Bicie serca / Heartbeat

(ENG. below)  Jestem dziś tak spokojna, że czuję bicie własnego serca.

Malutka część mnie rozgląda się bojaźliwie, czekając, skąd przyjdzie załamanie. Bo przecież ta choroba nie odpuszcza, nie daje wolnego, nie wyjeżdża na wakacje.

Malutka część mnie chciałaby, żeby już to coś się wydarzyło, cokolwiek to ma być; by odczuć ulgę, że już się dzieje, a nie – że czekamy.

Rozgląda się w prawo, rozgląda się w lewo, lecz nic nie następuje.

Tylko spokój. Rysowanie. Pisanie. Rozpieszczanie psa. Spacer. Cicho pada śnieg. Skype z przyjaciółką, dobry i zabawny. Mały porządek w mieszkaniu. Fortepian z głośników.

Czuję się jak we śnie.

Smutne, że rzeczywistość jest jak sen, gdy dzieje się dobrze lub po prostu „normalnie”. Że wybudzam się do bólu, niepokoju i rozedrgania, i to jest bardziej rzeczywiste niż spokój i płynność. Takie dni jak ten przypominają mi, że mimo wszystko spokój JEST możliwy, jest w moim zasięgu, nawet jeśli nie jest wypracowaną strategią a darem od losu.

Bo choroba zrobiła sobie święto.

Takie momenty, gdy wewnątrz robi się przestrzeń, przypominają mi jak bardzo skurczona i zredukowana funkcjonuję na co dzień – reaktywnie, jak chorobowy robot: depresja – zrób A, zażyj X, mania – zrób B, zażyj Y, atak psychotyczny – zrób C, zażyj Z. W moim „pokoju twórczym”/gabinecie/atelier (mamy aż dwa pokoje) wisi kilkustronicowa lista aktywności, które mogę podjąć podczas ataku niepokoju/choroby (podarowana przez mojego psychiatrę).

Czy naprawdę tylko do tego się sprowadzam?…

I am so calm today that I feel my heart beating.

A tiny part of me looks around timidly, waiting where the breakdown will come from. Because this disease does not let go, it does not give you free time, it does not go on holidays.

A tiny part of me would like something to happen, whatever it is; to feel relieved that it is already happening and not – that we are waiting.

It looks to the right, looks left, but nothing happens.

Only peace. Drawing. Writing. Spoiling the dog. A walk. It’s snowing. Skype with a friend, good and funny. Small order in the apartment. Piano from the loud speakers.

I feel like in a dream.

Isn’t it sad that reality is like a dream when it’s hgoing well or just „normal”. That I am awakening to pain, anxiety and quivering, and this is more real than calmness and flow. Such days like this remind me that after all peace IS possible, it is within my reach, even if it is not a developed strategy but a gift from fate.

Because the disease has made itself a holiday today.

Such moments, when the space is made inside me, remind me how much shrunk and reduced I am functioning on a daily basis – reactively, like a diseased robot: depression – do A, use X, mania – do B, use Y, psychotic attack – do C, use Z. In my „creative room” / cabinet / atelier (we have two rooms) there is a several-page list of activities that I can take during an anxiety / disease attack (given by my psychiatrist).

Am I really just only that? …

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.