Bukiety wsparcia / Bouquets of support

(ENG.below) Po moim ostatnim wpisie dostałam mnóstwo wyrazów wsparcia z różnych stron, takie cudowne prezenty. Czuję się taka wdzięczna i obdarowana. Ludzie piszą o mojej otwartości i odwadze, o łagodności, o inspiracji do myślenia, zadawania sobie trudnych pytań. A ja, zawstydzona i uśmiana jednocześnie, mam wrażenie, jakbym co chwilę dostawała niespodziewane kwiaty. Bukiety wsparcia.

Choroba psychiczna przychodzi jak tsunami i zmywa wszystko, co znane, wszystko, do czego byłaś przyzwyczajona. Zabiera ci twój umysł, który przestaje rozróżniać rzeczywistość od halucynacji, zabiera emocjonalność, nadymając ją poza granice tego, co myślałaś, że jest możliwe, zabiera twoje ciało, spuchnięte nie do poznania, relacje, które nagle milkną, bo jak tu opowiedzieć o sobie używając znanych pojęć…

Wczoraj uświadomiłam sobie, że mimo wszystko nie zabrała mi ducha; tej prastarej esencji będącej ponad czasem i pod falami. Choć do końca nie potrafię tego opisać, sama nie będąc pewną, czym jest; wyobrażam sobie swojego ducha jako świetliste ziarenko, malutkie lecz tak cenne zarazem. Ten obraz niesamowicie mnie wzrusza, może i dlatego wypłakałam wczoraj na terapii morze łez, odkrywając kolejne warstwy nie-akceptacji, nie-zgody i nie-miłości siebie. Choć przeczuwałam, nie wiedziałam jasno, że ziarenko zakopałam pod wielką warstwą bólu i protestu wobec tego, jaka jestem; zepsuta laleczka, połamana, zagubiona i za wszelką cenę próbująca się określi, dopasować.

Wczoraj obejrzałam coś, przy czym przeżyłam prawdziwe katharsis: miniserial Lambs of God (Boże Owieczki), który będzie dostępny w Polsce pod koniec sierpnia. Opowieść o leczących opowieściach, uzdrawiającej mocy, przebaczeniu i powrocie do siebie. Znów znalazłam się w moim kobiecym kręgu, jak przed laty, przymierzając do siebie kolejne baśnie, które, jeśli pozwolisz, pracują, by pomóc ci w uzdrowieniu i znalezieniu swojego miejsca. Płakałam, śmiałam się, nie mogąc wyjść ze zdziwienia, że ktoś określił Lambs of God „opowieścią grozy”. Dla mnie – wręcz przeciwnie; żadna groza – uleczenie.

Dziś czuję się uwznioślona (chyba zapomniałam już, że takie słowo istnieje); muszę uważać, by mój balonik nie odfrunął za daleko; na wszelki wypadek biorę do atelier awaryjne leki.

Kojącego dnia kochani. Albo po prostu takiego, jakiego potrzebujecie.

After my last entry I got a lot of words of support from various directions; such wonderful gifts. I feel so deeply grateful. People write about my openness and courage, gentleness, inspiration to think, ask difficult questions. And I, ashamed and giggling at the same time, have the impression that I get unexpected flowers every now and then. Bouquets of support.

Mental illness comes like a tsunami and washes away everything that is known, everything you were used to. It takes away your mind, which ceases to distinguish between reality and hallucination; it takes away emotionality, inflating it beyond the boundaries of what you thought was possible; takes away your body, swollen beyond recognition, relationships that suddenly fall silent, because how can you tell about yourself using known concepts …

Yesterday I realized however that it did not take my spirit away from me; this ancient essence beyond time and below the waves. I can’t describe it very well, I’m not sure myself what it is; I imagine my spirit as a luminous seed, tiny but so precious at the same time. This image moves me tremendously, maybe that’s why I cried a sea of ​​tears yesterday on the therapy session, discovering layers of non-acceptance, disagreement and self-despise. Although I sensed it, I did not know clearly that I buried the seed under a great layer of pain and protest over what I am; a broken doll, lost and trying at all costs to define herself, to fit.

Yesterday I watched something and I experienced a real catharsis: the miniseries Lambs of God, which will be available in Poland at the end of August. A tale of healing stories, healing power, forgiveness and a return to yourself. Once again I found myself in my female circle, as I did years ago, trying on various fairy tales, which, if you only allow them, work to help you heal and find your place. I cried, I laughed, unable to come out of the surprise that someone had called Lambs of God a „horror story.” For me – quite the opposite; no horror – healing.

Today I feel elevated (I think I forgot that such a word exists…); I must be careful that my balloon does not fly too far; just in case I take emergency medication to the atelier.

Have a soothing day, dear. Or any other, just the way you need it

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.