nie martw się / don’t worry

(ENG. below) Ach, jaki cudowny dzień przeżyłam wczoraj. Na placu w centrum miasta, w którym mieszkam, otwarto wystawę plakatów artystów żyjących z diagnozą psychiatryczną. Znalazła się na niej także moja praca. Wystawa nie jest duża, ale obrazy – niesamowicie zróżnicowane, bo każdy z twórców ma swój niepowtarzalny styl.

Przez pandemię zapomniałam już, że potrafię być zwierzęciem społecznym. Że cieszą mnie small talks, uśmiechy, pozowanie do zdjęć, rozmowy z przyjaciółmi, którzy przyszli na otwarcie, chwila małej „chwały” i „popularności”. To moja pierwsza wystawa w samym centrum stolicy, na zewnątrz, ogólnie dostępna. Może ją zobaczyć każdy, kto wraca z pracy transportem publicznym –  po prostu nie da się na nią nie natknąć.

Oczywiście, jeśli jesteś osobą cierpiącą na dysregulację emocji, takie wydarzenia nie pozostają bez echa w twoim mózgu. W noc poprzedzającą otwarcie nie mogłam zasnąć z ekscytacji i poruszenia. W noc po wystawie – podobnie. Pomagałam sobie tabletkami nasennymi, które jednak nie do końca potrafiły pomóc mi wyhamować. Popełniłam też podręcznikowy błąd, wypijając cztery łyki piwa z myślą, że może pomoże mi zasnąć. Poranek następnego dnia był naprawdę bardzo ciężki.

Na szczęście mała dawka Abilify (Aripiprazol), którą zażywam od tygodnia, skutecznie blokuje objawy psychotyczne. Mimo wielu emocji udało mi się więc nie zdysocjować ani nie zderealizować. Ten lek powoduje jednak, że waham się pomiędzy pobudzeniem a zmęczeniem, ale zgadzam się na to z uwagi na brak symptomów psychotycznych.

Na koniec jeszcze jedna dobra wiadomość z wczoraj: mój obraz znajdzie się na okładce katalogu kolejnej wystawy i na zaproszeniach wysyłanych do tysiąca potencjalnych odwiedzających. I znów – wielka radość. I znów – obawa, że stanę się zbyt nakręcona i pojawią się objawy manii. Lecz jednocześnie – medytacyjne przypomnienie: podobnie jak trudne emocje, i te cudowne przemijają, bo taka jest ich „falowa natura”. Nie ma więc co martwić się na zapas.

(ENG.) Ah, what a wonderful day it was yesterday. An exhibition of posters by artists living with a psychiatric diagnosis has opened on the square in the center of the city where I live. It also includes my work. The exhibition is not large, but the paintings – incredibly diverse, because each of the creators has their own unique style.

Due to the pandemic, I have forgotten that I can be a social animal. That I enjoy small talks, smiles, posing for photos, chatting with friends who came to the opening, a moment of little „glory” and „popularity”. This is my first exhibition in the very center of the capital, outside and open to the public. It can be seen by anyone who returns from work by public transport – it is simply impossible not to come across it.

Of course, if you are an emotionally disturbed person, such events do not go unnoticed in your brain. The night before the opening I couldn’t sleep because of excitement. On the night after the exhibition – similarly. I was helping myself with sleeping pills, which, however, were not quite able to help me slow down. I also made a textbook mistake of drinking four sips of beer thinking it might help me sleep. The next morning was really hard.

Fortunately, the small dose of Abilify (Aripiprazole) I’ve been taking for a week has been effective in blocking my psychotic symptoms. So despite many emotions, I managed not to dissociate. This medication, however, causes me to swing between agitation and fatigue, but I agree to it due to the lack of psychotic symptoms.

Finally, one more good news from yesterday: my painting will be on the cover of the catalog of the next exhibition and on invitations sent to 1,000 potential visitors. And again – great joy. And again, fear of getting too turned on and beginning of manic symptoms. But at the same time – a meditative reminder: just like difficult emotions, these wonderful ones pass, because this is their „wave nature”. So there is no need to worry in advance.

jedyna dostępna rzeczywistość / the only available reality

(ENG.below) Wczoraj przez cały dzień leżałam w łóżku z wysoką gorączką i bólem całego ciała – uroki drugiej dawki szczepienia na Covid. Miałam opartą na doświadczeniu nadzieję, że dolegliwości fizyczne wysuną się na pierwszy plan i nie będę cierpieć psychicznie. Tym razem się pomyliłam.

Obsesyjne myśli przychodzą najpierw powoli, a z czasem nie da się od nich opędzić. Nie potrafię skupić się na niczym innym, tylko na nich. Próbuję je hamować, blokować, zwalczać, potem – z drugiej strony – akceptować, przepuszczać, pozwalać im przepłynąć, lecz ich strumień staje się tylko szerszy i silniejszy. Nieważne, czego dotyczą; ważne, że po jakimś czasie jestem nimi i próbami radzenia sobie z nimi wycieńczona. Potem przychodzi lęk, że moje życie (znów) wymyka mi się spod kontroli; za nim maszeruje poczucie winy, a stąd już niedaleko do myśli o przyniesieniu sobie ulgi w sposób dramatyczny lub ostateczny. Żadne strategie nie łamią tego obsesyjnego kołowrotka. Nawet wyobrażanie sobie, że obsesja to smok, a ja jestem małym rycerzem, który próbuje go zabić. Smok jest pięć razy ode mnie większy. I jest niemal pewne, że mnie zje.

W końcu pomógł Lorezepam, który przerwał zaklęty krąg i pozwolił mi na chwilę odpocząć. Poprosiłam też męża, żeby swoją obecnością obok mnie pomógł mi się ugruntować w miejsce biegania w kółko po własnej głowie. Pomogło. Widok ulubionej twarzy, mocny uchwyt dłoni, zawrócenie do tu i teraz. Napisałam też do przyjaciela. Odpisał: to nasza ulubiona strategia, prawda? Biczować się za przeszłość, kiedy teraźniejszość i tak nieźle kopie nas w tyłek.

Ruminacje (obsesyjne myśli) często dotyczą właśnie przeszłości: mogłam zrobić tak, mogłam zrobić inaczej, dlaczego postąpiłam tak, a co by było gdybym, i tak dalej. Uwięzieni we własnym umyśle, prześladowani przez wybory, na które absolutnie nie mamy już wpływu, dręczeni przez duchy przeszłości obwiniamy siebie za to, że właśnie tak się czujemy, zamiast być tu i teraz, w rzeczywistości, która może nie jest dla nas łagodna i czuła, ale jest jedyną dostępną rzeczywistością, jaką mamy.

(ENG.) Yesterday I was lying in bed all day with a high fever and pain all over my body – the charms of the second dose of the Covid vaccination. I had hoped, based on experience, that my physical ailments would come to the fore and that I would not suffer mentally. This time I was wrong.

Obsessive thoughts come slowly at first, and over time, you can’t shake them off. You can’t focus on anything else. I try to inhibit them, block them, fight them, then – on the other hand – accept them, let them pass, let them flow, but their stream only becomes wider and stronger. No matter what they concern; it is important that after some time I am exhausted by trying to deal with them. Then comes the fear that my life is (again) getting out of control; guilt marches behind it, and hence it is not far to the thought of bringing yourself a dramatic or ultimate relief. No strategies break this obsessive reel. Even imagining that the obsession is a dragon and I’m a little knight trying to kill him. The dragon is at least five times bigger than me. And it is almost certain that he will eat me.

Lorezepam finally helped, breaking the vicious circle and allowing me to rest for a while. I also asked my husband to help me ground myself by his presence next to me, instead of running in circles in my own head. It helped. The sight of your favorite face, a firm grip on your hand, a return to the here and now. I also wrote to a friend. He replied: this is our favorite strategy, right? Torment yourself for the past, when the present is kicking us in the ass anyway.

Rumination (obsessive thoughts) is often about the past: I could have done this, I could have done differently, why I did this and what if I did something else, and so on. Trapped in our own mind, haunted by choices that we have absolutely no influence on, tormented by ghosts of the past, we blame ourselves for making us feel this way, instead of being here and now, in a reality that may not be gentle and affectionate to us but it is the only reality we have available.

staraj się bardziej / try harder

(ENG.below) Uspokoiło się. Wczoraj brak symptomów, za to słabość fizyczna, która skończyła się kilkoma godzinami spędzonymi w łóżku. Mam hipotezę, że moje ciało dostało sygnał: już nie musisz walczyć, możesz odpocząć.

Oczywiście, odpoczynek nie jest moją mocną stroną. Z godziny na godzinę frustrowałam się coraz bardziej, ponieważ moje oczekiwania dotyczące tego, jak mogłoby i powinno być różniły się diametralnie od tego, jak jest. Znane od zarania dziejów „powinnaś coś robić”, „bądź produktywna”, „nie marnuj czasu”, a na nich narastające wtórne przekonania „powinnaś już dac sobie spokój z tymi nakazami”, „przecież miałaś akceptować rzeczywistość taką, jaka jest”, „no co, to ta medytacja w końcu ci nie pomaga, prawda?” Wewnętrzny Krytyk ma się jak pączek w maśle, a ja znajduję się w samym środku kołowrotku emocji i przekonań.

Dawno temu, kiedy byłam zdrowa, prowadziłam warsztaty pracy z Wewnętrznym Krytykiem. Uczyłam tego, że można jego głos „wyciszyć”, będąc empatyczną dla siebie i wyłuskując z jego bezustannego krytycznego bełkotu ziarna prawdy. Próbuję zastosować do siebie własne nauki sprzed lat, ale wychodzi mi to średnio. Wiem bowiem, że krytyczny głos we mnie ma nuklearną broń, którą lubi stosować, a po której niewiele odżywczych składników zostaje wewnątrz mnie: „jesteś zepsuta bo jesteś chora”.

Nie jest więc łatwo, ale usiłuję negocjować: tak, jestem chora, ale się staram. Nie dość się starasz, odparowuje Krytyk. Mam prawo do słabości, mówię ja. Ale ileż można! – mówi on. Komunikat „staraj się bardziej” nie ma końca. Zawsze przecież można starać się bardziej, i nigdy nie dość się starać.

Uruchamiam więc medytacyjną radykalną akceptację. Próbuję nią objąć również Krytyka. Zamiera ze zdumienia, bo przecież był przygotowany na wymianę ognia.

A tu – niespodzianka.

It calmed down. Yesterday – no symptoms, but a physical weakness that ended with several hours in bed. My hypothesis is that my body got the signal: you don’t have to fight anymore, you can rest.

Of course, rest is not my forte. Hour by hour I became more and more frustrated because my expectations of how it could and should be were diametrically different from what it is. Known since the dawn of time, „you should do something”, „be productive”, „don’t waste your time”, and on them growing secondary beliefs „you should give up on these dictates”, „after all, you were supposed to accept reality as it is”, ” what, this meditation doesn’t help you after all, right? ” The Inner Critic feel great, and I am right in the middle of the spinning wheel of emotions and beliefs.

A long time ago, when I was healthy, I conducted workshops concerning the Inner Critic. I taught that you could “mute” his voice by being empathetic to yourself and extracting a grain of truth from his constant critical gibberish. I try to apply my own teachings from years ago, but it doesn’t seem to work well. For I know that the critical voice within me has a nuclear weapon that he likes to use, that leaves little nutrients inside of me: „you are broken because you are sick.”

So it’s not easy, but I try to negotiate: yes, I’m sick, but I’m trying. You’re not trying enough, says the Critic. I have a right to weakness, I say. But how can you be weak so often! – he says. The message „try harder” is endless. You can always try harder, and never try enough.

So I activate meditative radical acceptance. I am trying to extend it to the Critic as well. He freezes in amazement, because he was prepared for a firefight.

And here – a surprise.

cholernie trudne / damn hard

(ENG.below) Chciałabym być mówcą motywacyjnym. Albo chociaż napisać książkę o tym, jak „zarządzać swoją chorobą” i „złapać równowagę” (taka książka o dwubiegunówce została wydana w Polsce – i całkowicie mnie zdemotywowała, bo wyszło na to, że autor doskonale sobie radzi, a ja wprost przeciwnie). Lub może niech ktoś przeprowadzi ze mną wywiad o tym, że mimo choroby można mieć fajną pracę i projekty…Ups, zapomniałam, że nie mam pracy, a projekty zależą od tego, jak się aktualnie czuję. A czuję się tak, że w zeszłym tygodniu nie zjawiłam się w atelier, a temat książki jest dla mnie tak ciężki, że przez ostatnie trzy dni nie napisałam ani zdania.  

Piszę to wszystko z miejsca frustracji i rozczarowania, bo czuję, że znów tonę. Wynurzam się na kilka godzin dziennie, maszeruję na wycieczce, uśmiecham się, jest dobrze, po czym nagle i bez przyczyny znowu chcę umierać, chcę się pociąć, chcę poddać się eutanazji bo tak mnie wszystko nieznośnie boli wewnątrz. Nie potrafię wyjść z siebie i stanąć obok, nie potrafię sięgnąć do spokojnego centrum w medytacji, nie potrafię się ukoić. Codziennie dostaję cios w twarz i czuję się już jak bokser po dwunastu rundach. A to dopiero tydzień takich intensywnych objawów.

Przyjaciółka doradza: idź do kliniki. Chryste, przecież dwa miesiące temu stamtąd wróciłam! Nie chcę tam zamieszkać na stałe. Zaciskam zęby i myślę sobie: dobra, powoli, dzień po dniu. Żadnych oczekiwań, żadnych planów, żadnych „jak mogłoby być” czy „jak powinno”. Życie z momentu na moment. Nie przywiązywanie się do niczego, bo wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Rano jestem sobą, popołudniu zwiniętą w kłębek istotą planującą własną śmierć, wieczorem znów sobą, następnego ranka roztrzęsioną galaretą, popołudniu zderealizowaną osobą niepewną tego gdzie jest i kim jest, a wieczorem już mnie nie ma bo zażyłam tyle leków, by dać się powalić i mieć spokój.

Za dwa tygodnie mam w końcu, po wielu miesiącach przerwy, zobaczyć rodziców. Zrobię absolutnie wszystko, żeby to się wydarzyło. Pójdę na nogach do Jerozolimy, wpłacę na kościół zielonoświątkowców, wystawię ołtarz bogini Shakti i pomodlę się do matki boskiej albo latającego potwora spaghetti. Wiem, miałam się nie przywiązywać. Wiem – dzień po dniu.

Tylko dlaczego to jest tak cholernie trudne.

(ENG.) I would like to be a motivational speaker. Or at least write a book on how to „manage your illness” and „catch your balance” (such a book about bipolar disorder was published in Poland – and it completely demotivated me, because it turned out that the author is doing very well, and I am quite the opposite). Or maybe someone would interview me about the fact that despite my illness I can have a nice job and interesting projects … Whoops, I forgot that I have no job and the projects depend on how I feel at the moment. I didn’t show up at the atelier last week and the subject of the book is so hard for me that I haven’t written a sentence for the last three days.

I am writing this all out of a place of frustration and disappointment because I feel like drowning again. I emerge for a few hours a day, march on a trip, smile, it is fine, then suddenly and for no reason I want to die again, I want to cut myself, I want to undergo euthanasia because everything hurts so unbearably inside me. I cannot go out of myself and stand next to me, I cannot reach the calm center in meditation, I cannot soothe myself. I get a punch in the face every day and feel like a boxer after twelve rounds. And this is only a week of such intense symptoms.

A friend advises: go to the clinic. Christ, I got back from there two months ago! I don’t want to live there permanently. I grit my teeth and think to myself: okay, slowly, day after day. No expectations, no plans, no „as it could be” or „as it should be.” Living moment by moment. Not getting attached to anything, because everything changes like a kaleidoscope. In the morning I am myself, in the afternoon a curled creature planning her own death, in the evening I am again myself, the next morning I’m an anxious jelly, in the afternoon I am a deeralized person unsure of where she is and who she is, and in the evening I am gone because I have taken enough medication to get knocked down and have a peaceful sleep.

In two weeks, after many months of break, I am finally going to see my parents. I’ll do absolutely anything to make it happen. I will walk to Jerusalem, donate to a Pentecostal church, build an altar to the goddess Shakti, and pray to the mother Mary or a flying spaghetti monster. I know, I was not supposed to get attached. I know – day after day.

Just why is it so damn hard.

duszno, ciasno / stuffy, tight

(ENG.below)

Ostatnie trzy dni upłynęły pod znakiem symptomów psychotycznych – derealizacji, depersonalizacji i urojeń paranoidalnych. Mówię coś do kogoś, a nagle nabieram wątpliwości – czy to na pewno ja mówię? Kto to mówi? Czy ja właśnie to chcę powiedzieć? Mąż patrzy na mnie jakoś niepewnie, mówi do mnie powoli – ja robię wielkie oczy; czy mój mąż to na pewno wciąż mój mąż?…Wracam z terapii – w gabinecie wszystko ze mną w porządku, zaczyna się na przystanku autobusowym: wszyscy na mnie patrzą, przyglądają mi się, to nie przypadkowi ludzie, to podstawieni aktorzy, coś tu się szykuje, coś się kręci. W autobusie biorę lek antypsychotyczny i z wykrzywioną przerażeniem oraz wysiłkiem związanym z pomieszczeniem w sobie tego przerażenia twarzą docieram do domu.

Dlaczego te ataki – akurat teraz? Skąd, po co?…

Mój psychiatra nalega, żeby NIE rozpoczynała brania nowego antypsychotyka, tylko próbowała notować to, co konkretnie poprzedza atak. Świadoma konstelacji pewnych czynników mogłabym, być może, atakom zapobiec. Tymczasem jedyna korelacja jaką widzę to rozpoczęcie pisania książki. W trzy dni napisałam 12 stron, z których większość była bolesną podróżą w przeszłość. Kiedy piszę, mam wrażenie, że jestem tylko maszyną do pisania; gotowe zdania wychodzą z mojej głowy poprzez dłonie na klawiaturze. Nie czuję absolutnie nic – jestem pisaniem; książka pisze się sama. Mój lekarz podejrzewa, że w trakcie pisania czuję całe mnóstwo emocji, tylko nie docierają one do świadomości. Gdy kończę pisać – cała ta sfora, od wściekłości przez wstyd i żal aż do poczucia winy – dopada mnie, a że nie potrafię jej pomieścić, uciekam w dysocjację. I nie czuję już nic oprócz psychotycznego strachu, bo rzeczywistość staje się dziwaczna i pokręcona. Nagle moje mieszkanie wydaje mi się za ciasne, chcę wymienić wszystkie moje ubrania, chcę zdjąć skórę z mojej twarzy. Duszno, duszno, ciasno.

Wczoraj zepsuł mi się komputer, więc nie mogłam pisać.

Nie uratowało mnie to jednak przed atakiem psychozy.

Chcę pisać dalej, chcę napisać tę książkę. Lecz na razie to książka pisze mnie.

(ENG.) The last three days have been marked by psychotic symptoms – derealization, depersonalization and paranoid delusions. I am saying something to someone and suddenly I have doubts – is it really me? Who is it saying? Is that what I wanted to say? My husband looks at me uncertainly, talks to me slowly – my eyes are wide. I’m coming back from therapy – everything is fine with me in the therapy room, but something begins at the bus stop: everyone is looking at me, they are watching me, they are not random people, they are substitute actors, something is getting ready here, something is spinning. On the bus, I take an antipsychotic medication, and with distorted my face distorted with terror and the effort to contain that terror within myself, I reach my home.

Why these attacks – right now? Where from, what for? …

My psychiatrist urges me NOT to start taking a new antipsychotic, but to try to note down what exactly precedes the attack. Being aware of the constellation of certain factors, I could, perhaps, prevent attacks. Meanwhile, the only correlation I see is when I start writing a book. In three days, I wrote 12 pages, most of which were a painful journey into the past. When I write, I have the feeling that I am just a typewriter; the finished sentences come out of my head through my hands on the keyboard. I feel absolutely nothing – I AM the writing; the book writes itself. My doctor suspects that I feel a whole lot of emotions while writing, but they don’t reach my consciousness. When I finish writing – this whole pack, from rage to shame and regret to guilt – gets me, and because I can’t contain it, I run away into dissociation. And I feel nothing but psychotic fear anymore because reality gets weird and twisted. Suddenly my apartment seems too cramped, I want to replace all my clothes, I want to remove the skin from my face. Stuffy, stuffy, tight.

Yesterday my computer broke down so I couldn’t write.

However, this did not save me from an attack of psychosis.

I want to keep writing, I want to write this book. But for now, this book is writing me.

akuszerka / midwife

(ENG.below) Dwa lata temu napisałam konspekt książki „Jak zwariować i przeżyć”. Wydawało mi się wtedy, że jestem uprawiona do udzielania porad w tym zakresie. Kiedy patrzę na to dzisiaj, mam w sobie albo więcej pokory, albo mniej pewności siebie; wiem jednak, że takiej książki pisać nie chcę. Potem pojawił się pomysł fabuły – pięć koleżanek poznaje się na kursie gotowania i odkrywa, że ma ze sobą więcej wspólnego, niż myślały; zakładają więc kanał „Kuchnia specjalnej troski”. Zdecydowałam jednak, że fabuła nie jest moją mocną stroną i ten pomysł też umarł śmiercią naturalną.

Od kilku dni wiedziałam, że coś się we mnie wykluwa. Nie potrafiłam tego złapać, określić; wydawało mi się tylko, że jest we mnie jakaś cisza, charakteryzująca fazę inkubacji, czyli dojrzewania pomysłów, która odbywa się w zasadzie poza udziałem świadomości. Trochę się niecierpliwiłam, bo wydawało mi się, że w zasięgu ręki mam jakieś marzenie, jakiś cel, ale nie mam pojęcia, jak go dosięgnąć.

Wtedy przyszła pomoc. Akuszerka pomysłów. Koleżanka z daleka, która pracuje jako psycholożka i czyta tego bloga. Podprowadziła mnie, pokazała możliwy kierunek działania, odpowiedziała na moje wezwanie, chociaż wcale nie musiała. Co więcej, jest gotowa przetłumaczyć książkę na zagraniczny rynek – który, jak mówi ona, niezmiernie jej potrzebuje.

Konspekt napisałam w kwadrans, tak jakby cały pomysł już dawno był w mojej głowie, czekał tylko na właściwe warunki i czas narodzin. Sformułowanie „zaufaj życiu” czy „zaufaj procesowi” nigdy nie wydało mi się bardziej trafne. Moja wdzięczność dla J. jest ogromna.

Teraz muszę uważać.

W moim stanie bardzo łatwo mi się nakręcić tak, że nie dam rady wyhamować, lub znajdę się nagle na przeciwległym biegunie bezradności i nie-czucia. Wizualizuję sobie swoją amygdalę, ośrodek emocji w mózgu, i głaszczę ją uspokajająco. Chcę się cieszyć, chcę być podekscytowana, lecz moje zaburzenie polega na dysregulacji emocji i boję się, że nie będę w stanie ich pomieścić. Pomaga mi jedzenie tego tortu po małym kawałeczku, skupienie się na idei planu i planowania, rozciąganie perspektywy na tygodnie, miesiące, myślenie w kategoriach dostosowywania tempa do wyzwania. Przychodzą medytacyjne sformułowania o cierpliwości, wyrozumiałości, akceptacji tego, co czuję, co się ze mną dzieje. Nie przywiązywania się do swoich uczuć, sięgania do świadomości, która je obserwuje i pozwala im przypływać i odpływać. Pomaga równoległe czytanie książki o mindfulness, którą staram się trawić pomalutku, wbrew mojej tendencji do pożerania wszystkiego bez przeżuwania. Tę lekturę traktuję jako medytację samą w sobie.

Łapię się też na uzależniającym przekonaniu o „byciu potrzebną”. Miód na moje serce. Jak łatwo mi wpaść w przekonanie, że mam do spełnienia ważną misję – uderzające w narcystyczny rys mojej osobowości. Zawracam więc nadmuchane myśli w miejsce „chcę po prostu napisać autentyczną książkę”. Jakie to ożywcze i uziemiające.

Teraz przede mną ćwiczenie uważności, bo chciałabym, żeby książka powstała właśnie z takiego miejsca – jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, skromnego i uważnego.

Trzymaj kciuki.

(ENG.) Two years ago I wrote an outline of the book „How to go crazy and survive”. At the time, it seemed to me that I was entitled to advise in this regard. When I look at it today, I have either more humility or less self-confidence; I know, however, that I do not want to write such a book. Then came the idea of ​​the plot – five friends meet in a cooking class and discover that they have more in common than they thought; so they set up the channel „Special Care Kitchen”. However, I decided that the plot was not my forte and this idea also died of natural causes.

For several days now I knew that something was hatching inside me. I couldn’t catch it, I couldn’t define it; it just seemed to me that there was a certain silence in me that characterizes the phase of incubation, that is, the maturation of ideas, which takes place basically outside the participation of consciousness. I was a bit impatient because it seemed to me that I had a dream or a goal within reach, but I have no idea how to reach it.

Then help came. Midwife of ideas. A friend from afar who works as a psychologist and reads this blog. She led me, showed me the possible course of action, answered my call, although she did not have to. Moreover, she is ready to translate the book into an overseas market – which, she says, is in dire need of it.

I wrote the outline in a quarter of an hour, as if the whole idea had long been in my head, waiting only for the right conditions and time of birth. The phrase „trust in life” or „trust the process” never seemed more accurate to me. My gratitude to J. is immense.

Now I have to be careful.

In my state, it is very easy for me to wind myself up so that I cannot stop, or find myself suddenly at the opposite extreme of helplessness and insensitivity. I visualize my amygdala, the brain’s emotional center, and stroke it soothingly. I want to be happy, I want to be excited, but my disorder means emotional dysregulation and I’m afraid I won’t be able to contain my feelings. It helps me to eat this pie one piece at a time, focus on the idea of ​​plan and planning, extend my perspective over weeks, months, and think in terms of adjusting the pace to the challenge. There are meditative phrases about patience, forbearance, acceptance of what I feel, what is happening to me. Not getting attached to my feelings, reaching for a consciousness that observes them and allows them to come and go. Reading a mindfulness book at the same time helps, and I try to digest it little by little, against my tendency to devour everything without chewing. I treat this reading as a meditation in itself.

I also catch the addictive notion of „being needed”. How easy it is for me to believe that I have an important mission to fulfill – striking the narcissistic trait of my personality. So I turn my inflated thoughts back to „I just want to write an authentic book”. How refreshing and grounding it is.

Now, before me is an exercise in mindfulness, because I would like the book to be created from such a place – however strange it may sound, humble and mindful.

Keep your fingers crossed.

przerażająco prawdziwy / terribly real

(ENG. below) Tak bardzo skupiłam się na zaburzeniu borderline, że prawie zapomniałam, że choruję też na chorobę schizoafektywną. Ta postanowiła w tym tygodniu zapukać do drzwi po czym otworzyć je kopniakiem. W poniedziałek – atak psychotyczny. Pytam męża kim on jest, kim jestem ja, który mamy rok, gdzie jesteśmy; czemu mówi głosem swojego kolegi i czy na pewno jest tym, za kogo się podaje. Odrealnienie, odpłynięcie w mgłę, w bezczasowość i nieistnienie. Następne dni upłynęły pod znakiem dużych wahań nastroju, od nakrętu po stany depresyjne, w których wstanie z łóżka i kąpiel są osiągnięciem. Płaczę, nie wiem dlaczego, nie ma ku temu powodu. Kolejnej nocy nie mogę zasnąć, gonitwa obsesyjnych myśli, chomik w kółku. Budzę się nakręcona i zmęczona – jednocześnie wiem, że za kilka godzin mogę się znaleźć na przeciwległym biegunie i znów nie będę miała siły się ruszyć. Szybka, ultraszybka zmiana faz.

Próbuję pośród tych wszystkich symptomów medytować. Powtarzam sobie: nie jesteś swoimi myślami, nie jesteś swoimi uczuciami, nie jesteś nawet narracją na swój temat; jesteś świadomością, która obserwuje to ze współczuciem i dobrocią. Tak ciężko mi w tym stanie złapać to spokojne centrum. Co chwilę ściąga mnie w prawo lub w lewo jakaś myśl, jakiś plan, jakiś pomysł, przekonanie, fala emocji. Usiłuję sobie pomóc wyobraźnią – obrazem liścia, który spada na dno leśnego strumienia; nad nim woda pluska i wiruje, lecz on spokojnie sobie leży, zamiast być niesionym przez wodne turbulencje. Powtarzam też medytację ze słowem kluczem – „spokojna”, na wydechu. To wszystko pozwala mi nie wikłać się całkowicie…w powierzchowną siebie. Trudne.

Tej nocy miałam koszmar senny, który wybudził mnie o północy. Największy lęk – uzasadniony lub urojony – borderlinowca, czyli porzucenie, opuszczenie przez najbliższą osobę. Długo nie mogłam się uspokoić. Bezradność ze snu, zdruzgotanie, zagubienie, ból – były koszmarnie realne. Gdy się obudziłam, nie byłam pewna, czy to sen, czy rzeczywistość. Podreptałam do kuchni, gdzie mój mąż uspokajał mnie przez następne pół godziny.

Tak więc huśtam się na huśtawce nastrojów, pogubiona w znanych przecież, a jednak za każdym razem odczuwanych jakby na nowo symptomach. Mam wrażenie, że nie da się ich oswoić. Że za każdym razem przychodzą jak nieproszony gość, niechciany, bliski, a jednak obcy, bolesny i wywołujący skurcze przerażenia i rozczarowania.

Wszyscy dookoła mówią mi: to minie. Ja na to: tak, tylko po to, by wrócić.

(ENG.) I was so focused on borderline disorder that I almost forgot that I also have schizoaffective disease. She decided to knock on the door this week and then kick it open. On Monday – a psychotic attack. I ask my husband who he is, who I am, which year it is, where we are; why he speaks in the voice of his colleague and is he really who he says he is. Becoming unreal, lost in mist, timelessness and non-existence. The following days were marked by large mood swings, from feeling turned on to depressive states in which getting out of bed and bathing is an achievement. I’m crying, I don’t know why, there’s no reason. The next night I can’t sleep, chasing obsessive thoughts, a hamster in a wheel. I wake up turned on and tired – at the same time I know that in a few hours I may be on the opposite pole and I will not have the strength to get up – again. Fast, ultrafast phase change.

I am trying to meditate in the midst of all these symptoms. I keep telling myself: you are not your thoughts, you are not your feelings, you are not even a narrative about yourself; you are the consciousness that watches this with compassion and kindness. It’s so hard for me to catch this quiet center in this state. Every now and then I am drawn to the right or left by a thought, a plan, an idea, a conviction, a wave of emotions. I try to help myself with my imagination – with the image of a leaf falling to the bottom of a forest stream; above it, the water splashes and swirls, but it lies still, instead of being carried by the water turbulence. I also repeat the meditation with the key word – „calm”, exhaling. All this allows me not to become completely kidnapped by… superficial me. It’s hard to do.

That night I had a nightmare that woke me up at midnight. The greatest fear – justified or imaginary – of a borderliner, i.e. abandonment by the closest person. It took me a long time to calm down. Helplessness from this dream, devastation, confusion, pain – they were terribly real. When I woke up, I wasn’t sure if it was a dream or a reality. I dragged myself to the kitchen where my husband tried to calm me down for the next half hour.

So I am swinging on a mood swing, lost in the symptoms that are known, yet feel so new every time. I have the impression that it is impossible to tame them. That each time they come as an uninvited guest, unwanted, close, yet strange, painful and inducing fear and disappointment.

Everyone around tells me: it will pass. I say: yes, just to come back.

„życie jest relatywnie głupie” / „life is relatively stupid”

(ENG.below) Od piątku czuję się jak w emocjonalnej pralce. Na horyzoncie pojawiły się, nazwijmy to roboczo, duchy przeszłości – które zadziałały na mnie tak, jakby ktoś wcisnął we mnie czerwony guzik z napisem „ALARM, wszystkie emocje na pokład!” Czuję więc ogromny lęk, napięcie, frustrację, nadzieję, oparcie w sobie, brak oparcia w sobie, strach przed utratą kontroli, zaufanie, że potrafię się kontrolować i obejmować swoje emocje, przepuszczać je przez siebie, nie, że jednak mnie porwą, że zrobię coś głupiego, że zrobię komuś lub sobie krzywdę…Taki miszmasz, jak w pralce właśnie, w której jestem jedną z kolorowych skarpetek nie do pary.

Na sesji terapeutycznej, która na szczęście miała miejsce dzisiaj, rozmawialiśmy o kontroli. Ja o tym, że chciałabym panować nad wszystkimi możliwymi scenariuszami wydarzeń i skierować życie w ten najbardziej mi pasujący, mój psychiatra zaś – naprowadzał mnie mniej lub bardziej skutecznie na myśl, że życia absolutnie nie da się kontrolować. To, że zaczęłam przygodę z medytacją, pomaga mi nie dać się wessać przez odpływ w pralce. Jestem skarpetką nie do pary, ale skarpetką świadomą, hahaha.

Na pożegnanie mój psychiatra uraczył mnie piosenką. Nie byle jaką. Refren brzmi tak: „życie jest relatywnie głupie, jesteś tu i nie wiesz dlaczego”. Naprawdę chciałabym zrozumieć, co chciał mi przez to powiedzieć…Może takie trochę „nie martw się, nic nie ma bowiem większego sensu ani znaczenia”?…Po pierwszym szoku, że specjalista uważa za cenną informację „życie jest relatywnie głupie”, myślę sobie…że to w sumie…uwalniające z powagi, napięcia; pomocne.

Czytam aktualnie książkę o mindfulness (Jon Kabat-Zinn) i natrafiłam na ciekawe zdanie: „nie traktuj swoich myśli osobiście”. Twoje myśli to nie ty, pisze autor; ty jesteś świadomością, która może je obserwować. Nie wiem, czy sam był świadomy, że dla osób z tendencją do derealizacji i dysocjacji może to być trudne do ogarnięcia. Jeśli nie jestem swoimi myślami, nie jestem swoimi emocjami, a nie potrafię się skontaktować ze swoją świadomością – kim jestem? Co zostaje?…

Mimo wszystko próbuję. Dzieje się rzecz niesamowita: wnętrze mnie się śmieje. Śmieje się z uwikłania w dramaty z przeszłości, śmieje się z prób skontrolowania rzeczywistości i wszystkich scenariuszy, śmieje się z gigantycznego napięcia, a nawet z mojej „skarpetkowości w pralce”; lecz śmieje się życzliwie, choć prawdę mówiąc dość nieubłaganie. Wszystkie moje rozterki wydają się po prostu „relatywnie głupie”, niepotrzebne i zdecydowanie nie są mną. Po prostu chwilowo się zaplątałam. A mój środek się śmieje.

(ENG.) Since Friday, I feel like in an emotional washing machine. On the horizon appeared, let’s call it this way, ghost of the past – which event influenced me as if someone had pressed a red button inside me with the words „ALARM, all emotions on board!” So I feel a huge fear, tension, frustration, hope, self-support, lack of support in myself; fear of losing control, trust that I can control myself and embrace my emotions, let them pass through me; that they will kidnap me, that I will do something stupid, that I will hurt someone or myself … Such a mishmash as in a washing machine in which I am one of the colorful mismatched socks.

In the therapy session that thankfully took place today, we talked about control. I said that I would like to control all possible scenarios of events and direct my life to the one that suits me best, and my psychiatrist – led me more or less effectively to the idea that life is absolutely beyond control. The fact that I have started my adventure with meditation helps me not to get sucked in by the drain in the washing machine. I’m a mismatched sock, but a conscious sock – hahaha.

As a farewell, my psychiatrist treated me with a song. Not just any song. The chorus goes like this: „Life is relatively stupid, you are here and you don’t know why.” I would really like to understand what he meant to me by that … Maybe something like „don’t worry, because nothing makes much sense or importance”? … After the first shock that the specialist considers the message „life is relatively stupid” as valuable, I’m thinking…that it is actually… releasing – seriousness, tension; it’s helpful.

I am currently reading a mindfulness book (Jon Kabat-Zinn) and I came across an interesting sentence: „don’t take your thoughts personally”. Your thoughts are not you, writes the author; you are the consciousness that can observe them. I don’t know if he himself was aware that for people with a tendency to derealization and dissociation it can be difficult to grasp. If I am not my thoughts, I am not my emotions, and I cannot contact my awareness – who am I? What’s left? …

I’m trying anyway. An amazing thing is happening: my interior is laughing. It laughs at being entangled in past dramas, laughs at attempts to control reality and all scenarios, laughs at the enormous tension, and even at my „sock in the washing machine”; but he laughs kindly, though quite relentlessly to tell the truth. All my dilemmas just seem „relatively stupid”, unnecessary, and definitely not me. I just got confused for a moment. And my center, my “wise mind”, is laughing.

współczucie / compassion

(ENG.below) Mindfulness – jak powiedział mój psychiatra – ma potwierdzony w licznych badaniach wpływ na zdrowie psychiczne. Jest ponoć długofalowo skuteczniejsze niż antydepresanty. Pomaga w napięciu, lękach, obezwładnieniu emocjami, stanach depresyjnych. Szkoda, że nie sprzedają go w kolorowych pastylkach…zamiast tego czytam – i ćwiczę.

Zaczęło się od ćwiczeń oddechowych, następnie – obserwacji własnych doznań z ciała oraz doznań zmysłowych. Później – świadomość emocji i ich obserwacja, tak, aby przychodziły i odchodziły jak fale. Następnie świadomość ocen i sądów – i puszczanie ich jak stateczków na rzece. Niesamowite, jak bardzo się oceniam; za wszystko, za nic, serwując sobie samej osądy pełne sprzeczności. Bądź produktywna – co, znowu chcesz być produktywna? A miałaś nie chcieć! Zaplanuj – nie, nie planuj wszystkiego, miałaś się wyluzować! Zrób coś – nie, nie rób niczego, miałaś się nauczyć nicnierobienia…I tak w kółko. Zamiast wkurzać się na siebie, staram się obserować i wypuszczać stateczki na rzekę. W mojej wyobraźni – moją ukochaną rzekę przepływającą przez miasto, w którym mieszkam; zielono-szafirową, czasem rwącą, czasem łagodną, zawsze w ruchu przed siebie.

Na dziś trafiło ćwiczenie współczucia dla samej siebie. Mąż: założę się, że się poryczysz. Ja: no co ty, to tylko ćwiczenie. Jakiś czas później oczywiście płaczę; przygotowana oddechowo, powtarzając zdania medytacji:

Niech będę spokojna.

Niech będę bezpieczna.

Niech będę zdrowa.

Niech będę szczęśliwa, bez cierpienia.

Tak trudno mi współczuć samej siebie. Od razu przychodzi mi na myśl, że to inni zasługują na współczucie. Autorzy książki, którą czytam oczywiście to przewidzieli. Pytają mnie – z jakiego powodu myślę o sobie jako o niezasługującej na współczucie?…Dlaczego potrafię podejść do innych z łagodnością i wyrozumiałością, której sobie nie umiem podarować?

Powoli, licząc oddechy, powtarzam więc:

Niech będę spokojna.

Niech będę bezpieczna.

Niech będę…

(ENG.) Mindfulness – as my psychiatrist said – has an impact on mental health confirmed in numerous studies. It is said to be more effective than antidepressants in the long term. It helps in tension, anxiety, overwhelming emotions and depression. It’s a pity they don’t sell it in colored pills … instead, I read – and I practice.

It started with breathing exercises, then – observation of own experiences from the body, and sensory experiences. Later – awareness of emotions and their observation so that they come and go like waves. Then awareness of judgments – and setting them off like paper boats on a river. Amazing how much I judge myself; for all, for nothing, serving myself contradictory “I should”. Be productive – what, you wanna be productive again? And you weren’t supposed to! Plan – no, don’t plan everything, you were supposed to chill out! Do something – no, don’t do anything, you were supposed to learn to do nothing … and so it keeps going. Instead of getting pissed off at myself, I try to watch and release the paper boats into the river. In my imagination – my beloved river flowing through the city where I live; green-sapphire, sometimes rushing, sometimes gentle, always moving forward.

Today we have an exercise in self-compassion. My husband: I bet you’ll cry. Me: come on, it’s just an exercise. Some time later, of course, I’m crying; prepared after breathing meditation, repeating the following sentences:

May I be peaceful.

May I be safe.

May I be healthy.

Mey I be happy and without suffering.

It’s so hard for me to feel compassion for myself. It immediately comes to my mind that others deserve it. The authors of the book I am reading, of course, anticipated this. They ask me – why do I think of myself as undeserving of compassion? Why am I able to approach others with a gentleness and understanding that I cannot give myself?

So slowly, counting the breaths, I’m repeating:

May I be peaceful.

May I be safe.

May I be…

Witaj. Welcome.

Ten blog jest dwujęzyczny. This blog is bilingual. (Polish/English)

(for ENG.scroll down) Powstał po to, by osoby żyjące z zaburzeniami psychicznymi bądź będące w kryzysie psychicznym czuły się mniej samotne i zagubione. Również po to, by osoby zdrowe mogły nas lepiej zrozumieć, mniej się nas bać i lepiej nas wspierać.

Kiedy zaczęłam go tworzyć, żyłam z diagnozą choroby dwubiegunowej. Później psychiatrzy zakwalifikowali mnie jako pacjentkę schizoafektywną (połączenie schizofrenii i choroby dwubiegunowej). Ostateczna diagnoza powstała po siedmiu latach leczenia – choroba schizoafektywna i zaburzenie osobowości typu borderline. Najstarsze wpisy dotyczą więc głównie wahań nastrojów, późniejsze – epizodów psychotycznych, najnowsze – osobowości z pogranicza.

Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego jestem psycholożką.

Choroba psychiczna może dotknąć każdego.

Wszystkie obrazki opublikowane na blogu są mojego autorstwa i są moją własnością. 

This blog was created so that people living with mental disorders or in a mental crisis feel less lonely and less lost. Also so that healthy people can understand us better, fear us less and support us in a constructive way.

When I started creating it, I was diagnosed with bipolar disorder. Later, psychiatrists classified me as a schizoaffective patient (a combination of schizophrenia and bipolar disorder). The final diagnosis was made after seven years of treatment – schizoaffective disease and borderline personality disorder. Thus, the oldest entries concern mainly mood swings, the later ones – psychotic episodes, the newest ones – borderline personality disorder.

I am a psychologist by education and professional experience.

Mental illness can affect anyone.

All the images that are published here I’ve created. They are protected by copyrights.