiegunowymi, depreśnikami, borderline, narcyzami, alkoholikami, narkomanami czy uzależnionymi od leków. Spośród tych wielu chorych – jak ja – zdarzyły mi się tylko trzy przypadki agresji. Dzisiejszy był najbardziej…widowiskowy.

Jestem pewna, że istnieje sporo stereotypów dotyczących tego, jak agresywni mogą być wariaci; proszę cię jednak o próbę zobaczenia mojej statystyki, opartej o wieloletnie doświadczenie, jako szansy na zburzenie takiego przekonania. Owszem, zdarzają się wśród nas osoby nieprzewidywalne, lecz najczęściej nieprzewidywalność ta oznacza, że śmiejemy się nieadekwatnie, mówimy do siebie albo śpimy w dzień, zamiast w nocy. Agresja to co innego, jest to jednak zaledwie promil przypadków. Wariaci są zdecydowanie mniej agresywni, niż, śmiem twierdzić, kibice piłkarscy. Których boisz się bardziej, to już twoja decyzja.

Dzisiejszy incydent w klinice uzmysłowił mi, że, mimo, iż w dramatycznej sytuacji potrafię zachować zimną krew, takie chwile zapisują się – dosłownie wdrukowują boleśnie – w całą moją pokiereszowaną psyche, a także ciało. Pływanie trochę pomogło, zakupy też, słuchanie Enyi i rysunek, ale nie przywróciły jakiegoś bazowego poczucia bezpieczeństwa i zszarganego dobrego imienia kliniki, której reakcja na agresję pacjenta co najmniej mnie zastanowiła.

Nie dojdę już do tego, z jakiego powodu D. wpadł w szał. Jest młodym i postawnym facetem, takim byczkiem, a w szale bitewnym wygląda niemal tak groźnie jak atakujący nosorożec. Rzucał dziś przedmiotami, wrzeszczał, kopał meble, rozlewał wodę; prysznic z mineralnej dostał ordynator, którego pacjent zwyzywał od najgorszych. Kiedy sytuacja wydawała się już opanowana, przyszła druga fala – włączono więc alarm; nagle pojawiło się na oddziale zbiegowisko lekarzy i pielęgniarzy z sąsiednich departamentów, łącznie jakieś 30 osób, widowiskowo bezużytecznych; do tego jeden ochroniach z bronią palną. I chyba to najbardziej mnie rozłożyło. Broń w szpitalu psychiatrycznym. Czy naprawdę byłby gotów jej użyć?…

Kiedy drugą mokrą falę również udało się wyciszyć, poszłam do domu. Na przystanku spotkałam naszego agresywnego pacjenta. Nie mogłam wyjść ze zdumienia, jak mogli go – po tym, co zrobił i w tym stanie – po prostu wypuścić na zewnątrz. Do teraz wydaje mi się to niebywałe. Nie rozumiem: czy w ciągu kilku minut przestał stwarzać zagrożenie?…Czy nie zagraża teraz ludziom na ulicy?…Czy to ma być jakaś nagroda za uspokojenie?…Nie mieści mi się to w głowie. Wolałabym jednak nie posądzać szpitala o błędne decyzje, bo jakim wtedy bezpiecznym miejscem byłby dla mnie?…Być może wiedzą coś, czego ja nie wiem; mają swoje procedury i decydują w oparciu o doświadczenie.

A może nie.

Czuję podskórnie, że nie da mi to dziś spokoju.

I met at least several hundred crazy people in my life. My frequent hospitalizations, as well as staying in a crisis intervention center, were an opportunity of a contact with schizophrenics, bipolars, depressants, borderline, narcissists, alcoholics, drug addicts or addicted to medication. Of these many patients – like myself – there were only three cases of aggression. Today was the most … spectacular.

I’m sure there are quite a few stereotypes about how aggressive crazy people can be; I am asking you, however, to try to see my statistics, based on many years of experience, as an opportunity to break down such beliefs. Yes, there are unpredictable people among us, but most often this unpredictability means that we laugh inadequately, talk to ourselves out loud or sleep in the day instead of at night. Aggression is different, but I saw it only thrice, in these few cases. Crazy people are definitely less aggressive than, I dare say, some football fans. Which ones you are more afraid of is your decision.

Today’s incident at the clinic made me realize that, although I can stay cool in a dramatic situation, such moments are recorded – literally imprinted painfully – in my scarred psyche, as well as in my body. Swimming helped a bit, shopping too, listening to Enya and drawing, but they did not restore some basic sense of security and a tarnished good name of the clinic, whose reaction to the patient’s aggression at least puzzled me.

I will not figure out why D. went mad. He is a young and stout guy, and in a battle fury looks almost as menacing as an attacking rhino. He threw objects today, screamed, kicked furniture, spilled water; the mineral shower was given to the head physician whom the patient offended also verbally. When the situation seemed to be under control, the second wave came – so the alarm went off; suddenly a real mob of doctors and nurses from neighboring departments appeared in the ward, about 30 people in total, spectacularly useless; plus one guard with a gun A real gun. And I think that knocked me out the most. A weapon in a psychiatric hospital. Would he really be ready to use it? …

When the second wet wave was also silenced, I went home. At the bus stop – I met our aggressive patient. I couldn’t get out of amazement how they could – after what he did and in this state – just let him out. It seems unbelievable to me now. I do not understand: within a few minutes, did he cease to pose a threat? … Will he threaten people on the streets now? … Is this supposed to be some reward for calming down in the end? … I can’t stop thinking about it and the only answer I have is „no effing clue”. However, I would prefer not to accuse the hospital of wrong decisions, because then what kind of safe place would it be for me? … Perhaps they know something that I do not know; have their own procedures and decide basing on experience.

But maybe not.

I feel that this event won’t leave my head so easily today.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.