duszno, ciasno / stuffy, tight

(ENG.below)

Ostatnie trzy dni upłynęły pod znakiem symptomów psychotycznych – derealizacji, depersonalizacji i urojeń paranoidalnych. Mówię coś do kogoś, a nagle nabieram wątpliwości – czy to na pewno ja mówię? Kto to mówi? Czy ja właśnie to chcę powiedzieć? Mąż patrzy na mnie jakoś niepewnie, mówi do mnie powoli – ja robię wielkie oczy; czy mój mąż to na pewno wciąż mój mąż?…Wracam z terapii – w gabinecie wszystko ze mną w porządku, zaczyna się na przystanku autobusowym: wszyscy na mnie patrzą, przyglądają mi się, to nie przypadkowi ludzie, to podstawieni aktorzy, coś tu się szykuje, coś się kręci. W autobusie biorę lek antypsychotyczny i z wykrzywioną przerażeniem oraz wysiłkiem związanym z pomieszczeniem w sobie tego przerażenia twarzą docieram do domu.

Dlaczego te ataki – akurat teraz? Skąd, po co?…

Mój psychiatra nalega, żeby NIE rozpoczynała brania nowego antypsychotyka, tylko próbowała notować to, co konkretnie poprzedza atak. Świadoma konstelacji pewnych czynników mogłabym, być może, atakom zapobiec. Tymczasem jedyna korelacja jaką widzę to rozpoczęcie pisania książki. W trzy dni napisałam 12 stron, z których większość była bolesną podróżą w przeszłość. Kiedy piszę, mam wrażenie, że jestem tylko maszyną do pisania; gotowe zdania wychodzą z mojej głowy poprzez dłonie na klawiaturze. Nie czuję absolutnie nic – jestem pisaniem; książka pisze się sama. Mój lekarz podejrzewa, że w trakcie pisania czuję całe mnóstwo emocji, tylko nie docierają one do świadomości. Gdy kończę pisać – cała ta sfora, od wściekłości przez wstyd i żal aż do poczucia winy – dopada mnie, a że nie potrafię jej pomieścić, uciekam w dysocjację. I nie czuję już nic oprócz psychotycznego strachu, bo rzeczywistość staje się dziwaczna i pokręcona. Nagle moje mieszkanie wydaje mi się za ciasne, chcę wymienić wszystkie moje ubrania, chcę zdjąć skórę z mojej twarzy. Duszno, duszno, ciasno.

Wczoraj zepsuł mi się komputer, więc nie mogłam pisać.

Nie uratowało mnie to jednak przed atakiem psychozy.

Chcę pisać dalej, chcę napisać tę książkę. Lecz na razie to książka pisze mnie.

(ENG.) The last three days have been marked by psychotic symptoms – derealization, depersonalization and paranoid delusions. I am saying something to someone and suddenly I have doubts – is it really me? Who is it saying? Is that what I wanted to say? My husband looks at me uncertainly, talks to me slowly – my eyes are wide. I’m coming back from therapy – everything is fine with me in the therapy room, but something begins at the bus stop: everyone is looking at me, they are watching me, they are not random people, they are substitute actors, something is getting ready here, something is spinning. On the bus, I take an antipsychotic medication, and with distorted my face distorted with terror and the effort to contain that terror within myself, I reach my home.

Why these attacks – right now? Where from, what for? …

My psychiatrist urges me NOT to start taking a new antipsychotic, but to try to note down what exactly precedes the attack. Being aware of the constellation of certain factors, I could, perhaps, prevent attacks. Meanwhile, the only correlation I see is when I start writing a book. In three days, I wrote 12 pages, most of which were a painful journey into the past. When I write, I have the feeling that I am just a typewriter; the finished sentences come out of my head through my hands on the keyboard. I feel absolutely nothing – I AM the writing; the book writes itself. My doctor suspects that I feel a whole lot of emotions while writing, but they don’t reach my consciousness. When I finish writing – this whole pack, from rage to shame and regret to guilt – gets me, and because I can’t contain it, I run away into dissociation. And I feel nothing but psychotic fear anymore because reality gets weird and twisted. Suddenly my apartment seems too cramped, I want to replace all my clothes, I want to remove the skin from my face. Stuffy, stuffy, tight.

Yesterday my computer broke down so I couldn’t write.

However, this did not save me from an attack of psychosis.

I want to keep writing, I want to write this book. But for now, this book is writing me.

wybrana / the chosen one

(*ENG.below) Zostałam wybrana przez boginię Shakti; czas zmienić imię, spakować się i wyjechać do Indii; znaleźć mistrza duchowego i stąpać duchową ścieżką.

Urojenia mają wiele twarzy.

W odmianie psychozy, która mnie dotyczy, mają bardzo zmienny charakter: raz jest to niewysłowione szczęście, które szybko zmienia się w przerażenie. Shakti, kłaniam się tobie, ale ten demon wysysający moją krew przed zaśnięciem już nie jest taki wspierający. Czy to na pewno ty go wysłałaś? Czy za twoim światłem nie czai się przypadkiem groza? Szybka zmiana nastroju – od spokoju do lęku. Psychoza lęku-szczęścia, w niemieckim Angst-Glück Psychose.

W związku z powyższym kryzysem miałam wczoraj ciężki dzień; nie tylko dlatego, że urojenia spalają mnóstwo energii, ale przede wszystkim dlatego, że wydawało mi się, że przegrałam życie. Znów nawrót symptomów. A było już tak dobrze. Już, już myślałam, że tak zostanie; w końcu minęły trzy tygodnie od ostatniego ataku, a to, jak na mnie, całkiem spory sukces. Przecież robiłam wszystko jak trzeba. Przestrzegałam wszystkich zasad, stosowałam wyuczone strategie, uważałam na siebie, zażywałam leki. Dlaczego nawrót? Czułam rozczarowanie, żal, wściekłość i bezradność. Nie chcę być ofiarą losu. Chcę mieć wpływ na swoje życie, widzieć efekty moich działań. Niestety, choroba ma swoje plany, najwyraźniej różne od moich.

Postąpiłam wczoraj zgodnie z radą mojego lekarza: podwyższyłam dawkę jednego z leków antypsychotycznych (Abilify), zażyłam potężną dawkę drugiego (Olanzapina), w wyniku czego spałam spokojnie 11 godzin i obudziłam się bez symptomów. Poziom zmęczenia – horrendalny, bo oba te leki wzmacniają swoje wzajemne skutki uboczne. Sama nie wiem, co teraz mam sobie myśleć, w jakiej narracji o relacji mojej z chorobą funkcjonować. Czy: „pamiętaj, zdrowienie to nie linearny proces”, czy „cokolwiek bym nie robiła, i tak nie mam wpływu na to, kiedy zaatakuje mnie choroba”, czy może „moje życie nie ma sensu, czas się stąd wynosić”, albo „mogę robić to, na co mam wpływ, a z resztą muszę się pogodzić”, lub też „będę żyć w ciągłym lęku, bo nigdy nie wiem, kiedy mnie dopadnie”, i tak dalej. Znów jestem zagubiona.

Może coś podpowiesz?

I was chosen by the goddess Shakti; time to change my name, pack up and go to India; find a spiritual master and walk on the spiritual path.

Delusions have many faces.

In the kind of psychosis that concerns me, they are very changeable in nature: once it is inexpressible happiness that quickly turns into terror. Shakti, I bow to you, but this demon that sucks my blood before falling asleep is not so supportive anymore. Are you sure you sent him? Is there a terror behind your light? A quick changes of mood – from calmness to anxiety. The anxiety-happiness psychosis, in German Angst-Glück Psychose.

I had a hard day yesterday due to the above crisis; not only because delusions burn a lot of energy, but mostly because I thought I had lost my life. Symptoms recur again. And it was already so good. I thought it would stay that way; after all, three weeks have passed since the last attack, and for me, it’s quite a success. After all, I did everything right. I followed all the rules, used learned strategies, took care of myself, took medications. Why relapse? I felt disappointment, regret, rage and helplessness. I don’t want to be a victim of fate. I want to influence my life, see the effects of my actions. Unfortunately, the disease has plans of its own, apparently different from mine.

I followed my doctor’s advice yesterday: I increased the dose of one of the antipsychotic drugs (Abilify), took a massive dose of the other (Olanzapine), and as a result I slept soundly for 11 hours and woke up symptom-free. The level of fatigue – horrendous, because both of these drugs enhance each other’s side effects. I don’t know what to think now, in what narrative about my relationship with the disease should I function. Is it: „remember, recovery is not a linear process” or „whatever I do, I still have no influence on when an illness attacks me”, or maybe „my life is pointless, it’s time to get out of here” or „I can do what I have control over and have to deal with the rest that I cannot control”, or „I’ll live in constant fear because I never know when it’s gonna get me”, and so on. I’m lost again.

Maybe you can suggest something?

święty Mikołaj / Santa Claus

(ENG.below)

Dziś światowy dzień walki z depresją. Wszyscy gromadzimy się z toporami i mieczami, by usiec tego śmiertelnie przecież groźnego przeciwnika. Z tej okazji spotykam się z kolegą, który od wielu lat jest w depresji. Pytam go, czy wierzy w zdrowienie. Tak malutko, odpowiada. Tyle, co w świętego Mikołaja? – dopytuję. Nie, w świętego Mikołaja wierzę bardziej, mówi on. Wierzę w nadzieję na zdrowienie, dodaje. To ona mi pozwala przeżyć z dnia na dzień. Stworzą nowe leki, nowe terapie, nowe podejścia…O kurcze, to brzmi prawie optymistycznie! Śmiejemy się. Oboje czasem nie mamy siły wstać z łóżka ani się umyć, ubrać, przygotować coś do jedzenia. Przy czym on żyje sam, a ja mam opiekę męża. Wiem, że ktoś się mną zajmie, ktoś mi pomoże. On nie ma tyle szczęścia.

Piszę ten tekst na balkonie, na którym przesiaduję godzinami, rysując, bo jest tak ciepło. Piszę z depresji, która trwa już miesiąc; zelżała po lekach antydepresyjnych, które w końcu zadziałały, w wyniku czego nie czuję teraz absolutnie nic. Moja paleta uczuć zredukowała się do spokoju i niepokoju, który przybiera różne ostre formy. Przez ostatnie trzy dni, każdego dnia miałam urojenia. Pierwszy atak w niedzielę na wycieczce, drugi w centrum miasta, podczas oczekiwania na kolegę, trzeci wczoraj., wzbogacony o halucynacje. Teraz każdego popołudnia boję się, że symptomy psychotyczne znowu przypłyną i porwą mnie w irracjonalny, wykrzywiony świat podejrzeń i derealizacji. Dziś zostałam sama w domu i towarzyszył mi ogromny lęk. A co jeśli na symptomy depresyjne nałożą się psychotyczne, i zrobię sobie krzywdę?…

Z okazji światowego dnia walki z depresją życzę wam wszystkim, żebyście nigdy nie musieli walczyć z depresją. Ani swoją, ani niczyją inną.

Today is the world day for the fight against depression. We all gather with axes and swords to stalk this deadly enemy. On this occasion, I meet a friend who has been depressed for many years. I ask him if he believes in healing. Just a tiny, tiny bit, he replies. So much as in Santa Claus? – I ask. No, I believe in Santa Claus more, he says. I believe in hope for recovery, he adds. It allows me to survive from day to day. They will create new drugs, new therapies, new approaches … Oh gosh, that sounds almost optimistic! We laugh. We both from time to time don’t have the strength to get out of bed or wash, dress or prepare something to eat. He lives alone and I have my husband’s care. I know someone will take care of me, someone will help me. He is not so lucky.

I am writing this text on the balcony, where I sit for hours drawing, because it is so warm outside. I am writing from a depression that has been going on for a month; it got better with the help of antidepressants which finally worked and as a result I feel absolutely nothing now. My palette of feelings has been reduced to peace and anxiety, which take various harsh forms. For the past three days, I’ve been delusional every day. The first attack on Sunday during the trip, the second one in the city center while waiting for a friend, the third one yesterday, enriched with hallucinations. Now, every afternoon I fear that the psychotic symptoms will re-emerge and take me into an irrational, distorted world of suspicion and derealization. Today I was alone at home and I was accompanied by great anxiety. What if my depressive symptoms get combined with psychotic symptoms and I hurt myself? …

On the occasion of world depression day, I wish you all that you never have to fight depression. Neither yours nor anyone else’s.

nie twoja rola / not your job

(ENG.BELOW) Jestem w klinice.

W czwartek przez cały dzień miałam obsesyjne myśli samobójcze, które nie reagowały na olbrzymie dawki leków, jakie zwykle mnie uspokajają. Z mężem jesteśmy umówieni tak, że mówię – mówię gdy jest źle, gdy jest niebezpieczniem gdy robi się nieznośnie. Tym razem nie powiedziałam. Co więcej, zachęciłam go, by poszedł spotkać się z kolegą. A wtedy pocięłam sobie przedramię. Ulga, jaka po tym nastąpiła, była niewiarygodna, nie do opisania. To chyba najbardziej mnie przeraziło. Następnego dnia rano zorganizowałam sobie pobyt w klinice.

Jestem tu już ósmy raz (powinnam chyba dostać kartę stałego klienta), ale trafiłam na nowy oddział o wdzięcznej nazwie Lenoir. Obsługa jest przesympatyczna, pomocna, życzliwa. Ordynatorka, urodzona w Bytomiu, pamięta jeszcze trochę polskiego, choć wychowywała się już w Niemczech. Na oddziale jest około 20 pacjentów, w większości w różnych stadiach depresji, jest więc przeważnie cicho i sennie, oprócz momentów, kiedy aktywizuje się Straszny Pan, krzyczy, przeklina, biega, zaśmiewa się z niczego, trzaska rzeczami, pali na korytarzu, goni w samej bieliźnie tam i z powrotem i ciężko go spacyfikować. No cóż, nie jesteśmy w zwyczajnym szpitalu, choć pośród pacjentów depresyjnych można mieć takie wrażenie. Ale Straszny Pan jest jak wykrzyknik, który przypomina, że przebywamy w klinice psychiatrycznej, bo jesteśmy wszyscy psychicznie chorzy.

Co do mojego leczenia, włączamy nowy lek antypsychotyczny, używany w leczeniu schizofrenii (Reagila); do tego podwyższamy dawkę litu. Dla bezpieczeństwa mam zakaz samodzielnego wychodzenia z oddziału. Dopóki nie przyjeżdża do mnie mąż, jestem więc uziemiona. Rysuję (mamy atelier), zajadam się przepysznymi posiłkami (tofu, szaszłyki owocowe, deska serów…tak, naprawdę tak to tutaj wygląda), snuję się między moim trzyosobowym pokojem a palarnią. No i piszę.

Możecie się zastanawiać, dlaczego piszę wprost o samookaleczaniu. Przecież to taki ciężki temat, w zasadzie – tabu. Chcę o tym powiedzieć, żeby podkreślić kilka rzeczy. Po pierwsze – unaocznić, jak koszmarny może być ból psychiczny, że wolimy od niego ostry ból cięcia własnego ciała. Po drugie – pokazać, na czym polega szybka zmiana faz; jednego dnia maluję, piszę sztukę, cieszę się moimi publikacjami, planuję podróż, nazajutrz wszystko się wali i spada w wielką czerń. Po trzecie – ja wiem, że to trudne i wymaga wiele od osób zdrowych – ale bądźcie wyczuleni na pewne sygnały; na to, że ktoś zaczyna coraz częściej sygnalizować, że czuje się dla was czy dla bliskich ciężarem, że łatwiej by wam było bez niej/niego, ale że jednocześnie wszystko jest w porządku. Nie poddawajcie się i gdy tylko czujecie jakiś dysonans, reagujcie, rozmawiajcie. I ostatnia prośba: jeśli zobaczycie osobę z bliznami po cięciach, nie myślcie o niej, że stara się zwrócić na siebie uwagę. Mój boże. Ona stara się przeżyć. Przywrócić się bólem do stanu normalności, bo już wyczerpała wszelkie inne sposoby. I wtedy naprawdę potrzebuje fachowej, profesjonalnej pomocy i opieki. Wasza już nie wystarczy.

I pamiętaj, nie jest twoją rolą ocalać komuś życie.

(ENG.) I’m in the clinic.

All day on Thursday, I had obsessive thoughts of suicide that didn’t respond to the huge doses of drugs that usually calm me down. We have a deal with my husband – I always tell him when it is bad, when it is dangerous, when it gets unbearable. This time I didn’t say anything. Moreover, I encouraged him to go see a friend. And then I cut my forearm. The relief that followed was unbelievable, beyond description. That scared me the most. The next morning I made an appointment at the clinic.

I’m here for the eighth time (I should probably get a loyalty card), but I found a new department aptly named Lenoir. The service is very nice, helpful and friendly. The head physician, born in Bytom, still remembers some Polish, although she was brought up in Germany. There are about 20 patients in the ward, mostly in different stages of depression, so it’s rather quiet and sleepy, except when the Scary Guy activates, screams, curses, runs, laughs at nothing, cracks things, smokes in the corridor, chases only in his underwear back and forth and it’s hard to pacify. Well, we are not in an ordinary hospital, although this is the impression among depressed patients. But the Scary Guy is like an exclamation point that reminds us that we are in a psychiatric clinic because we are all mentally ill.

As for my treatment, we include a new antipsychotic drug used to treat schizophrenia (Reagila); additionally, we increase the dose of Lithium. For safety reasons, I am forbidden to leave the ward on my own. So long as my husband doesn’t come to see me, I’m grounded. I draw (we have an atelier), eat delicious meals (tofu, fruit skewers, cheese board … yes, this is what it looks like here), I wander between my three-person room and the smoking room. And I am writing.

You may wonder why I am writing directly about self-mutilation. It’s such a heavy topic, actually – a taboo. I want to mention this to highlight a few things. First of all – to show how nightmarish mental pain can be, that we prefer sharp pain of cutting our own body to it. Secondly – to show what a quick phase change is; one day I paint, write a play, enjoy my publications, plan a trip, the next day everything collapses and falls into great blackness. Third – I know it is difficult and requires a lot from healthy people – but be alert to certain signals; to the fact that someone begins to mention more and more often that they feel like a burden for you or their loved ones, that it would be easier for you without her / him, but that at the same time everything is fine. Do not give up and whenever you feel any dissonance, react, talk. One final request: if you see a person with a cut scar, don’t think of them as trying to get attention. My God. They are trying to survive. To be back to normal – using pain, because they have exhausted all other methods. And then they really need professional help and care. Yours is not enough anymore.

And remember, it’s not your job to save someone’s life.

wezwanie / the call

(ENG.below) Jest ciężko, chociaż trafniej byłoby napisać „jest różnie”. Są takie godziny w ciągu dnia kiedy funkcjonuję doskonale; śmieję się, żartuję, idę biegać, wychodzę z psem, piszę, rysuję; mam pewność, że poradzę sobie ze wszystkim i czuję się mocna. A potem przychodzi mikroatak i planuję własną śmierć, planuję zaśnięcie na sto lat i obudzenie się w świecie, w którym nie mam już żadnych problemów. Kiedy myśli stają się zbyt obsesyjne, muszę brać antypsychotyki – bo to jakby atak psychotyczny, tyle, że na temat umierania. Łykam jedną tabletkę, łykam drugą i modlę się do kogokolwiek, kto mnie słucha, o szybkie zaśnięcie i obudzenie się w lepszym stanie. Dziś obudziłam się w niewiele lepszym stanie. Znów jestem w narracji „nie dam rady”, „nie uniosę tych ciężarów”, „dajcie mi zniknąć”. Moje zdrowe części próbują mnie trzymać za rękę i głaskać, pewnie dlatego nie zapadam się całkowicie; jestem po prostu trochę przygięta w kierunku ziemi. I choć stąd już bliżej do pozycji leżącej, siłą próbuję zostać w pionie. Nie marzyć o byciu pod ziemią, nie marzyć o schowaniu się do głębokiej morskiej jamy pod kamieniami (moje nowe miejsce spokoju w wyobraźni), gdzie nikt mnie nie znajdzie przez tysiąc lat. Usiłuję mimo wszystko powiedzieć życiu TAK, mimo tego, jak mi obrzydło.

Moja mama jest bardzo chora. Tak bardzo, że rozważamy moją samotną podróż do Polski przed świętami. Nie podróżowałam sama od 2014 roku, kiedy właśnie przed świętami choroba zmiotła mnie z powierzchni ziemi i wylądowałam w klinice. Wczoraj przez większość dnia byłam zmobilizowana, silna i zdecydowana. Jest cel, jest misja, mam zadanie, mam jasność. Będę pomagać. Potem przyszła tak dobrze znana fala – „nie dam rady, nie dam rady nawet wyjść z domu”. Wiem, że przed wyjazdem takich ataków będzie dużo. Na miejscu – kto wie, może cały mój wewnętrzny system się spionizuje, zmobilizuje. Lecz te lęki zanim się to stanie…połykają mnie swoimi mrocznymi paszczami i żują, boleśnie żują. Ja wiem, że to nie ja, że to choroba – i ta myśl pomaga mi się trochę do nich zdystansować. To choroba mówi. To ona podszeptuje, pokazuje. To minie. Mam też w sobie zdrową mnie. Muszę ją zawołać, zawezwać, ale tak, by była przy mnie na dłużej.

Ostatnia wiadomość, dobra: moje teksty i grafiki (Zuzanna Korońska) ukazały się w kolejnym wydaniu „Silne. Aperiodyk społeczny.” – czasopiśmie feministycznym. Cały numer dostępny jest tutaj: https://lodzkiedziewuchy.org.pl/numer/

Gorąco polecam lekturę. Jest i o chorobie, i o terapii, o traumie oraz…o czarownicach.

(ENG.) It is hard, although it would be more accurate to say „it is constantly changing”. There are hours during the day when I function perfectly; I laugh, joke, go for a run, go out with my dog, write, draw; I am sure that I can handle everything and I feel strong. And then comes the microattack and I plan my own death, I plan to go to sleep for a hundred years and wake up in a world where I no longer have any problems. When my thoughts get too obsessive, I have to take antipsychotics – it’s like a psychotic attack, but about dying. I take one pill, take another, and pray to whoever is listening to fall asleep quickly and wake up feeling better. Today I woke up in jus a little better condition. Again, I am in the narrative „I can’t do it”, „I won’t lift these burdens”, „let me disappear”. My healthy parts try to hold my hand and stroke me, which is probably why I don’t completely collapse; I’m just a bit bent towards the ground. And although I am now closer to the horizontal position, I try to force myself to stay upright. Not dreaming of being underground, not dreaming of hiding in a deep sea cavity under stones (my new place of peace in the imagination), where no one will find me for a thousand years. I try to say YES to life after all, despite how gross it seems to me.

My mom is very ill. So much so that we consider my lonely trip to Poland before Christmas. I have not traveled alone since 2014, when a disease wiped me off the face of the earth just before Christmas and I ended up in a clinic. Yesterday most of the day I was mobilized, strong and determined. There is a goal, there is a mission, I have a task, I have clarity. I will come and help. Then came the well-known wave – „I can’t make it, I can’t even get out of the house.” I know that there will be many such attacks before I leave. Once I’m there – who knows, maybe my entire internal system will upright and mobilize. But these fears before it happens… they swallow me with their dark maws and chew, painfully chew me.

I know it’s not me, it’s a disease – and this thought helps me distance myself a bit from them. That’s the disease that says it all. It is she who whispers, who shows these dark scenarios. It will pass. I also have a healthy me inside me. I have to call her, summon her, but so that she is with me for longer.

PS. Last news, good one: my texts and graphics (Zuzanna Korońska) appeared in the next issue of „Silne. A social aperiodic. ” – a Polish feminist journal. The entire issue is available here: https://lodzkiedziewuchy.org.pl/numer/ , of course when you understand a bit of Polish language…

ani ładna, ani przyjemna / neither pretty nor nice

(ENG.BELOW) Gdy byłam małą dziewczynką, rodzice powiesili w mieszkaniu reprodukcję obrazu przedstawiającego inną dziewczynkę (bardzo popularna na początku lat osiemdziesiątych reprodukcja). Dziecko to miało rozchylone usta i senne spojrzenie. Bałam się jej nieustająco. Wydawało mi się, że wodzi za mną oczami i że do mnie mruga. Miałam na tym tle tyle lęków, że rodzice zlitowali się i obraz zdjęli. Przypomniało mi się to wczoraj, kiedy dostałam ataku psychotycznego pod wieczór – w związku z malowaniem portretów. Zdawało mi się, że one ożywają, że patrzą na mnie swoimi własnymi, a jednocześnie moimi oczami; że każdy obraz kradnie cząstkę mojej duszy, staje się szamanicznym totemem, który zaczyna wieść niezależne ode mnie życie. Mój niepokój, a potem bardzo szybko ogromny lęk rósł z każdą chwilą. Lorazepam. Mój pies zaczął obwąchiwać pędzle: na pewno coś wyczuwa, o, to znak. Nie mogę już patrzeć na te twarze, to one patrzą na mnie! Zyprexa. Niepokój. Drugi Lorazepam. I wreszcie…ulga.

Pisałam już wielokrotnie o tym, że choć w trakcie ataków psychotycznych myśli są niedorzeczne, uczucia pod nie podpięte są absolutnie realne. Strach, panika, niepokój – dojmująco głębokie. Tak, jakby NAPRAWDĘ coś strasznego się działo, mimo, że obok rzeczywistość płynie spokojnie i naturalnie. Nie dla chorego. Chory przeżywa dramat, współistniejący z kolacją, mężem klikającym na komputerze, psem zajadającym przysmaki i kojącą muzyką w tle. Cierpimy, żołądek skręca się nam ze strachu. Po godzinie wszystko wraca do stanu sprzed. Jesteśmy tylko…bardzo zmęczeni.

Malowanie autoportretów kosztuje mnie wiele emocji, których za radą psychiatry powinnam unikać. Jako że jednak nie zamierzam wieść życia rozwielitki bądź ameby, maluję i chcę malować nadal. W każdym obrazie mieszczę sporo tego, co czuję – a jest tego naprawdę dużo. Na takie obrazy trudno patrzeć, są tak intensywne. Nie powstają jednak po to, by pobudzać zmysł estetyczny. To Art Brut, malowanie z trzewi. A jednak…dla własnego dobra powinnam być może przerzucić się na krajobrazy z jeleniami i zachodami słońca?…Tworzyć coś ładnego, przyjemnego?

Lecz jak mam to zrobić, jeśli wewnątrz nie jestem ani ładna, ani przyjemna?…

When I was a little girl, my parents hung in our apartment a reproduction of a painting showing another girl (a very popular one in the early 1980s). The child had mysteriously opened lips and sleepy eyes. I was constantly afraid of her. I thought she was following me with her eyes, winking at me. I had so many fears that my parents took pity and took the painting off. I remembered it yesterday, when I had a psychotic attack in the evening – in connection with my painting portraits. It seemed to me that they come to life, that they look at me with their own eyes and at the same time with mine; that each picture steals a piece of my soul, becomes a shamanic totem that begins to lead a life independent of me. My anxiety, and then very quickly, a great fear grew with every passing moment. Lorazepam. My dog ​​started sniffing the brushes: he must sense something, oh, that’s a sign. I can’t look at these faces anymore, they are looking at me! Zyprexa. Anxiety. Second Lorazepam. And finally… peace.

I have already written many times that although thoughts are absurd during psychotic attacks, the feelings attached to them are absolutely real. Fear, panic, anxiety – painfully deep. As if something REALLY terrible was happening, even though reality flows calmly and naturally. Not for the sick. The sick person experiences a drama, coexisting with dinner, a husband clicking on the computer, a dog eating delicacies and soothing music in the background. We suffer, our stomach twists with fear. After an hour, everything returns to the state it was before. We’re just… very tired.

Painting self-portraits costs me a lot of emotions, which I should avoid on the advice of a psychiatrist. However, since I do not intend to lead the life of an amoeba, I paint and I want to continue to paint. In every painting I put a lot of what and how I feel – and there is much of it. It is difficult to look at such images, they are so intense. However, they are not created to stimulate the aesthetic sense. It’s Art Brut, a visceral painting. And yet … for my own good, should I perhaps switch to landscapes with deer and sunsets? … Create something pretty, nice?

But how am I supposed to do this if inside I am neither pretty nor nice? …

zbyt niebezpieczna / too dangerous

(ENG.below) Wczoraj najcięższy wieczór w ostatnim czasie. Jeśli nie masz pojemności na trudne treści, nie czytaj, proszę.

Mąż pojechał na zakupy, a we mnie zaczęło narastać napięcie. Wzięłam 1 mg Lorazepamu, ale nie pomógł – zaczął się atak psychotyczny. Mimo tony leków antypsychotycznych, które biorę. Chciałam sobie zrobić krzywdę, bo miałam wrażenie, że jeśli nie zadam sobie bólu, rozpadnę się na kawałki. Przypomniały mi się rady psychiatry – szybko zająć czymś mózg. Biorę więc kolejne Lorazepamy, drugi, trzeci, czwarty (czyli całą dzienną dawkę naraz) lecz nie czuję ulgi. Cytryna. Wyciskam pół cytryny prosto do gardła. Kilka sekund otrzeźwienia, lecz ból psychiczny wraca. Czas na lodowaty prysznic. Stoję w wannie, polewam się lodowatą wodą, płaczę i tłumaczę zdziwionemu psu, że pani się źle czuje. Mam tyle energii, że w wannie biegnę w miejscu, cierpiąc od strumieni zimna, łkając, lodowata woda boli, ale boli inaczej niż psychika, więc znoszę to – jakoś. Muszę się pociąć, muszę się pociąć, to pomoże…Nie! Nie mogę, nie wolno mi! Schować noże, schować żyletki. Biorę wieczorną dawkę Zyprexy. Najbezpieczniejsza będę w łóżku. Opatulam się i nie ruszam, ściskam tylko moją piłeczkę antystresową. Lorazepam w końcu zaczyna działać. Napięcie słabnie, a wraz z nim myśli o samookaleczaniu.

Wraca mąż. Mój biedny, zestresowany mąż. Zaczynamy oboje płakać. Z bezsilności, ze strachu, z żalu. Płakanie pomaga. Będę w stanie zasnąć.

Budzę się wcześnie rano prosto ze snu, w którym wali się świat – dosłownie. Ułamuje się i odpada wielki kawał góry, a w zasadzie całego pasma górskiego; lawina kamieni zalewa wioski, miasta, zalewa Wawel. Część świata dotychczas dostępna znajduje się teraz pod wodą. Świat się zmienił.

Mój świat także się zmienił. W poniedziałek zamierzam porozmawiać z moim lekarzem o hospitalizacji. Stałam się dla siebie…zbyt niebezpieczna.

Yesterday was the hardest evening in recent times. If you can’t contain difficult emotions, do not read this post please.

My husband went shopping, and my tension started building up. I took 1 mg of Lorazepam, but it didn’t help – the psychotic attack began. Despite the tons of antipsychotic drugs I take. I wanted to hurt myself because I had the feeling that if I didn’t do it, I would fall to pieces, decompose. I recalled the advice of my psychiatrist – quickly get the brain busy. So I take another Lorazepam, the second, the third, the fourth (i.e. the entire daily dose at once) but I don’t feel any relief. Lemon. I squeeze half a lemon straight down my throat. A few seconds of being back in touch with reality, but the mental pain returns. Time for an icy shower. I stand in the bathtub, pour ice-cold water over myself, cry and explain to the surprised dog that his mum is feeling unwell. I have so much energy that I jogg in my bad, standing, suffering from the streams of cold water, sobbing, the icy water hurts but it hurts differently than the psyche, so I bear it – somehow. I have to cut myself, I have to cut myself, it’ll help … No! I cannot, I must not! Hide the knives, hide the razor blades. I’m taking the evening dose of Zyprexa. I will be safest in bed. I wrap myself up and don’t move, just squeeze my stress ball. Lorazepam is finally starting to work. The tension ebbs and so does thoughts of self-harming.

Husband returns. My poor stressed husband. We both start crying. Out of helplessness, out of fear, out of regret. Crying helps. I will be able to sleep.

I wake up early in the morning straight from a dream in which the world collapses – literally. A great chunk of the mountain breaks off and falls off – in fact the entire mountain range; an avalanche of stones floods villages, cities, floods Wawel in Cracow. The part of the world available so far is now under water. The world has changed.

My world has changed too. I’m going to talk to my doctor on Monday about hospitalization. I’ve become… too dangerous for myself.

modlitwa / the prayer

(ENG.below) „To sam środek fazy mieszanej, psychotyczno-maniakalnej” – stwierdził mój psychiatra. „Jako że nie jesteśmy na oddziale ratunkowym, spróbujemy najpierw radzić sobie domowo. Przepracowałem na ostrym dyżurze wiele lat, wiem co robić. Pacjentowi podaje się takie dawki, po których zdrowy człowiek spałby przez tydzień. W twoim przypadku, jak widać, te ilości leków nie utrudniają ci codziennych aktywności, nie wspominając o bieganiu przez trzy dni z rzędu. Widzę, że masz problemy z koncentracją. Włączamy zatem Lorazepam, by cię trochę uziemił. Nie obawiaj się, bierz po kilka mg naraz.”

Muszę poprosić męża, by zabrał moje karty kredytowe.

Wczoraj miałam kupić jedną rzecz, kupiłam pięć.

Nie mam już czego obcinać, bo na głowie mam 4mm.

Przychodzą mi na myśl złe, mroczne, autodestrukcyjne pomysły.

Mnóstwo palę. Jem kosmiczne ilości czekolady.

Jestem zmęczona, a jednocześnie nakręcona.

Wczorajsze przedpołudnie było dobre, zaznałam trochę spokoju. Obejrzałam nawet jeden odcinek serialu „Barbarzyńcy”, ale szybko straciłam nim zainteresowanie.

Siedząc dziś w ciemności na balkonie (wstałam za wcześnie…) zaczęłam sobie wyobrażać, jakby to było znowu być w klinice. Niewykluczone, że tym razem tam trafię, gdy żadne inne siły hamujące nie przywrócą porządku w moim nadaktywnym mózgu. Staram się powoli z tą myślą oswajać.

Czekam, aż wstanie świt, lecz pada deszcz i jest tak ciemno, że nie mam szans dostrzeć słońca. Sąsiadka pyta mnie wczoraj, jak się mam. Tu nie Ameryka, a ja jestem z Polski, więc odpowiadam zgodnie z prawdą, że jest źle. Ona nie wie co powiedzieć. Mówi w końcu: no taki czas, ciemno, zimno, krótkie dni, wszyscy w tym czasie się gorzej czują. Mam ochotę jej powiedzieć: wiesz co, choroba psychiczna nie wybiera sobie pór roku, a aktualnie daleka jestem od jesiennego spleenu, więc nie pleć farmazonów tylko się dokształć, albo mnie dopytaj, chętnie odpowiem. Zamiast tego mówię: No pewnie tak…I uśmiecham się pod nosem z myślą o tych, którzy wolą pod koc, i herbatka, i Netflix, bo jesień; a ja – co by tu jeszcze kupić, narysować, napisać, pobiegać, posprzątać, zmienić, zacząć, zniszczyć, przeorganizować, i tak dalej…

Nie wiem już do kogo się modlić o dar spokoju.

Jeśli ty wiesz, pomódl się proszę za mnie.

„We are in the middle of a mixed, psychotic-manic phase,” my psychiatrist concluded. “Since we’re not in the emergency room, we’ll try to deal with it at home first. I’ve worked in the ER for many years, I know what to do. The patient is given doses that in the case of a healthy person would result in sleeping for a week. In your case, as you can see, these amounts of medication don’t hinder your daily activities, not to mention jogging for three days in a row. I can see you have trouble concentrating. So we’re including Lorazepam to ground you a bit. Don’t worry, take a few mg at a time. „

I have to ask my husband to take away my credit cards.

Yesterday I was supposed to buy one thing, I bought five.

I don’t have anything to cut anymore, because I have 4mm on my head.

Bad, dark, self-destructive ideas come to my mind.

I smoke a lot. I eat enormous amounts of chocolate.

I am tired and at the same time energized.

Yesterday’s morning was good, I got a little peace. I even watched one episode of the series „Barbarians”, but I quickly lost interest in it.

Sitting today in the dark on the balcony (I got up too early …) I started to imagine what it would be like to be in the clinic again. It is possible that I will end up there this time when no other braking forces can restore order to my overactive brain. I am slowly trying to get used to this thought.

I wait for dawn, but it’s raining and it’s so dark I can’t see the sun. Yesterday, my neighbor asked me how I was doing. This is not America, and I am from Poland, so I answer truthfully that it is rather bad. She didn’t know what to say. Finally, she said: well, in such a time, dark, cold, shorter days, less sunshine…everyone feels worse at this time of the year. I wanted to tell her: you know what, mental illness does not choose the seasons of the year, and currently I am far from autumn spleen, so please, do just try to educate yourself, or ask me how it reaaly feels, I will be happy to answer. Instead, I say: I suppose so … And I smile to myself thinking about those who prefer to hide under a blanket, with a cup of tea and Netflix, because it’s autumn; and I, tiger in a cage, keep thinking – what else to buy, draw, write, run, clean up, change, start, destroy, reorganize, and so on …

I no longer know whom to pray to for the gift of peace.

If you know, please pray for me.

taniec neuronów / dance of neurons

(ENG.below) Dziwny czas – tak chciałam zacząć ten wpis lecz uświadomiłam sobie, że u mnie zwykle każdy czas jest dziwny; nie jest to więc zbyt oryginalny początek. Jestem na dużej (powyżej normalnie zalecanej) dawce leków antypsychotycznych, a mimo to mój mózg zapewnia mi mnóstwo rozrywki w postaci stanów hipomaniakalnych. Sprzątam co tylko wpadnie mi w ręce, biegam, robię zakupy, spaceruję, rysuję, obcinam kilkumilimetrowe włosy na głowie, które zupełnie tego nie potrzebują, przeglądam nowe konkursy, spisuję nowe pomysły na sztuki teatralne, piekę, gotuję, myląc przepisy, za szybko, zbyt niedokładnie; jednocześnie nie potrafię się skupić, nie czytam, nie oglądam, będąc zarazem zmęczona i nakręcona. Na szczęście jednak nie mam symptomów psychotycznych – już od czterech dni.

Stany hipomaniakalne są o tyle dziwne, że Zyprexa (olanzapina) powinna działać antymaniakalnie. Biorę jej naprawdę dużo, bo 25mg dziennie. Miałam spać przez kilka dni, tymczasem zmieniłam się w wulkan aktywności, którego erupcje przerywane są drzemkami w ciągu dnia i wczesnym chodzeniem spać (na szczęście ze snem nie mam żadnych problemów). Natrafiłam kiedyś na mem treści: gdy twoja depresja sprawia, że jesteś bardzo zmęczona, lecz twój niepokój nie pozwala ci zasnąć; w moim przypadku można by napisać: gdy twoje antypsychotyki sprawiają, że jesteś zmęczona, ale mania nie pozwala ci odpocząć.

Masz może w doświadczeniu taki stan, w którym boli cię głowa – bierzesz leki przeciwbólowe i wiesz, że ból rozgrywa się nadal, ale leki skutecznie go od ciebie oddzielają? Tak czuję się na Zyprexie. Mam wrażenie, że epizody psychotyczne rozgrywają się mimo wszystko, ale nie docierają do świadomości. Tak, jakby Zyprexa zamieniła się w mojej głowie w wierną straż, która nie dopuszcza bólu. Kilka dni bez cierpienia – może dlatego nagle mam tyle energii?…Ta jej ilość, która na co dzień była spożytkowana na walkę z symptomami, nagle nie ma co ze sobą zrobić i zmienia się we frenetyczny, super-aktywny taniec neuronów – a zatem i mój taniec.

Chciałabym mimo wszystko przestać się ruszać tak intensywnie i doświadczyć spokoju. W życiu wariata jest to jednak towar reglamentowany.

Strange time – this is how I wanted to start this post, but I realized that with me usually every time is strange; thus, it is not a very original beginning. I am on a high (above normally recommended) dose of antipsychotic drugs, and yet my brain provides me with a lot of entertainment in the form of hypomanic states. I clean up whatever I can get my hands on, I jogg, I shop, I walk with my dog, I draw, I cut a few millimeters of hair on my head that do not need it at all, I review new competitions, I write new ideas for theater plays, I bake, cook, confuse recipes, too fast, too inaccurately; at the same time, I cannot focus, read, and watch, being tired and energized at the same time. Fortunately, however, I haven’t had psychotic symptoms – for four days now.

Hypomanic states are even more strange in these circumstances because Zyprexa (olanzapine) should act antimanic. I take a lot of it, 25 mg a day. I was supposed to sleep for a few days, meanwhile I turned into a volcano of activity, the eruptions of which are interrupted by naps during the day and going to bed early (luckily I don’t have any problems with sleep). I came across a meme once: when your depression makes you very tired, but your anxiety keeps you awake; in my case, you could write: when your antipsychotics make you tired, but the mania keeps you from resting.

Do you have a headache in your experience – when you take painkillers and you know that the pain continues, but the drugs are effectively separating it from you? This is how I feel on Zyprexa. I have the impression that the psychotic episodes take place after all, but do not reach the consciousness. As if Zyprexa turned into a faithful guard in my head that does not allow pain. A few days without suffering – maybe that’s why I suddenly have so much energy? … The amount of it that was used every day to fight the symptoms suddenly has nothing to do and turns into a frenetic, super-active dance of neurons – and therefore my dance as well.

Still, I would like to stop moving so intensely and experience peace. In the life of a madman, however, it is a rationed commodity.

trudny wybór / hard choice

(ENG.below) Zaczęło się od niewinnego pytania „jakie masz plany na najbliższe dni”, na które zareagowałam żartem, czy to może zaproszenie na kawę, a skończyło na prośbie „chciałbym, żebyś najbliższe trzy-cztery dni przespała”. Zastosowaliśmy z moim psychiatrą kryzysową interwencję, a mianowicie końską dawkę antypsychotyków (Zyprexa i Solian, czyli olanzapina i amisulpryd), które mają spowodować Wielką Senność i odciąć mnie od symptomów psychotycznych. Działa! Przez ostatnie dwa dni brak symptomów. Skutki uboczne znane mi z przeszłości, a mianowicie wzrost apetytu – wciągam jedzenie jak odkurzacz, zwłaszcza słodycze – i zmęczenie, zwłaszcza popołudniu; chodzę spać przed 20:00, bo nie mam już siły funkcjonować.

Taka interwencja może działać krótkoterminowo. Jakość życia, która jest równie ważna w przypadku leczenia, spada – nie da się zwyczajnie funkcjonować; potrzebne drzemki w ciągu dnia i spanie po 10-11 godzin w nocy. Słabość, głód, zmęczenie, tycie. Jednakże psychiatra orzekł, że jeśli ta strategia nie zadziała, wyśle mnie do kliniki. A wiesz, jak nie lubię tam trafiać.

Udaje mi się mimo wszystko tak rozłożyć dawkowanie leków, żeby przez 3-4 godziny w ciągu dnia mieć dość siły na cokolwiek. Zwlekam się więc z łóżka, rysuję albo spaceruję z psem (udało mi się nawet wczoraj trochę z nim pobiegać). Jednak późnym popołudniem chce mi się płakać ze zmęczenia. Mam też niesamowite sny, bo śni mi się szaleństwo – tak jakby symptomy przeniosły się głęboko do nieświadomości, nie atakowały mnie już w ciągu dnia lecz rozgrywały się, gdy śpię.

Trudny wybór – nie być na lekach i funkcjonować w miarę normalnie, oprócz 3-4 godzin w ciągu dnia, gdy przychodzi atak psychotyczny, lub być na lekach, bez ataków, lecz nie funkcjonować normalnie z powodu zmęczenia i mieć 3-4 godziny w ciągu dnia gdy da się cokolwiek zrobić.

A co ty byś wybrał/a na moim miejscu?…

It started with an innocent question „what are your plans for the next few days”, to which I reacted with a joke (that maybe it was an invitation for a coffee), and ended with a request „I would like you to sleep all the time for the next three or four days”. We used a crisis intervention with my psychiatrist, namely an extremely high dose of antipsychotics (Zyprexa and Solian, i.e. olanzapine and amisulprid), which are supposed to make me feel sleepy and cut me off from my psychotic symptoms. It works! No symptoms for the last two days. Side effects known to me from the past, namely an increase in appetite – I vacuum food, especially sweets – and fatigue, especially in the afternoon; I go to bed before 8:00 PM because I don’t have the strength to function anymore.

Such an intervention may work short-term. The quality of life, which is equally important in the case of treatment, is declining – you cannot simply function; you need naps during the day and the amount of sleep rises to 10-11 hours at night. Weakness, hunger, fatigue, weight gain. However, the psychiatrist said that if this strategy didn’t work, he would send me to a clinic. And you know how I hate going there.

Nevertheless, I manage to distribute the dosage of drugs in such a way that for 3-4 hours a day I have enough strength to do something. So I drag myself out of bed, draw or take a walk with my dog ​​(I even managed to run with him a little yesterday). However, in the late afternoon I feel like crying from exhaustion. I also have amazing dreams, because I dream of madness – as if the symptoms moved deeply into the unconscious and no longer attacked me during the day, but unfolded while I was sleeping.

Difficult choice – not to be on medication and function normally, except 3-4 hours a day when a psychotic attack occurs, or to be on medication, without seizures, but not functioning normally due to fatigue and having 3-4 hours a day a day when anything can be done.

What would you choose if you were me? …