dieta psychiczna / mental diet

(ENG.below) Przyjaciel powierzył mi swoją książkę – genialną powieść, świetnie napisaną – a ja nie jestem w stanie jej czytać. Po pierwsze, nie pamiętam już, kiedy ostatnio czytałam fikcję; cokolwiek, co nie byłoby poradnikiem/książką dla borderlinowców/książką o mindfulness. Zapomniałam więc, jak to jest utonąć w historii o kimś innym. Po drugie, książka napisana jest w tak wciągający sposób, że gdy tylko się od niej odrywam, mimo wysiłku nadal w niej jestem, a granica między rzeczywistym a nierzeczywistym niebezpiecznie się zaciera. Dla osoby z tendencjami do odrealnienia, depersonalizacji, derealizacji – bardzo ryzykowny stan. Czuję się więc jak czytelnik specjalnych potrzeb. To mnie frustruje.

Oczywiście, pojawia się we mnie też wspierający głos, wyrażający zgodę na to, że jestem, jaka jestem, i to się raczej nie zmieni. Że to dobre ćwiczenie zauważania i strzeżenia własnych granic, granic możliwości. Jednakże jestem smutna, bo książka jest świetna i chętnie pożarłabym ją w całości. Na razie jednak to ona pożera mnie, wypluwa zmęczoną i senną, nie do końca pewną, czy to majak, czy rzeczywistość. Dodatkowo napisana jest w taki sposób, że głównego bohatera podglądamy we wszystkich możliwych sytuacjach i okolicznościach, a ja nagle czuję się tak, jakbym stała w cudzej łazience i patrzyła, jak ktoś oddaje mocz, zupełnie nieświadomy mojej obecności. Dla borderlinowca, który ma problem z bliskością, granicami, podchodzi za blisko lub odpycha ze strachu, bojąc się, że to on zostanie porzucony w pierwszej kolejności, to także duże wyzwanie. Ktoś – fikcyjna postać przecież, a jednak opisana w tak ludzki, rzeczywisty sposób – nagle podchodzi na centrymentrową do ciebie odległość i nie daje ci wyboru, możesz tylko patrzeć, patrzeć, patrzeć. To mnie stresuje. I nie mogę czytać dalej.

Nie dość, że jestem osobą specjalnej troski, to jestem też czytelniczką specjalnej troski. Muszę uważać na to, co przeżywam, co przyjmuję, ale też na to, co czytam i oglądam. To tak, jakby być na permanentnej psychicznej diecie. „Muminki” – mówi moja siostra. „Teletubisie”.

Milczę, lecz protestuję.

A friend entrusted me with his book – a brilliant novel, fantastically written – and I cannot read it. First, I don’t remember the last time I read fiction; anything that would not be a guide / book for borderliners / a book on mindfulness. So I forgot what it’s like to drown in a story about someone else. Secondly, the book is written in such an engaging way that as soon as I break away from it, despite my efforts, I am still in it, and the line between the real and the unreal becomes dangerously blurred. For a person with tendencies to un-real, depersonalize, derealise – a very risky state. So I feel like a special needs reader. It frustrates me.

Of course, there is also a supporting voice in me, agreeing that I am what I am, and that is unlikely to change. That it’s a good exercise for noticing and guarding my own limits, the limits of my capabilites. However, I am sad because the book is great and I would like to eat it whole. For now, however, it is she who devours me, spits out tired and sleepy, not entirely sure if it is a dream or reality. Additionally, it is written in such a way that we watch the main character in all possible situations and circumstances, and I suddenly feel as if I am standing in someone else’s bathroom and watching someone urinate, completely unaware of my presence. For a borderliner who has problems with intimacy, borders, comes too close or pushes others away in fear, scared that she will be abandoned in the first place, it is also a big challenge. Someone – a fictional character after all, yet described in such a human, realistic way – suddenly approaches you at a centimeter distance and gives you no choice, you can only look, look, look. It stresses me out. And I can’t read any further.

Not only am I a special needs person, I am also a special needs reader. I have to be careful with what I experience, what I take in, but also with what I read and watch. It’s like being on a permanent mental diet. „Moomins,” says my sister. “Teletubbies”.

I am silent, but I protest.

obca twarz / strange face

(ENG.below) Wyobraź sobie lęk, który towarzyszy pewności, że twoja twarz w lustrze nie jest twoją twarzą. Jest obca. Ktoś podmienił ci głowę. Kto to jest, to odbicie? Bo na pewno nie ty. To wydarzyło mi się w sobotę. Przerażona, mówię do męża: popatrz, popatrz! Mam nie swoją twarz! Co się dzieje? Mąż, spokojnie: to twoja twarz, tylko wykrzywiona strachem, buzia jak pięść, przerażona. Ja: nie nie, wygląda jak nie moja! Mąż: ja ją znam, ona jest na pewno twoja.

Czasem myślę, że mój partner ma nieskończone pokłady cierpliwości. Jednakże każdy mój atak odbija się na nim, wywołując stan nieustannej gotowości, jak w partyzance. Nie wiadomo bowiem, co się tym razem wydarzy. A co, jeśli będę chciała sobie tę twarz wymienić?…

Próbowałam podwyższyć lek antypsychotyczny, Aripiprazol (Abilify), jednakże nawet niewielka zmiana w dawce wywołała ogromny niepokój, napięcie i stres. Denerwowałam się nawet wyjściem z domu. Znam te skutki uboczne, stanęłam więc przed wyborem: albo wszechogarniający niepokój, powodujący znaczne utrudnienie codziennego funkcjonowania, albo ryzyko nawrotu symptomów psychotycznych. Postawiłam na to drugie. Gdy przychodzi epizod, najpierw przeżywam urojenia i lęk przez pół godziny – godzinę, potem śpię, lecz cała ta trudna przygoda nie trwa cały dzień. Alternatywą jest całodzienny niepokój i napięcie.

A ty co byś wybrała?

Imagine the fear that comes with the certainty that your face in the mirror is not yours. You see a stranger. Someone changed your head. Who is it, this reflection? Because it’s not you. It happened to me on Saturday. Terrified, I say to my husband: look, look! It’s not my face! What’s happening? Husband, calmly: it’s your face, just twisted with fear, like a fist, terrified. Me: no no, it looks like not mine! Husband: I know it, it is definitely yours.

Sometimes I think my partner has endless patience. However, my every attack takes its toll on him, creating a state of constant readiness, like in a guerrilla. We don’t know what will happen this time. What if I want to replace this face? …

I tried to boost my antipsychotic drug, Aripiprazole (Abilify), however, even a small change in dose caused tremendous anxiety, tension and stress. I was even nervous about leaving the house. I was familiar with these side effects, so I was faced with a choice: either overwhelming anxiety that makes my daily functioning significantly impaired, or the risk of recurrence of psychotic symptoms. I bet on the latter. When an episode comes, I first experience delusions and anxiety for half an hour – an hour, then I sleep, but the whole difficult adventure doesn’t last a whole day. The alternative is anxiety and tension all day long.

What would you choose?

podstawieni / substitutes

(ENG.below)

I już, dwa dni później, mam atak urojeniowy w trakcie podróży do domu. Chciałam, co mam. Ludzie na przystanku są podstawieni. Dlaczego to są sami starcy? Coś tu nie gra. Ludzie w autobusie też. Wsiada dwójka młodych asasynów. Poczekają na ostatni przystanek, na którym wysiadam, i tam mnie zlikwidują. Boże jak się boję. Biorę Lorazepam z torebki, ale Olanzapiny nie mam czym popić. Muszę dojechać do domu. Pierwsze słowa do męża: ty też jesteś w spisku?

Biorę drugi Lorazepam, 10mg Olanzapiny i kładę się do łóżka.

Budzę się po czterech godzinach.

Tak, od wielu dni narastało we mnie napięcie. Rosło jak pęcherzyki pod skórą całego ciała, których nie dało się przekłuć. Objawiało się między innymi paraliżem decyzyjnym, odrealnieniem (kto to powiedział? Czy to ja to właśnie powiedziałam?), atakami płaczu, ale także zaczęło przybierać formy myśli autodestruktywnych (powyrywać sobie wszystkie kolczyki). Jak dobrze, że dziś „straciłam przytomność” na te kilka godzin. Obudziłam się już po drugiej stronie, spokojna.

Nigdy nie przyszło mi do głowy, że będę opisywać ataki psychotyczne jako koło ratunkowe. A jednak w chwilach, kiedy żadnymi dostępnymi strategiami nie potrafię sobie pomóc, atak urojeń prześladowczych czy ksobnych wnosi najpierw kumulację lęku, by następnie, dzięki lekom, rozładować całe zebrane napięcie.

Teraz pomalutku… i ze wsłuchiwaniem się we własne potrzeby.

And here we go, two days later, I have a delusional attack on my way home. I have what I wanted. People at the bus stop are substitutes. Why are they all old men? Something is not right here. So are the people on the bus. Two young Assassins are getting on. They will wait for the last stop where I get off and they’ll kill me there. God how I’m scared. I take Lorazepam from my purse, but I have nothing to drink and thus I’m not able to take Olanzapine. I have to get home. First words to my husband: are you in a conspiracy too?

I take a second Lorazepam, 10mg Olanzapine, and go to bed.

I wake up after four hours.

Yes, for days I had been tense. It grew like bubbles beneath the skin of my entire body and could not be pierced. It manifested itself with decision paralysis, depersonalization (who said that? Was that what I said?), attacks of crying, but also began to take the form of self-destructive thoughts (to tear off all the earrings). How good that today I „passed out” for these few hours. I woke up on the other side, calm.

It never occurred to me that I would describe psychotic seizures as a lifesavior. And yet, at times when I cannot help myself with any available strategies, an attack of persecutory delusions first brings about an accumulation of anxiety, and then, thanks to drugs, relieve all the accumulated tension.

Now I need to take it slowly, step by step… and listening to my own needs.

duszno, ciasno / stuffy, tight

(ENG.below)

Ostatnie trzy dni upłynęły pod znakiem symptomów psychotycznych – derealizacji, depersonalizacji i urojeń paranoidalnych. Mówię coś do kogoś, a nagle nabieram wątpliwości – czy to na pewno ja mówię? Kto to mówi? Czy ja właśnie to chcę powiedzieć? Mąż patrzy na mnie jakoś niepewnie, mówi do mnie powoli – ja robię wielkie oczy; czy mój mąż to na pewno wciąż mój mąż?…Wracam z terapii – w gabinecie wszystko ze mną w porządku, zaczyna się na przystanku autobusowym: wszyscy na mnie patrzą, przyglądają mi się, to nie przypadkowi ludzie, to podstawieni aktorzy, coś tu się szykuje, coś się kręci. W autobusie biorę lek antypsychotyczny i z wykrzywioną przerażeniem oraz wysiłkiem związanym z pomieszczeniem w sobie tego przerażenia twarzą docieram do domu.

Dlaczego te ataki – akurat teraz? Skąd, po co?…

Mój psychiatra nalega, żeby NIE rozpoczynała brania nowego antypsychotyka, tylko próbowała notować to, co konkretnie poprzedza atak. Świadoma konstelacji pewnych czynników mogłabym, być może, atakom zapobiec. Tymczasem jedyna korelacja jaką widzę to rozpoczęcie pisania książki. W trzy dni napisałam 12 stron, z których większość była bolesną podróżą w przeszłość. Kiedy piszę, mam wrażenie, że jestem tylko maszyną do pisania; gotowe zdania wychodzą z mojej głowy poprzez dłonie na klawiaturze. Nie czuję absolutnie nic – jestem pisaniem; książka pisze się sama. Mój lekarz podejrzewa, że w trakcie pisania czuję całe mnóstwo emocji, tylko nie docierają one do świadomości. Gdy kończę pisać – cała ta sfora, od wściekłości przez wstyd i żal aż do poczucia winy – dopada mnie, a że nie potrafię jej pomieścić, uciekam w dysocjację. I nie czuję już nic oprócz psychotycznego strachu, bo rzeczywistość staje się dziwaczna i pokręcona. Nagle moje mieszkanie wydaje mi się za ciasne, chcę wymienić wszystkie moje ubrania, chcę zdjąć skórę z mojej twarzy. Duszno, duszno, ciasno.

Wczoraj zepsuł mi się komputer, więc nie mogłam pisać.

Nie uratowało mnie to jednak przed atakiem psychozy.

Chcę pisać dalej, chcę napisać tę książkę. Lecz na razie to książka pisze mnie.

(ENG.) The last three days have been marked by psychotic symptoms – derealization, depersonalization and paranoid delusions. I am saying something to someone and suddenly I have doubts – is it really me? Who is it saying? Is that what I wanted to say? My husband looks at me uncertainly, talks to me slowly – my eyes are wide. I’m coming back from therapy – everything is fine with me in the therapy room, but something begins at the bus stop: everyone is looking at me, they are watching me, they are not random people, they are substitute actors, something is getting ready here, something is spinning. On the bus, I take an antipsychotic medication, and with distorted my face distorted with terror and the effort to contain that terror within myself, I reach my home.

Why these attacks – right now? Where from, what for? …

My psychiatrist urges me NOT to start taking a new antipsychotic, but to try to note down what exactly precedes the attack. Being aware of the constellation of certain factors, I could, perhaps, prevent attacks. Meanwhile, the only correlation I see is when I start writing a book. In three days, I wrote 12 pages, most of which were a painful journey into the past. When I write, I have the feeling that I am just a typewriter; the finished sentences come out of my head through my hands on the keyboard. I feel absolutely nothing – I AM the writing; the book writes itself. My doctor suspects that I feel a whole lot of emotions while writing, but they don’t reach my consciousness. When I finish writing – this whole pack, from rage to shame and regret to guilt – gets me, and because I can’t contain it, I run away into dissociation. And I feel nothing but psychotic fear anymore because reality gets weird and twisted. Suddenly my apartment seems too cramped, I want to replace all my clothes, I want to remove the skin from my face. Stuffy, stuffy, tight.

Yesterday my computer broke down so I couldn’t write.

However, this did not save me from an attack of psychosis.

I want to keep writing, I want to write this book. But for now, this book is writing me.

wybrana / the chosen one

(*ENG.below) Zostałam wybrana przez boginię Shakti; czas zmienić imię, spakować się i wyjechać do Indii; znaleźć mistrza duchowego i stąpać duchową ścieżką.

Urojenia mają wiele twarzy.

W odmianie psychozy, która mnie dotyczy, mają bardzo zmienny charakter: raz jest to niewysłowione szczęście, które szybko zmienia się w przerażenie. Shakti, kłaniam się tobie, ale ten demon wysysający moją krew przed zaśnięciem już nie jest taki wspierający. Czy to na pewno ty go wysłałaś? Czy za twoim światłem nie czai się przypadkiem groza? Szybka zmiana nastroju – od spokoju do lęku. Psychoza lęku-szczęścia, w niemieckim Angst-Glück Psychose.

W związku z powyższym kryzysem miałam wczoraj ciężki dzień; nie tylko dlatego, że urojenia spalają mnóstwo energii, ale przede wszystkim dlatego, że wydawało mi się, że przegrałam życie. Znów nawrót symptomów. A było już tak dobrze. Już, już myślałam, że tak zostanie; w końcu minęły trzy tygodnie od ostatniego ataku, a to, jak na mnie, całkiem spory sukces. Przecież robiłam wszystko jak trzeba. Przestrzegałam wszystkich zasad, stosowałam wyuczone strategie, uważałam na siebie, zażywałam leki. Dlaczego nawrót? Czułam rozczarowanie, żal, wściekłość i bezradność. Nie chcę być ofiarą losu. Chcę mieć wpływ na swoje życie, widzieć efekty moich działań. Niestety, choroba ma swoje plany, najwyraźniej różne od moich.

Postąpiłam wczoraj zgodnie z radą mojego lekarza: podwyższyłam dawkę jednego z leków antypsychotycznych (Abilify), zażyłam potężną dawkę drugiego (Olanzapina), w wyniku czego spałam spokojnie 11 godzin i obudziłam się bez symptomów. Poziom zmęczenia – horrendalny, bo oba te leki wzmacniają swoje wzajemne skutki uboczne. Sama nie wiem, co teraz mam sobie myśleć, w jakiej narracji o relacji mojej z chorobą funkcjonować. Czy: „pamiętaj, zdrowienie to nie linearny proces”, czy „cokolwiek bym nie robiła, i tak nie mam wpływu na to, kiedy zaatakuje mnie choroba”, czy może „moje życie nie ma sensu, czas się stąd wynosić”, albo „mogę robić to, na co mam wpływ, a z resztą muszę się pogodzić”, lub też „będę żyć w ciągłym lęku, bo nigdy nie wiem, kiedy mnie dopadnie”, i tak dalej. Znów jestem zagubiona.

Może coś podpowiesz?

I was chosen by the goddess Shakti; time to change my name, pack up and go to India; find a spiritual master and walk on the spiritual path.

Delusions have many faces.

In the kind of psychosis that concerns me, they are very changeable in nature: once it is inexpressible happiness that quickly turns into terror. Shakti, I bow to you, but this demon that sucks my blood before falling asleep is not so supportive anymore. Are you sure you sent him? Is there a terror behind your light? A quick changes of mood – from calmness to anxiety. The anxiety-happiness psychosis, in German Angst-Glück Psychose.

I had a hard day yesterday due to the above crisis; not only because delusions burn a lot of energy, but mostly because I thought I had lost my life. Symptoms recur again. And it was already so good. I thought it would stay that way; after all, three weeks have passed since the last attack, and for me, it’s quite a success. After all, I did everything right. I followed all the rules, used learned strategies, took care of myself, took medications. Why relapse? I felt disappointment, regret, rage and helplessness. I don’t want to be a victim of fate. I want to influence my life, see the effects of my actions. Unfortunately, the disease has plans of its own, apparently different from mine.

I followed my doctor’s advice yesterday: I increased the dose of one of the antipsychotic drugs (Abilify), took a massive dose of the other (Olanzapine), and as a result I slept soundly for 11 hours and woke up symptom-free. The level of fatigue – horrendous, because both of these drugs enhance each other’s side effects. I don’t know what to think now, in what narrative about my relationship with the disease should I function. Is it: „remember, recovery is not a linear process” or „whatever I do, I still have no influence on when an illness attacks me”, or maybe „my life is pointless, it’s time to get out of here” or „I can do what I have control over and have to deal with the rest that I cannot control”, or „I’ll live in constant fear because I never know when it’s gonna get me”, and so on. I’m lost again.

Maybe you can suggest something?

święty Mikołaj / Santa Claus

(ENG.below)

Dziś światowy dzień walki z depresją. Wszyscy gromadzimy się z toporami i mieczami, by usiec tego śmiertelnie przecież groźnego przeciwnika. Z tej okazji spotykam się z kolegą, który od wielu lat jest w depresji. Pytam go, czy wierzy w zdrowienie. Tak malutko, odpowiada. Tyle, co w świętego Mikołaja? – dopytuję. Nie, w świętego Mikołaja wierzę bardziej, mówi on. Wierzę w nadzieję na zdrowienie, dodaje. To ona mi pozwala przeżyć z dnia na dzień. Stworzą nowe leki, nowe terapie, nowe podejścia…O kurcze, to brzmi prawie optymistycznie! Śmiejemy się. Oboje czasem nie mamy siły wstać z łóżka ani się umyć, ubrać, przygotować coś do jedzenia. Przy czym on żyje sam, a ja mam opiekę męża. Wiem, że ktoś się mną zajmie, ktoś mi pomoże. On nie ma tyle szczęścia.

Piszę ten tekst na balkonie, na którym przesiaduję godzinami, rysując, bo jest tak ciepło. Piszę z depresji, która trwa już miesiąc; zelżała po lekach antydepresyjnych, które w końcu zadziałały, w wyniku czego nie czuję teraz absolutnie nic. Moja paleta uczuć zredukowała się do spokoju i niepokoju, który przybiera różne ostre formy. Przez ostatnie trzy dni, każdego dnia miałam urojenia. Pierwszy atak w niedzielę na wycieczce, drugi w centrum miasta, podczas oczekiwania na kolegę, trzeci wczoraj., wzbogacony o halucynacje. Teraz każdego popołudnia boję się, że symptomy psychotyczne znowu przypłyną i porwą mnie w irracjonalny, wykrzywiony świat podejrzeń i derealizacji. Dziś zostałam sama w domu i towarzyszył mi ogromny lęk. A co jeśli na symptomy depresyjne nałożą się psychotyczne, i zrobię sobie krzywdę?…

Z okazji światowego dnia walki z depresją życzę wam wszystkim, żebyście nigdy nie musieli walczyć z depresją. Ani swoją, ani niczyją inną.

Today is the world day for the fight against depression. We all gather with axes and swords to stalk this deadly enemy. On this occasion, I meet a friend who has been depressed for many years. I ask him if he believes in healing. Just a tiny, tiny bit, he replies. So much as in Santa Claus? – I ask. No, I believe in Santa Claus more, he says. I believe in hope for recovery, he adds. It allows me to survive from day to day. They will create new drugs, new therapies, new approaches … Oh gosh, that sounds almost optimistic! We laugh. We both from time to time don’t have the strength to get out of bed or wash, dress or prepare something to eat. He lives alone and I have my husband’s care. I know someone will take care of me, someone will help me. He is not so lucky.

I am writing this text on the balcony, where I sit for hours drawing, because it is so warm outside. I am writing from a depression that has been going on for a month; it got better with the help of antidepressants which finally worked and as a result I feel absolutely nothing now. My palette of feelings has been reduced to peace and anxiety, which take various harsh forms. For the past three days, I’ve been delusional every day. The first attack on Sunday during the trip, the second one in the city center while waiting for a friend, the third one yesterday, enriched with hallucinations. Now, every afternoon I fear that the psychotic symptoms will re-emerge and take me into an irrational, distorted world of suspicion and derealization. Today I was alone at home and I was accompanied by great anxiety. What if my depressive symptoms get combined with psychotic symptoms and I hurt myself? …

On the occasion of world depression day, I wish you all that you never have to fight depression. Neither yours nor anyone else’s.

nie twoja rola / not your job

(ENG.BELOW) Jestem w klinice.

W czwartek przez cały dzień miałam obsesyjne myśli samobójcze, które nie reagowały na olbrzymie dawki leków, jakie zwykle mnie uspokajają. Z mężem jesteśmy umówieni tak, że mówię – mówię gdy jest źle, gdy jest niebezpieczniem gdy robi się nieznośnie. Tym razem nie powiedziałam. Co więcej, zachęciłam go, by poszedł spotkać się z kolegą. A wtedy pocięłam sobie przedramię. Ulga, jaka po tym nastąpiła, była niewiarygodna, nie do opisania. To chyba najbardziej mnie przeraziło. Następnego dnia rano zorganizowałam sobie pobyt w klinice.

Jestem tu już ósmy raz (powinnam chyba dostać kartę stałego klienta), ale trafiłam na nowy oddział o wdzięcznej nazwie Lenoir. Obsługa jest przesympatyczna, pomocna, życzliwa. Ordynatorka, urodzona w Bytomiu, pamięta jeszcze trochę polskiego, choć wychowywała się już w Niemczech. Na oddziale jest około 20 pacjentów, w większości w różnych stadiach depresji, jest więc przeważnie cicho i sennie, oprócz momentów, kiedy aktywizuje się Straszny Pan, krzyczy, przeklina, biega, zaśmiewa się z niczego, trzaska rzeczami, pali na korytarzu, goni w samej bieliźnie tam i z powrotem i ciężko go spacyfikować. No cóż, nie jesteśmy w zwyczajnym szpitalu, choć pośród pacjentów depresyjnych można mieć takie wrażenie. Ale Straszny Pan jest jak wykrzyknik, który przypomina, że przebywamy w klinice psychiatrycznej, bo jesteśmy wszyscy psychicznie chorzy.

Co do mojego leczenia, włączamy nowy lek antypsychotyczny, używany w leczeniu schizofrenii (Reagila); do tego podwyższamy dawkę litu. Dla bezpieczeństwa mam zakaz samodzielnego wychodzenia z oddziału. Dopóki nie przyjeżdża do mnie mąż, jestem więc uziemiona. Rysuję (mamy atelier), zajadam się przepysznymi posiłkami (tofu, szaszłyki owocowe, deska serów…tak, naprawdę tak to tutaj wygląda), snuję się między moim trzyosobowym pokojem a palarnią. No i piszę.

Możecie się zastanawiać, dlaczego piszę wprost o samookaleczaniu. Przecież to taki ciężki temat, w zasadzie – tabu. Chcę o tym powiedzieć, żeby podkreślić kilka rzeczy. Po pierwsze – unaocznić, jak koszmarny może być ból psychiczny, że wolimy od niego ostry ból cięcia własnego ciała. Po drugie – pokazać, na czym polega szybka zmiana faz; jednego dnia maluję, piszę sztukę, cieszę się moimi publikacjami, planuję podróż, nazajutrz wszystko się wali i spada w wielką czerń. Po trzecie – ja wiem, że to trudne i wymaga wiele od osób zdrowych – ale bądźcie wyczuleni na pewne sygnały; na to, że ktoś zaczyna coraz częściej sygnalizować, że czuje się dla was czy dla bliskich ciężarem, że łatwiej by wam było bez niej/niego, ale że jednocześnie wszystko jest w porządku. Nie poddawajcie się i gdy tylko czujecie jakiś dysonans, reagujcie, rozmawiajcie. I ostatnia prośba: jeśli zobaczycie osobę z bliznami po cięciach, nie myślcie o niej, że stara się zwrócić na siebie uwagę. Mój boże. Ona stara się przeżyć. Przywrócić się bólem do stanu normalności, bo już wyczerpała wszelkie inne sposoby. I wtedy naprawdę potrzebuje fachowej, profesjonalnej pomocy i opieki. Wasza już nie wystarczy.

I pamiętaj, nie jest twoją rolą ocalać komuś życie.

(ENG.) I’m in the clinic.

All day on Thursday, I had obsessive thoughts of suicide that didn’t respond to the huge doses of drugs that usually calm me down. We have a deal with my husband – I always tell him when it is bad, when it is dangerous, when it gets unbearable. This time I didn’t say anything. Moreover, I encouraged him to go see a friend. And then I cut my forearm. The relief that followed was unbelievable, beyond description. That scared me the most. The next morning I made an appointment at the clinic.

I’m here for the eighth time (I should probably get a loyalty card), but I found a new department aptly named Lenoir. The service is very nice, helpful and friendly. The head physician, born in Bytom, still remembers some Polish, although she was brought up in Germany. There are about 20 patients in the ward, mostly in different stages of depression, so it’s rather quiet and sleepy, except when the Scary Guy activates, screams, curses, runs, laughs at nothing, cracks things, smokes in the corridor, chases only in his underwear back and forth and it’s hard to pacify. Well, we are not in an ordinary hospital, although this is the impression among depressed patients. But the Scary Guy is like an exclamation point that reminds us that we are in a psychiatric clinic because we are all mentally ill.

As for my treatment, we include a new antipsychotic drug used to treat schizophrenia (Reagila); additionally, we increase the dose of Lithium. For safety reasons, I am forbidden to leave the ward on my own. So long as my husband doesn’t come to see me, I’m grounded. I draw (we have an atelier), eat delicious meals (tofu, fruit skewers, cheese board … yes, this is what it looks like here), I wander between my three-person room and the smoking room. And I am writing.

You may wonder why I am writing directly about self-mutilation. It’s such a heavy topic, actually – a taboo. I want to mention this to highlight a few things. First of all – to show how nightmarish mental pain can be, that we prefer sharp pain of cutting our own body to it. Secondly – to show what a quick phase change is; one day I paint, write a play, enjoy my publications, plan a trip, the next day everything collapses and falls into great blackness. Third – I know it is difficult and requires a lot from healthy people – but be alert to certain signals; to the fact that someone begins to mention more and more often that they feel like a burden for you or their loved ones, that it would be easier for you without her / him, but that at the same time everything is fine. Do not give up and whenever you feel any dissonance, react, talk. One final request: if you see a person with a cut scar, don’t think of them as trying to get attention. My God. They are trying to survive. To be back to normal – using pain, because they have exhausted all other methods. And then they really need professional help and care. Yours is not enough anymore.

And remember, it’s not your job to save someone’s life.

wezwanie / the call

(ENG.below) Jest ciężko, chociaż trafniej byłoby napisać „jest różnie”. Są takie godziny w ciągu dnia kiedy funkcjonuję doskonale; śmieję się, żartuję, idę biegać, wychodzę z psem, piszę, rysuję; mam pewność, że poradzę sobie ze wszystkim i czuję się mocna. A potem przychodzi mikroatak i planuję własną śmierć, planuję zaśnięcie na sto lat i obudzenie się w świecie, w którym nie mam już żadnych problemów. Kiedy myśli stają się zbyt obsesyjne, muszę brać antypsychotyki – bo to jakby atak psychotyczny, tyle, że na temat umierania. Łykam jedną tabletkę, łykam drugą i modlę się do kogokolwiek, kto mnie słucha, o szybkie zaśnięcie i obudzenie się w lepszym stanie. Dziś obudziłam się w niewiele lepszym stanie. Znów jestem w narracji „nie dam rady”, „nie uniosę tych ciężarów”, „dajcie mi zniknąć”. Moje zdrowe części próbują mnie trzymać za rękę i głaskać, pewnie dlatego nie zapadam się całkowicie; jestem po prostu trochę przygięta w kierunku ziemi. I choć stąd już bliżej do pozycji leżącej, siłą próbuję zostać w pionie. Nie marzyć o byciu pod ziemią, nie marzyć o schowaniu się do głębokiej morskiej jamy pod kamieniami (moje nowe miejsce spokoju w wyobraźni), gdzie nikt mnie nie znajdzie przez tysiąc lat. Usiłuję mimo wszystko powiedzieć życiu TAK, mimo tego, jak mi obrzydło.

Moja mama jest bardzo chora. Tak bardzo, że rozważamy moją samotną podróż do Polski przed świętami. Nie podróżowałam sama od 2014 roku, kiedy właśnie przed świętami choroba zmiotła mnie z powierzchni ziemi i wylądowałam w klinice. Wczoraj przez większość dnia byłam zmobilizowana, silna i zdecydowana. Jest cel, jest misja, mam zadanie, mam jasność. Będę pomagać. Potem przyszła tak dobrze znana fala – „nie dam rady, nie dam rady nawet wyjść z domu”. Wiem, że przed wyjazdem takich ataków będzie dużo. Na miejscu – kto wie, może cały mój wewnętrzny system się spionizuje, zmobilizuje. Lecz te lęki zanim się to stanie…połykają mnie swoimi mrocznymi paszczami i żują, boleśnie żują. Ja wiem, że to nie ja, że to choroba – i ta myśl pomaga mi się trochę do nich zdystansować. To choroba mówi. To ona podszeptuje, pokazuje. To minie. Mam też w sobie zdrową mnie. Muszę ją zawołać, zawezwać, ale tak, by była przy mnie na dłużej.

Ostatnia wiadomość, dobra: moje teksty i grafiki (Zuzanna Korońska) ukazały się w kolejnym wydaniu „Silne. Aperiodyk społeczny.” – czasopiśmie feministycznym. Cały numer dostępny jest tutaj: https://lodzkiedziewuchy.org.pl/numer/

Gorąco polecam lekturę. Jest i o chorobie, i o terapii, o traumie oraz…o czarownicach.

(ENG.) It is hard, although it would be more accurate to say „it is constantly changing”. There are hours during the day when I function perfectly; I laugh, joke, go for a run, go out with my dog, write, draw; I am sure that I can handle everything and I feel strong. And then comes the microattack and I plan my own death, I plan to go to sleep for a hundred years and wake up in a world where I no longer have any problems. When my thoughts get too obsessive, I have to take antipsychotics – it’s like a psychotic attack, but about dying. I take one pill, take another, and pray to whoever is listening to fall asleep quickly and wake up feeling better. Today I woke up in jus a little better condition. Again, I am in the narrative „I can’t do it”, „I won’t lift these burdens”, „let me disappear”. My healthy parts try to hold my hand and stroke me, which is probably why I don’t completely collapse; I’m just a bit bent towards the ground. And although I am now closer to the horizontal position, I try to force myself to stay upright. Not dreaming of being underground, not dreaming of hiding in a deep sea cavity under stones (my new place of peace in the imagination), where no one will find me for a thousand years. I try to say YES to life after all, despite how gross it seems to me.

My mom is very ill. So much so that we consider my lonely trip to Poland before Christmas. I have not traveled alone since 2014, when a disease wiped me off the face of the earth just before Christmas and I ended up in a clinic. Yesterday most of the day I was mobilized, strong and determined. There is a goal, there is a mission, I have a task, I have clarity. I will come and help. Then came the well-known wave – „I can’t make it, I can’t even get out of the house.” I know that there will be many such attacks before I leave. Once I’m there – who knows, maybe my entire internal system will upright and mobilize. But these fears before it happens… they swallow me with their dark maws and chew, painfully chew me.

I know it’s not me, it’s a disease – and this thought helps me distance myself a bit from them. That’s the disease that says it all. It is she who whispers, who shows these dark scenarios. It will pass. I also have a healthy me inside me. I have to call her, summon her, but so that she is with me for longer.

PS. Last news, good one: my texts and graphics (Zuzanna Korońska) appeared in the next issue of „Silne. A social aperiodic. ” – a Polish feminist journal. The entire issue is available here: https://lodzkiedziewuchy.org.pl/numer/ , of course when you understand a bit of Polish language…

ani ładna, ani przyjemna / neither pretty nor nice

(ENG.BELOW) Gdy byłam małą dziewczynką, rodzice powiesili w mieszkaniu reprodukcję obrazu przedstawiającego inną dziewczynkę (bardzo popularna na początku lat osiemdziesiątych reprodukcja). Dziecko to miało rozchylone usta i senne spojrzenie. Bałam się jej nieustająco. Wydawało mi się, że wodzi za mną oczami i że do mnie mruga. Miałam na tym tle tyle lęków, że rodzice zlitowali się i obraz zdjęli. Przypomniało mi się to wczoraj, kiedy dostałam ataku psychotycznego pod wieczór – w związku z malowaniem portretów. Zdawało mi się, że one ożywają, że patrzą na mnie swoimi własnymi, a jednocześnie moimi oczami; że każdy obraz kradnie cząstkę mojej duszy, staje się szamanicznym totemem, który zaczyna wieść niezależne ode mnie życie. Mój niepokój, a potem bardzo szybko ogromny lęk rósł z każdą chwilą. Lorazepam. Mój pies zaczął obwąchiwać pędzle: na pewno coś wyczuwa, o, to znak. Nie mogę już patrzeć na te twarze, to one patrzą na mnie! Zyprexa. Niepokój. Drugi Lorazepam. I wreszcie…ulga.

Pisałam już wielokrotnie o tym, że choć w trakcie ataków psychotycznych myśli są niedorzeczne, uczucia pod nie podpięte są absolutnie realne. Strach, panika, niepokój – dojmująco głębokie. Tak, jakby NAPRAWDĘ coś strasznego się działo, mimo, że obok rzeczywistość płynie spokojnie i naturalnie. Nie dla chorego. Chory przeżywa dramat, współistniejący z kolacją, mężem klikającym na komputerze, psem zajadającym przysmaki i kojącą muzyką w tle. Cierpimy, żołądek skręca się nam ze strachu. Po godzinie wszystko wraca do stanu sprzed. Jesteśmy tylko…bardzo zmęczeni.

Malowanie autoportretów kosztuje mnie wiele emocji, których za radą psychiatry powinnam unikać. Jako że jednak nie zamierzam wieść życia rozwielitki bądź ameby, maluję i chcę malować nadal. W każdym obrazie mieszczę sporo tego, co czuję – a jest tego naprawdę dużo. Na takie obrazy trudno patrzeć, są tak intensywne. Nie powstają jednak po to, by pobudzać zmysł estetyczny. To Art Brut, malowanie z trzewi. A jednak…dla własnego dobra powinnam być może przerzucić się na krajobrazy z jeleniami i zachodami słońca?…Tworzyć coś ładnego, przyjemnego?

Lecz jak mam to zrobić, jeśli wewnątrz nie jestem ani ładna, ani przyjemna?…

When I was a little girl, my parents hung in our apartment a reproduction of a painting showing another girl (a very popular one in the early 1980s). The child had mysteriously opened lips and sleepy eyes. I was constantly afraid of her. I thought she was following me with her eyes, winking at me. I had so many fears that my parents took pity and took the painting off. I remembered it yesterday, when I had a psychotic attack in the evening – in connection with my painting portraits. It seemed to me that they come to life, that they look at me with their own eyes and at the same time with mine; that each picture steals a piece of my soul, becomes a shamanic totem that begins to lead a life independent of me. My anxiety, and then very quickly, a great fear grew with every passing moment. Lorazepam. My dog ​​started sniffing the brushes: he must sense something, oh, that’s a sign. I can’t look at these faces anymore, they are looking at me! Zyprexa. Anxiety. Second Lorazepam. And finally… peace.

I have already written many times that although thoughts are absurd during psychotic attacks, the feelings attached to them are absolutely real. Fear, panic, anxiety – painfully deep. As if something REALLY terrible was happening, even though reality flows calmly and naturally. Not for the sick. The sick person experiences a drama, coexisting with dinner, a husband clicking on the computer, a dog eating delicacies and soothing music in the background. We suffer, our stomach twists with fear. After an hour, everything returns to the state it was before. We’re just… very tired.

Painting self-portraits costs me a lot of emotions, which I should avoid on the advice of a psychiatrist. However, since I do not intend to lead the life of an amoeba, I paint and I want to continue to paint. In every painting I put a lot of what and how I feel – and there is much of it. It is difficult to look at such images, they are so intense. However, they are not created to stimulate the aesthetic sense. It’s Art Brut, a visceral painting. And yet … for my own good, should I perhaps switch to landscapes with deer and sunsets? … Create something pretty, nice?

But how am I supposed to do this if inside I am neither pretty nor nice? …

zbyt niebezpieczna / too dangerous

(ENG.below) Wczoraj najcięższy wieczór w ostatnim czasie. Jeśli nie masz pojemności na trudne treści, nie czytaj, proszę.

Mąż pojechał na zakupy, a we mnie zaczęło narastać napięcie. Wzięłam 1 mg Lorazepamu, ale nie pomógł – zaczął się atak psychotyczny. Mimo tony leków antypsychotycznych, które biorę. Chciałam sobie zrobić krzywdę, bo miałam wrażenie, że jeśli nie zadam sobie bólu, rozpadnę się na kawałki. Przypomniały mi się rady psychiatry – szybko zająć czymś mózg. Biorę więc kolejne Lorazepamy, drugi, trzeci, czwarty (czyli całą dzienną dawkę naraz) lecz nie czuję ulgi. Cytryna. Wyciskam pół cytryny prosto do gardła. Kilka sekund otrzeźwienia, lecz ból psychiczny wraca. Czas na lodowaty prysznic. Stoję w wannie, polewam się lodowatą wodą, płaczę i tłumaczę zdziwionemu psu, że pani się źle czuje. Mam tyle energii, że w wannie biegnę w miejscu, cierpiąc od strumieni zimna, łkając, lodowata woda boli, ale boli inaczej niż psychika, więc znoszę to – jakoś. Muszę się pociąć, muszę się pociąć, to pomoże…Nie! Nie mogę, nie wolno mi! Schować noże, schować żyletki. Biorę wieczorną dawkę Zyprexy. Najbezpieczniejsza będę w łóżku. Opatulam się i nie ruszam, ściskam tylko moją piłeczkę antystresową. Lorazepam w końcu zaczyna działać. Napięcie słabnie, a wraz z nim myśli o samookaleczaniu.

Wraca mąż. Mój biedny, zestresowany mąż. Zaczynamy oboje płakać. Z bezsilności, ze strachu, z żalu. Płakanie pomaga. Będę w stanie zasnąć.

Budzę się wcześnie rano prosto ze snu, w którym wali się świat – dosłownie. Ułamuje się i odpada wielki kawał góry, a w zasadzie całego pasma górskiego; lawina kamieni zalewa wioski, miasta, zalewa Wawel. Część świata dotychczas dostępna znajduje się teraz pod wodą. Świat się zmienił.

Mój świat także się zmienił. W poniedziałek zamierzam porozmawiać z moim lekarzem o hospitalizacji. Stałam się dla siebie…zbyt niebezpieczna.

Yesterday was the hardest evening in recent times. If you can’t contain difficult emotions, do not read this post please.

My husband went shopping, and my tension started building up. I took 1 mg of Lorazepam, but it didn’t help – the psychotic attack began. Despite the tons of antipsychotic drugs I take. I wanted to hurt myself because I had the feeling that if I didn’t do it, I would fall to pieces, decompose. I recalled the advice of my psychiatrist – quickly get the brain busy. So I take another Lorazepam, the second, the third, the fourth (i.e. the entire daily dose at once) but I don’t feel any relief. Lemon. I squeeze half a lemon straight down my throat. A few seconds of being back in touch with reality, but the mental pain returns. Time for an icy shower. I stand in the bathtub, pour ice-cold water over myself, cry and explain to the surprised dog that his mum is feeling unwell. I have so much energy that I jogg in my bad, standing, suffering from the streams of cold water, sobbing, the icy water hurts but it hurts differently than the psyche, so I bear it – somehow. I have to cut myself, I have to cut myself, it’ll help … No! I cannot, I must not! Hide the knives, hide the razor blades. I’m taking the evening dose of Zyprexa. I will be safest in bed. I wrap myself up and don’t move, just squeeze my stress ball. Lorazepam is finally starting to work. The tension ebbs and so does thoughts of self-harming.

Husband returns. My poor stressed husband. We both start crying. Out of helplessness, out of fear, out of regret. Crying helps. I will be able to sleep.

I wake up early in the morning straight from a dream in which the world collapses – literally. A great chunk of the mountain breaks off and falls off – in fact the entire mountain range; an avalanche of stones floods villages, cities, floods Wawel in Cracow. The part of the world available so far is now under water. The world has changed.

My world has changed too. I’m going to talk to my doctor on Monday about hospitalization. I’ve become… too dangerous for myself.