błotniste wody / muddy waters

(ENG.below) Weekend pod znakiem napięcia. Niestety musiałam skorzystać z Lorazepamu, bo byłam tak zdenerwowana, że wydawało mi się, iż nie pozostało mi nic innego tylko zacząć chodzić po ścianach. W sobotę było średnio, w niedzielę jeszcze gorzej – w trakcie spaceru zaczęła się derealizacja, która rozwinęła się w epizod psychotyczny.

W centrum kryzysowym zawsze pytają mnie o potencjalne powody ataku. Co się wydarzyło przed? Co go poprzedziło? W przypadku niedzieli sytuacja wyglądała niewinnie: mieliśmy jechać w góry, ale mój mąż czuł się zbyt słaby. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy pospacerować nad rzeką, znajdziemy dobre miejsce do leżenia i opalania, a ja się zanurzę w chłodnej wodzie, bo za tym przepadam. Miałam jakieś wyobrażenie, jakieś oczekiwania, tymczasem było tak dużo ludzi, że wylądowaliśmy w błotnistym zakamarku w cieniu, gdzie wody było po kolana. Nasz pies co chwilę ujadał na przechodzących nieopodal spacerowiczów, broniąc naszego terytorium. Mój mąż próbował zasnąć, bo był tak słaby. Musiałam więc uspokajać psa, próbując jednocześnie schłodzić się w wodzie, nie zmarznąć w cieniu; nasz koc szybko pokrył się błotnistymi plamami, mąż przewracał się z boku na bok, martwiłam się o niego.

Zdrowy dorosły powiedziałby sobie: „cholera, to nie jest nasz dzień, lepiej wracajmy do domu, no trudno, czasem się nie udaje”. Moja choroba sprawiła jednak, że byłam tak kurczowo przywiązana do własnego planu, że brak jego realizacji wystrzelił mnie…w derealizację. Zaczęło się jak zwykle – nie jestem już pewna gdzie jestem i co tu robię; dźwięki się intensyfikują, podobnie jak kolory; nie mam siły, czuję się zagubiona. Następnie urojenia: czy mój mąż jest człowiekiem, czy może cyborgiem? Seria pytań kontrolnych w jego stronę, na które z cierpliwością odpowiada, bo już wie, co się dzieje. Moja twarz zamienia się w spiętą, podejrzliwą i zdesperowaną maskę. Musimy dotrzeć do samochodu. Idę powoli, bo mam coraz mniej siły. Czy jestem jeszcze tu, czy już w Polsce?…Czemu tu jestem, jak tu dotarłam?…Pomaga zejście na spokojną, mało uczęszczaną ścieżkę. Zapach ściętej trawy, cichy szum strumienia. Byle dotrzeć do samochodu, wziąć Zyprexę. Pojawiają się myśli samobójcze – tak, byle dotrwać do moich czterdziestych urodzin i wtedy…Twarz jak wyciosana z drewna, nieruchoma, zastygła.

Docieramy do domu, idę spać na dwie godziny. Budzę się bez symptomów psychotycznych, ale za to z depresyjnymi. Fukcjonuję przez dwie godziny jak zombie, po czym idę spać.

Dziś obudziłam się dużo mniej spięta. Nie musiałam brać Lorazepamu. O 7:30 poszłam biegać. Wiatr, świeżość powietrza, trochę słońca, wysiłek, rytm, oddech, poczucie sprawstwa. Pomaga.

Choć niczego nie potrafię przewidzieć, mam małą nadzieję, że dziś będzie lepiej.

A very tense weekend. Unfortunately, I had to use Lorazepam because I was so nervous that it seemed to me that I could do nothing but start walking on the walls. On Saturday it was so-so, on Sunday even worse – during the walk along the river a derealization began, which developed into a psychotic episode.

In a crisis center, they always ask me about the potential reasons for the attack. What happened before? What preceded it? In case of Sunday the situation looked innocent: we were supposed to go to the mountains, but my husband felt too weak. We decided to go for a walk along the river, find a good place to lie down and sunbathe, and I would immerse myself in cool water, because I like it a lot. I had some ideas, some expectations, but there were so many people that we landed in a muddy nook in the shade, where the water was knee-deep. Our dog was barking at walkers passing nearby, defending our territory. My husband tried to sleep because he was so weak. So I had to calm the dog, while trying to cool down in the water, then not to freeze in the shade; our blanket got quickly covered in muddy spots, my husband kept turning from side to side, I was worried about him.

A healthy adult would say: „damn, this is not our day, we better go home, it’s not working, let’s treat it like a failure and retreat.” However, my illness made me so attached to my own plan that the lack of its implementation led me … into derealization. It started as usual – I’m not sure where I am anymore and what I am doing here; the sounds intensify, as do the colors; I have no strength, I feel lost. Then I became delusional: is my husband a human or a cyborg? A series of control questions in his direction, which he patiently answers because he already knows what is happening. My face turns into a tense, suspicious and desperate mask. We have to get to the car. I’m going slowly because I have less and less strength. Am I still here or already in Poland? … Why am I here, when did I get here? … It helps when we turn on a calm, less frequented path. The smell of cut grass, the quiet sound of a stream. Just to get to the car, take Zyprexa. Suicidal thoughts appear – I start to think I need to make it only until my fortieth birthday and then … My face is as if made of wood, motionless, frozen.

We get home, I go to sleep for two hours. I wake up without psychotic symptoms, but with depression. I function for two hours like a zombie, then go to sleep.

Today I woke up much less tense. I didn’t have to take Lorazepam. At 7:30 I went jogging. Wind, fresh air, some sunshine, effort, rhythm, breath, sense of agency. It helps.

Although I can’t predict anything, I hope it will be better today.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.