Bez korzeni / No roots

(ENG.below) „Nie mam korzeni” – tak śpiewa pewna pani, i ten refren nie daje mi spokoju. Kiedy tylko myślę o swoich korzeniach, widzę malutkie, cieniutkie odnóża, które odrywają się od ziemi przy byle powiewie wiatru, a ja toczę się w te i wewte jak wiecheć.

Do czego przynależę? Co daje mi poczucie tego, że jestem częścią czegoś większego?

Odkąd pamiętam, nie do końca pasowałam do czegokolwiek; dla rówieśników byłam zbyt poważna, dla sportowców – zbyt intelektualna, dla artystów – zbyt rzemieślnicza, dla przedsiębiorców zbyt awangardowa, dla grzecznych dzieci – zbyt asertywna. Jednocześnie wychowywano mnie w duchu „dopasowania” i „uległości” – daję cudzysłów, bo finalnie wyszło to średnio.

Przynależałam przez dwa lata do kręgu kobiet i nawet to było miejsce – choć ciężko mówić o miejscu, raczej bycie – w którym moja „męska część” czuła się osobna. Ulżyło mi, gdy w zainscenizowanych ponownych narodzinach powitano mnie jako dwa w jednym. Lecz znów byłam w tym osamotniona.

Od kiedy zwariowałam, sprawa skomplikowała się jeszcze bardziej; nie dość zdrowa dla normalsów, nie dość wariacka dla szaleńców, pałętam się w jakieś sferze pomiędzy tymi światami, próbując wyrobić sobie jednoosobową niszę; nie skazując się jednocześnie na samotność, lecz zarazem nie gubiąc swojej indywidualności. Wiem, że nie chcę się stać zupełnym dziwadłem, odludkiem, zdziczałą jednostką tkwiącą w przeświadczeniu, że nie potrafi przynależeć.

Dlatego w najbliższą niedzielę idę na zajęcia taneczne (idę, jeśli tylko nie stchórzę w ostatniej chwili). Może dotknę choćby przynależności do własnego ciała, do rytmu, do radości.

„I got no roots,” sings a lady, and this chorus stays with me all the time. Whenever I think about my roots, I see tiny, tiny legs that break away from the ground with just a breath of wind, and I roll in and out like a wisp.

What do I belong to? What gives me the feeling that I am part of something bigger?

Since I can remember, I did not really fit into anything; for peers at school I was too serious, for athletes – too intellectual, for artists – too crafty, too avant-garde for entrepreneurs, too assertive for polite children. At the same time, I was brought up in the spirit of „fit” and „submission” – in quotes, because in the end it came out so-so.

I belonged to a circle of women for two years and even this was a place – although it was hard to talk about the place, rather a structure – in which my „male part” felt separate. I was relieved when I was greeted in our staged rebirth as two in one. But I was lonely again.

Ever since I went crazy, the case got even more complicated; not healthy enough for normals, not crazy enough for madmen, I’m stuck in some sphere between these worlds, trying to form a niche of myself; trying not to condemn myself to loneliness, but at the same time not losing my individuality. I know that I do not want to become a complete freak, a recluse, a feral individual believing that she can not belong.

That’s why I’m going to dance classes this Sunday (I’m going, if only I do not sabotage this idea at the last minute). Maybe I will even touch belonging to my own body, to the rhythm, to joy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.