kamyczki / pebbles

(ENG.below) Antydepresant zaczyna działać, choć w połączeniu z Lamotryginą daje mocne skutki uboczne – słabość, zmęczenie, senność. Nie ma takiego leku psychiatrycznego, który nie niósł by ze sobą jakichś konsekwencji. Na szczęście tym razem nie jest to przyrost masy ciała (na Zyprexie przytyłam kilka lat temu 30kg). Choć nie jestem teraz w stanie pójść na dłuższą wycieczkę, przynajmniej nie patrzę już w oczy próżni, a one nie patrzą na mnie. W głowie układają się plany i zadania do zrobienia, kolejne projekty, ale nie pędzą w niepokojący sposób, po prostu machają swoimi łapkami, dając o sobie znać.

Staram się robić codziennie po kilka razy ćwiczenia oddechowe, które sprawiają, że zaczynam czuć się w swoim ciele jak w domu. Zauważyłam, że takie „lądowanie” we własnej fizyczności bardzo mnie uspokaja. Tak, jakbym zaczynała czuć własne granice, zamiast zlewać się z otoczeniem, z własnymi myślami i ocenami, gadającym wciąż umysłem. Bla bla bla – na chwilę stop.

Wczoraj pływałam w rzece, i było to również bardzo medytacyjne doświadczenie. Nigdy nie miałam serca do opisów przyrody, ale może spróbuję:

Zimna, przejrzysta woda w kolorze szmaragdowym.

Kamienie na dnie są jak masaż stóp, muszę wchodzić powoli.

Słyszę tylko delikatny dźwięk liści, spadających do wody. Lądują tuż obok mnie – pływam pośród liści, wystawiając twarz do słońca.

Kładę się na plecach, w uszach słyszę łagodny szum prądu rzeki, przesuwający najmniejsze kamyczki po dnie.

Patrzę w górę i widzę głowy drzew, niektóre już w połowie łyse, inne jeszcze trochę zielone. Gdy powiewa wiatr, liście lecą w moim kierunku.

Wychodzę z wody i czuję zapach ogniska, słyszę jego trzeszczącą melodię. Przyda mi się jego ciepło. Nad ogniskiem gotuje się woda na herbatę.

Pies wygrzewa się w słońcu, mokra sierść, bo wszedł za mną do wody, chociaż bardzo tego nie lubi.

Spokój.

The antidepressant starts to work, although in combination with Lamotrigine it gives strong side effects – weakness, fatigue, drowsiness. There is no psychiatric drug that would not have any consequences. Fortunately, this time it is not a weight gain (on Zyprex I gained 30 kg a few years ago). Even though I am now unable to go on a longer trip, at least I don’t look into the eyes of the void anymore, and they don’t look at me. Plans and tasks to be done, subsequent projects get arranged in my head, but they do not rush in a disturbing way, they just wave their little hands, making themselves known.

I try to do some breathing exercises every day that make me feel at home in my body. I noticed that such a „landing” in my own physicality calms me down a lot. It is as if I am beginning to feel my own boundaries, instead of merging with the environment, with my own thoughts and judgments, the still talking mind. Blah blah blah – stop for a moment.

Yesterday I was swimming in the river and it was also a very meditative experience. I have never had a heart for nature descriptions, but maybe I’ll try:

Cold, clear water emerald in color.

The stones on the bottom feel like a foot massage, I have to go in slowly.

All I can hear is the soft sound of leaves falling into the water. They land right next to me – I swim among the leaves, my face exposed to the sun.

I lie on my back, in my ears I can hear the gentle hum of the river current, moving the smallest pebbles along the bottom.

I look up and see the heads of the trees, some half bald, others a little green. When the wind blows, leaves fly towards me.

I get out of the water and smell the fire, hear its crackling melody. I need its warmth. Water for tea is boiling over the fire.

The dog is basking in the sun, his fur is wet because he followed me into the water, although he does not like it very much.

Peace.

wielkie oczy / big eyes

(ENG.below) Od ostatniego wpisu mój stan zmienił się tyle razy, że nie wiem, od czego zacząć pisanie. W końcu zaczęły przeważać głębokie fazy depresyjne, w trakcie których nie miałam siły wstać z łóżka, mówiłam słabym głosikiem jak jakiś ptaszek, odwołałam spotkania i rozmowy, płakałam z bezsilności i mentalnego bólu. Podjęliśmy z moim psychiatrą decyzję o włączeniu niedużej dawki leku antydepresyjnego (Venlafaxyna). W przeszłości ta substancja wyciągała mnie już z ciemności. Zobaczymy, co tym razem zdziała.

Natrafiłam ostatnio na mema: „Nie boisz się być sama w ciemności. Boisz się nie być sama w ciemności.” W zamierzeniu śmieszny, doskonale oddaje rzeczywistość depresji. Nie jesteś w ciemności sama. Ciemność ma wielkie oczy, doskonale cię widzi, wie, gdzie jesteś i po prostu gapi się na ciebie, a jej wzroku nie da się uniknąć; gdziekolwiek się nie odwrócisz, tam znajdzie cię ta pozornie ożywiona pustka.

Żeby wyciągnąć do siebie rękę, pomóc sobie, zwlekam się z łóżka i zaczynam rysować. Jednego dnia mój stan jest zły, lecz nie tragiczny, moje rysunki są więc smutne, ale nie dramatyczne. Drugiego dnia jest już tak źle, że moje prace wystraszają mnie samą. Mroczne, wykrzywione cierpieniem i łzami twarze. Kto zechce to oglądać? Kto będzie chciał oglądać mnie taką? Bliskim oszczędzam detali związanych z tym, jak się czuję; proszę tylko męża, by wcześniej wrócił z pracy. Nie chcę być sama wobec wielkich wstrętnych oczu pustki. Może przytulenie pomoże mi choć na chwilę od tej perspektywy uciec – do ciepła bliskiego ciała.

Jak zwykle w depresji, czekam na wieczór, sygnalizujący koniec dnia pełnego bólu. Towarzyszy mi jednak niepokój: co to będzie jutro? Jaka będę jutro? Na co znajdę siłę? Czy znów przeleżę popołudnie?

Obudziłam się w niezłej formie. Tylko mdłości; skutek uboczny antydepresanta. Wolę je jednak dużo bardziej niż te wielkie oczy i moją szarą, nieruchomą twarz.

Since my last post, my condition has changed so many times that I don’t know where to start writing. In the end, deep depressive phases began to prevail, during which I did not have the strength to get out of bed, I spoke in a weak voice like a tiny bird, canceled meetings and conversations, cried with helplessness and mental pain. We made a decision with my psychiatrist to introduce a small dose of an antidepressant (Venlafaxine). In the past, this medication has pulled me out of the dark. We’ll see what it does this time.

Recently I came across a meme: “You’re not afraid to be alone in the dark. You are afraid of not being alone in the dark. ” Intentionally funny, it perfectly captures the reality of depression. You are not alone in the dark. Darkness has big eyes, sees you perfectly well, knows where you are and just stares at you and its eyes cannot be avoided; wherever you turn, this apparently alive void will find you.

To reach out and help myself, I drag myself out of bed and start drawing. One day my condition is bad but not tragic, so my drawings are sad but not dramatic. On the second day it is so bad that my works scare me. Dark faces, distorted with suffering and tears. Who would want to watch It? Who would want to see me like this? I spare my loved ones the details related to how I feel; I’m just asking my husband to come home early from work. I don’t want to be alone in the face of the big hideous eyes of emptiness. Maybe a hug will help me escape from this perspective for a moment – to the warmth of my beloved’s body.

As usual in depression, I look forward to the evening signaling the end of a painful day. However, I feel anxiety: what will it be tomorrow? What will I be like tomorrow? What will I find the strength for? Will I spend the afternoon in bed again?

I woke up in good shape. Just nausea; side effect of an antidepressant. But I prefer it much more than those big eyes and my gray, still face.

czarno-białe / black and white

(ENG.below) Pierwszy stabilny dzień od tygodnia. Jak zwykle, po raz wielotysięczny, zastanawiam się, jak długo potrwa ta zbalansowana faza. Czy to przypadek? Chorobowy wypadek przy pracy, przysnęła sobie na chwilę? A może to zasługa podwyższenia Lamotryginy? A może po prostu, tak jak ciężkie fazy przychodzą, kiedy chcą, tak samo robią stabilne?…Po siedmiu latach chorowania powinnam chyba już wiedzieć. A jednak nie.

Koleżanka pisze: podziwiam cię, że tworzysz nawet wtedy, gdy się źle czujesz. Nie rozumie, że ja MUSZĘ tworzyć. Malowanie i rysowanie jest jak podawanie sobie samej ręki w momentach, gdy tonę. Pomaga – bo rysowane przeze mnie postaci przejmują część moich emocji, albo ich brak, w związku z czym staję się lżejsza, lub bardziej ugruntowana, bądź też w większym kontakcie ze sobą.

Ostatnio mój psychiatra złapał mnie na gorącym uczynku borderline’owego, czarno-białego myślenia. Chcę czuć wszystko, intensywnie i dramatycznie, bo wtedy tylko, jak mi się wydaje, żyję pełnią życia – albo nie czuję nic. Czytanie mojej sztuki, po którym dostałam bardzo pozytywny feedback, zakwalifikowało się do kategorii „nic”, ponieważ ani się nadmiernie nie zestresowałam, ani nie uniosłam jak maniakalny balonik pod niebo, ani nie popłakałam, ani…”Czyli nic nie czułaś” – podpowiada czarno-biały system. Satysfakcja, radość, duma – nie kwalifikują się jako „pełnia życia”. Popadam więc w smutek i głód, spragniona brzegowych, granicznych, borderline’owych przeżyć.

Tymczasem życie płynie i mnie omija, zatroskaną, że nie biorę w nim udziału.

The first stable day in a week. As always, for a thousand time, I wonder how long this balanced phase will last. Is it a coincidence? The illness had an accident at work, she dozed for a moment? Or is it due to the increase in Lamotrigine? Or maybe just like the hard phases come when they want, so do the same stable ones? … After seven years of being ill, I should probably already know. And yet not.

My friend writes: I admire you, that you create even when you feel bad. She doesn’t understand that I MUST create. Painting and drawing is like lending myself a hand when I’m drowning. It helps – because the characters drawn by me take over some of my emotions, or the lack of them, and therefore I become lighter, or more grounded, or more in touch with myself.

Recently, my psychiatrist caught me red-handed in borderline black and white thinking. I want to feel everything, intensely and dramatically, because then only, as it seems to me, I live my life to the fullest – otherwise I don’t feel anything. Reading my theatre play, after which I got a very positive feedback, qualified for the „nothing” category, because I neither got overly stressed, nor lifted myself up to the sky like a maniacal balloon, nor did I cry, nor … – welcome to the black and white system. Satisfaction, joy, pride – do not qualify as the „fullness of life.” So I fall into sadness and hunger, craving for borderline, liminal experiences.

Meanwhile, life goes by and passes me by, me worried that I am not taking part in it.

światowy dzień zapobiegania samobójstwom / world suicide prevention day

(ENG.below) Dziś światowy dzień zapobiegania samobójstwom.

Jako osoba, której myśli samobójcze towarzyszą dość regularnie, mam do tego dnia nieco sceptyczne nastawienie. Kiedy jestem w ciężkiej depresji, włącza mi się widzenie tunelowe – w którym śmierć wydaje się jedynym wyjściem wobec egzystencjonalnego cierpienia. Nie wiem, jak miałbyś mi w tej sytuacji pomóc, ulżyć. Możesz jednak utrudnić mi realizację planu, bardzo konkretnie: schować leki do sejfu, noże do piwnicy, żyletki do najgłębszej szuflady; być ze mną w domu i nie wypuszczać samej na spacer. A także powtarzać: to minie, to minie, to minie; to nie ty, to choroba myśli za ciebie…Może właśnie na tym polega zapobieganie samobójstwom? Na drobnych, racjonalnych działaniach? Na byciu z chorym, by – tym razem  -przetrwał?

Mój przyjaciel spędził cały wczorajszy dzień na planowaniu własnej śmierci. Na szczęście zanim cokolwiek zrobił, upił się do nieprzytomności. Napisał mi dziś: „cholera, nie mogę. Mój syn ma w poniedziałek urodziny.” Nie wiem, co będzie we wtorek, ale jestem z nim w regularnym kontakcie, zapewniając, że nie jest sam. Nie mogę jednak pilnować go przez cały czas. Nie rozwiążę też za niego problemów, które go przytłaczają. Zapobieganie – czy bezradność? A może wybór jest większy, niż mi się wydaje?…

Dzwoni do mnie przyjaciółka; kolejny dzień chodzi w piżamie, nie kąpała się, płacze, szlocha, panicznie oddycha. Chce sobie zrobić krzywdę, nie zniesie cierpienia. Uspokajam. Opisuję plan: skontaktuj się z lekarzem. Skontaktuj się z asystentem psychiatrycznym. Weź Lorazepam. Grozi ci niebezpieczeństwo, musisz iść do szpitala. Wiem, że tego nie chcesz. Ale tam jest bezpiecznie. Idź, choćby na kilka dni. Przetrzymasz. Pomogą ci. Musisz – iść – w bezpieczne – miejsce.

Tego samego dnia partner zawozi ją do kliniki.

Tym razem się udało.

Co będzie następnym razem?

Zapobieganie – i bezradność.

Today is the World Suicide Prevention Day.

As a person who experiences suicidal thoughts quite regularly, I am somewhat skeptical to this day. When I am severely depressed, tunnel vision turns on – in which death seems to be the only solution to existential suffering. I don’t know how you could help me, relieve me in this situation. However, you can make it difficult for me to implement the plan, very specifically: put the medication in the safe, take the knives to the locked basement, hide the razor blades in the deepest drawer; be at home with me and not let me out for a walk. And also – repeat: it will pass, it will pass, it will pass; it’s not you, it’s the disease that thinks for you … Maybe that’s what suicide prevention is all about? About small, rational activities? Being with the sick so that – this time – he would survive?

My friend spent all day yesterday planning his own death. Fortunately, before he could do anything, he got passed out drunk. He wrote me today: damn it, I can’t. My son’s birthday is on Monday. I don’t know what will happen on Tuesday, but I keep in touch with him on a regular basis, reassuring him that he is not alone. But I can’t keep an eye on him all the time. Nor will I solve for him the problems that overwhelm him. Prevention – or helplessness? Or maybe the choice is broader than I think? …

A friend is calling me; she wears her pajamas the fourth day, has not bathed, cries, weeps and breathes panically. She wants to hurt herself, she cannot bear the suffering. I calm her down. I describe the plan: now, call your doctor. Contact a psychiatric assistant. Take Lorazepam. You are in danger, you must go to the hospital. I know you don’t want this. But it’s safe there. Go, if only for a few days. You will make it. They will help you. You – have to – go – to a safe place – right now.

On the same day, her partner drives her to the clinic.

This time it worked.

What will happen next time?

Prevention – and helplessness.

skorupka / empty shell

(ENG.below) Wyobraź sobie stan, w którym myślisz, że gdyby oddychanie nie było automatycznym procesem, przestałabyś oddychać, bo po prostu nie masz siły. Leżysz w łóżku i wydaje ci się, że razem z materacem będziesz się zapadać głęboko, głęboko pod ziemię. Twoje ciało jest skorupką, pustą wydmuszką. Jesteś zarazem przekonana, że jeśli się nie ruszysz, nie ruszysz się już nigdy. Wstajesz, zmuszasz się do jakiejś czynności, lecz łóżko znowu cię wzywa, bo wszystko jest niezwykle męczące. Piszesz zdanie za zdaniem, bo próbujesz skądś zaczerpnąć choć trochę energii, poczuć, że żyjesz; nie-bycie czai się jednak za każdym słowem, a umysł podpowiada „wszystko jest bez sensu”. Poddać się? Nie poddać się? Podać sobie rękę czy podstawić sobie nogę?…

Wczoraj wszystko jeszcze wydawało się normalne. Basen, spotkanie z kolegą, lekcja niemieckiego. Później sesja z terapeutą – wypłakanie morza łez; może to one sprawiły, że dziś jestem na dnie, że nie unoszę się już z prądem. Nie działam, jestem jak zepsute radio.

Depresyjne fazy przychodzą i odchodzą, zwłaszcza w odmianie szybkiej zmiany faz; zaciskam więc zęby, piszę więc w zwolnionym tempie, siedzenie mnie męczy; liczę kolejne godziny, które mogłyby przynieść odmianę.

Imagine a state where you think that if breathing wasn’t an automatic process, you would stop breathing because you just don’t have enough strength. You lie in bed and it seems to you that you will sink deep, deep underground together with the mattress. Your body is like an empty shell. At the same time, you are convinced that if you do not move, you will never move again. You get up, you force yourself to do something, but the bed is calling you again, because everything is extremely exhausting. You write sentence after sentence because you are trying to get some energy from somewhere, to feel that you are alive; but non-being lurks behind each word, and the mind tells „everything is pointless.” Give up? Do not give up? Should I lend myself a hand or knock myself out? …

Yesterday everything still seemed normal. Swimming pool, meeting with a friend, German lesson. Later, a session with a therapist – crying a sea of ​​tears; maybe they made me find myself at the bottom today, that I no longer float with the flow. I’m not working, I’m like a broken radio.

Depressive phases come and go, especially in the rapid cycling; so I grit my teeth, I write in slow motion, it makes me tired to sit; I count the following hours that could bring change.

nieśmiała / shy

(ENG.below) Hipomaniakalne dni przemieniły się w jeden depresyjny dzień z myślami samobójczymi, ale on też minął; mogę chyba powiedzieć, że wracam do równowagi. Oczywiście, i ona przeminie, by ustąpić jednej z wielu innych faz. Staram się jednak nie wybiegać myślami daleko w przyszłość, bo by mnie unieruchomiły.

Tak się jakoś stało, że mam teraz swoją prywatną fotografkę, która przygotowuje o mnie pracę dyplomową – fotoreportaż. Odwiedza mnie w atelier i w domu, przegląda prace sprzed lat i te najnowsze, wzdycha, patrzy mi głęboko w oczy i mówi, że są niezwykłe. Ma mnóstwo pomysłów dotyczących tego, co można z nimi zrobić. Pomaga mi także w przygotowaniach do – szóstej w tym roku – wystawy. Przepełnia mnie to wdzięcznością, a jednocześnie nieśmiałością; gdzieś w głębi czuję się jak dziwadło, jak może i ciekawostka, ale z kategorii tych niepokojących, o których do końca nie wiesz, co myśleć. Fotografka natomiast przekonuje mnie, że jestem żyłą złota. Czerwienię się, uśmiecham nieśmiało, nie wiem, co powiedzieć. Zauważyłam, że w tym kraju, gdy ludzie są skonfundowani, zakrywają się – trochę nerwowym, a jednak – śmiechem. Śmieję się więc. Wyceniam swoje prace wystawowe, a kurator mówi, że powinny być dziesięć razy droższe. Nie wiem, czy żartuje. I znów – onieśmielenie. I wycofanie. W fazie hipomaniakalnej pożądam sukcesów, w fazie depresyjnej – chowam się jak ślimak. Jak będzie w czasie równowagi – nie wiem. Zaczynam jednak…czuć się zmęczona.

The hypomanic days turned into one depressive day with suicidal thoughts, but that too was gone; I guess I can say that I’m getting back into balance. Of course, it will pass, too, to give way to one of the many other phases. However, I try not to look far ahead, because they would paralyse me.

Somehow it happened that I now have my private photographer who is preparing a diploma thesis about me – a photo reportage. She visits me in the studio and at home, looks at the works from years ago and the newest ones, she sighs, looks deep into my eyes and says that they are extraordinary. She has tons of ideas about what to do with them. She also helps me prepare for the sixth exhibition this year. It fills me with gratitude and shyness at the same time; somewhere deep inside, I feel like a freak, maybe a curiosity, but from the disturbing category, about which you do not know what to think. The photographer, on the other hand, convinces me that I am a gold mine. I turn red, smile shyly, don’t know what to say. I noticed that in this country, when people are confused, they cover themselves up – a bit nervous but still – with laughter. So I laugh. I assess prices of my exhibition works, and the curator says they should be ten times more expensive. I don’t know if he’s joking. And again – intimidation. And withdrawal. In the hypomanic phase, I desire success, in the depressive phase – I hide like a snail. What will it be like at the time of balance – I do not know. But I’m starting to… feel tired.

szybko, szybko / quickly, quickly

(ENG.below) Myśli, myśli, myśli; plany, plany, plany; lista kolejnych rzeczy do zrobienia; spotkania, spotkania, spotkania, wydarzenia, przygotowania do szóstej w tym roku wystawy, stowarzyszenie teatralne, ludzie, nowi ludzie, starzy przyjaciele, maile, fotoreportaż, skype, pomysły, pomysły, a jeden lepszy od drugiego; nie mogę przestać rysować i malować; mam wrażenie, że mój mózg nie mieści mi się już w czaszce, wylewa się oczami i uszami, nie potrafię się uspokoić, drażliwy, produktywny umysł, wszystko mnie wkurwia, czy pójście biegać w ciemności wieczora mi pomoże, nie, za późno, może potańczę, nie, nie czuję muzyki, proszę, obejmij mnie, może jakoś się z powrotem zmienię w całość, którą czuję, która się nie rozbiega, która nie pędzi, nie dręczy.

Atak hipomaniakalny trwa od kilku dni i śmiem twierdzić, że jeszcze się nie skończył. W międzyczasie – depresyjne chwile i samobójcze pomysły, a więc faza mieszana, groźna. Biorę Olanzapinę na wieczór, żeby się znokautować i dłużej spać. Pomaga, bo działa też antymaniakalnie.

Dziś wchodzę w dzień na palcach.

Thoughts, thoughts, thoughts; plans, plans, plans; a list of next things to do; meetings, meetings, meetings, events, preparations for the sixth exhibition this year, theater association, people, new people, old friends, e-mails, photo reportage, skype, ideas, ideas, and one better than the other; I can’t stop drawing and painting; I have the impression that my brain does not fit in my skull anymore, it is pouring out with eyes and ears, I can not calm down, irritable, productive mind, everything pisses me off, if going for a run in the dark of the evening will help me, no, too late, maybe I’ll dance , no, I don’t feel the music, please hug me, maybe I will change back into a whole that I feel, that does not run away, that does not rush, does not torment me.
The hypomanic attack has lasted several days, and I dare say that it is not over yet. In the meantime – depressive moments and suicidal ideas, so the mixed, threatening phase. I’m taking Olanzapine for the evening to knock myself out and sleep longer. It helps, because it also has an anti-manic effect.
Today I step into the day on my tiptoes.

zamiast / instead

(ENG.below) Dla osoby zlewającej się w bliskich relacjach niemalże bez granic spędzenie trzynastu godzin w ciągu dnia w samotności przyprawia o ciarki. Lęk. Co będzie, jeśli przyjdzie atak psychotyczny? A co z myślami samobójczymi? Co jeżeli napięcie będzie tak nie do zniesienia, że znów się samookaleczę? Mnóstwo obaw przed możliwymi czarnymi scenariuszami, które tylko napędzają stres i napięcie właśnie. W dodatku mój psychiatra jest na trzytygodniowym urlopie i nie znalazł dla mnie zastępstwa…Niedziela przed samotnym poniedziałkiem – tyle niepokoju, że płaczę. Płakanie przynosi ulgę. Nie oswaja jednak strachu.

Przychodzi Straszny Poniedziałek. Najdłuższy samotny dzień od nie pamiętam już kiedy – okazał się krótszy, niż myślałam. Spotkałam się z ludźmi, spacerowałam z psem, rysowałam i wycinałam, czytałam książkę, rozmawiałam z rodziną, pisałam maile – odkryłam, że moje dni wcale nie muszą być przerażająco puste, a ja nie muszę cierpieć na BOREOUT, czyli zdemotywowanie nudą. Nie muszę też histerycznie poszukiwać aktywności, napinać się z tego powodu; mogę znaleźć równowagę między „robić” a „nie robić”. Bardzo pomogła mi w tym piątkowa sesja pracy z ciałem. Odkryłam, że udręczam się niemiłosiernie – pijąc po pięć kaw dziennie, szukając zajęcia za wszelką cenę, przejmując się moją samotnością, przeforsowując się podczas biegania. Zrobiłam więc kilka małych kroczków we właściwą stronę. Zamiast biegania do utraty tchu – biegomarsz. Odstawienie kawy. Sięganie do ludzi zamiast zamartwiania się, że to oni do mnie nie sięgają. Szukanie zajęcia nie z napięcia, ale z ciekawości. Głębokie oddychanie i podążanie za potrzebami ciała: tworzyć – czytać – leżeć i głaskać psa – wyjść na zewnątrz – poruszać się, i tak dalej.

Podjęłam także decyzję o tym, by poszukać dla siebie menedżera sztuki – który z procent od sprzedanych prac pomógłby mi w marketingu i promocji moich obrazów.

Jeśli znasz kogoś takiego lub sam/a jesteś taką osobą, napisz do mnie: zuzanna.koronska.itten@gmail.com

Do usłyszenia !

For a person that blends in close relationships with almost boundlessness, spending thirteen hours a day alone can be a creepy feeling. Fear. What if a psychotic attack comes? What about suicidal thoughts? What if the tension is so unbearable that I will hurt myself again? Lots of fear of possible black scenarios that only fuel stress and tension. In addition, my psychiatrist is on a three-week vacation and has not found a replacement for me … Sunday before lonely Monday – so much anxiety that I cry. Crying brings relief. However, it does not tame fear.

It’s Terrible Monday at last. The longest lonely day since I can’t remember when – turned out to be shorter than I thought. I met people, walked the dog, drew and cut, read a book, talked to my family, wrote e-mails – I discovered that my days don’t have to be terribly empty, and I don’t have to suffer from BOREOUT, i.e. demotivation from boredom. I also don’t have to hysterically seek activity, get tense because of it; I can find a balance between „doing” and „not doing”. The Friday session of bodywork helped me a lot. I discovered that I was tormenting myself mercilessly – drinking five coffees a day, looking for a job at all costs, worrying about my loneliness, overwhelming myself while running. So I took a few small steps in the right direction. Instead of running until you are out of breath – marching plus jogging. Put the coffee aside. Reaching out to people instead of worrying that they aren’t reaching to me. Seeking work not out of tension, but out of curiosity. Deep breathing and following the needs of the body: create – read – lie down and pet the dog – get outside – move, and so on.

I also made a decision to find an art manager for myself – who for a percentage of the works sold would help me in the marketing and promotion of my paintings.

If you know someone like that or you are such a person yourself, write to me: zuzanna.koronska.itten@gmail.com

Until next time!

pierwszy krok / first step

(ENG.below) Borderline plus napięcie przedmiesiączkowe: nikt mnie nie lubi, nikt mnie nie kocha, dla nikogo nie jestem ważna, moje życie jest puste i nic nie warte, jestem zbędna, równie dobrze może mnie nie być.

Dzień wcześniej – derealizacja. Głos mojego męża dociera do mnie z daleka, mimo, że siedzi on metr ode mnie; ten głos jest jedyną nicią łączącą mnie z rzeczywistością. Znikam – zanikam, jakbym zlewała się ze wszystkim i nie miała granic; nic nie trzyma mnie w całości. Chwytam się więc nitki. Kosztuje mnie to sporo wysiłku.

Panicznie usiłuję zaplanować sobie dni, jak nakazał lekarz (struktura! struktura!) – będąc bez pracy mam z tym niemały problem. Śni mi się, że dostaję pracę, ale jest ona zupełnie absurdalna. Ileż mogę malować, rysować; to też kosztuje mnie emocjonalnie, bo nie rysuję koncepcyjnie, a „uczuciowo”; tym samym nie potrafię wypełnić sztuką całego dnia. „No wiesz” – odzywa się głos Wewnętrznego Krytyka. „Jesteś taka niewdzięczna. Powinnaś się cieszyć. Inni nie mają tyle szczęścia by robić to, co chcą, móc robić cokolwiek.” Jestem sfrustrowana tym, że mój wewnętrzny głos nie waliduje moich uczuć; rozdarta między „czuję się właśnie tak, a nie inaczej” a „powinnam czuć coś zdecydowanie innego”.

Czekam więc na maile, na SMSy, na sygnał, że ktoś o mnie myśli, że komuś na mnie zależy, że ktoś właśnie teraz chce się ze mną skontaktować czy spotkać, porozmawiać, zapłodnić mnie nowymi pomysłami, ideami.

Wysyłam witki w świat, próbując zrobić pierwszy krok. Myślę sobie z jednej strony: w tej sposób dbam o swoje potrzeby. Borderlinowa samotność podpowiada jednak: no tak, znowu ty robisz ten pierwszy krok. A nie do końca o to ci chodzi, prawda?…

Borderline plus premenstrual tension: no one likes me, no one loves me, I’m not important to anyone, my life is empty and worth nothing, I am redundant, I may as well be gone.

The day before – derealization. My husband’s voice reaches me from a distance, even though he is sitting a meter from me; this voice is the only thread connecting me to reality. I disappear – I become vague, as if I am merging with everything and have no limits; nothing holds me whole. So I grab the thread. It costs me a lot of effort.

I am trying to plan my days as my doctor told me to do (structure! structure!), in panic – being out of work I have quite a problem with that. I dream that I am getting a job, but it is completely absurd. How much can I paint, draw; it also costs me emotionally, because I do not draw conceptually, but emotionally indeed; thus I cannot fill the whole day with art. „You know,” says the voice of the Inner Critic. “You are so ungrateful. You should be happy. Others aren’t so lucky to do what they want, to be able to do anything.” I am frustrated that my inner voice is not validating my feelings; torn between “I feel what I feel” and “I should feel differently”.

So I am waiting for e-mails, for text messages, for a signal that someone thinks about me, that someone cares about me, that someone wants to contact me right now or meet, talk, fertilize me with new ideas or projects.

I send signals out into the world trying to take the first step. On the one hand, I think to myself: this is how I take care of my needs. Borderline loneliness, however, suggests: well, you are taking the first step again. And that’s not exactly what you mean, is it? …

dieta psychiczna / mental diet

(ENG.below) Przyjaciel powierzył mi swoją książkę – genialną powieść, świetnie napisaną – a ja nie jestem w stanie jej czytać. Po pierwsze, nie pamiętam już, kiedy ostatnio czytałam fikcję; cokolwiek, co nie byłoby poradnikiem/książką dla borderlinowców/książką o mindfulness. Zapomniałam więc, jak to jest utonąć w historii o kimś innym. Po drugie, książka napisana jest w tak wciągający sposób, że gdy tylko się od niej odrywam, mimo wysiłku nadal w niej jestem, a granica między rzeczywistym a nierzeczywistym niebezpiecznie się zaciera. Dla osoby z tendencjami do odrealnienia, depersonalizacji, derealizacji – bardzo ryzykowny stan. Czuję się więc jak czytelnik specjalnych potrzeb. To mnie frustruje.

Oczywiście, pojawia się we mnie też wspierający głos, wyrażający zgodę na to, że jestem, jaka jestem, i to się raczej nie zmieni. Że to dobre ćwiczenie zauważania i strzeżenia własnych granic, granic możliwości. Jednakże jestem smutna, bo książka jest świetna i chętnie pożarłabym ją w całości. Na razie jednak to ona pożera mnie, wypluwa zmęczoną i senną, nie do końca pewną, czy to majak, czy rzeczywistość. Dodatkowo napisana jest w taki sposób, że głównego bohatera podglądamy we wszystkich możliwych sytuacjach i okolicznościach, a ja nagle czuję się tak, jakbym stała w cudzej łazience i patrzyła, jak ktoś oddaje mocz, zupełnie nieświadomy mojej obecności. Dla borderlinowca, który ma problem z bliskością, granicami, podchodzi za blisko lub odpycha ze strachu, bojąc się, że to on zostanie porzucony w pierwszej kolejności, to także duże wyzwanie. Ktoś – fikcyjna postać przecież, a jednak opisana w tak ludzki, rzeczywisty sposób – nagle podchodzi na centrymentrową do ciebie odległość i nie daje ci wyboru, możesz tylko patrzeć, patrzeć, patrzeć. To mnie stresuje. I nie mogę czytać dalej.

Nie dość, że jestem osobą specjalnej troski, to jestem też czytelniczką specjalnej troski. Muszę uważać na to, co przeżywam, co przyjmuję, ale też na to, co czytam i oglądam. To tak, jakby być na permanentnej psychicznej diecie. „Muminki” – mówi moja siostra. „Teletubisie”.

Milczę, lecz protestuję.

A friend entrusted me with his book – a brilliant novel, fantastically written – and I cannot read it. First, I don’t remember the last time I read fiction; anything that would not be a guide / book for borderliners / a book on mindfulness. So I forgot what it’s like to drown in a story about someone else. Secondly, the book is written in such an engaging way that as soon as I break away from it, despite my efforts, I am still in it, and the line between the real and the unreal becomes dangerously blurred. For a person with tendencies to un-real, depersonalize, derealise – a very risky state. So I feel like a special needs reader. It frustrates me.

Of course, there is also a supporting voice in me, agreeing that I am what I am, and that is unlikely to change. That it’s a good exercise for noticing and guarding my own limits, the limits of my capabilites. However, I am sad because the book is great and I would like to eat it whole. For now, however, it is she who devours me, spits out tired and sleepy, not entirely sure if it is a dream or reality. Additionally, it is written in such a way that we watch the main character in all possible situations and circumstances, and I suddenly feel as if I am standing in someone else’s bathroom and watching someone urinate, completely unaware of my presence. For a borderliner who has problems with intimacy, borders, comes too close or pushes others away in fear, scared that she will be abandoned in the first place, it is also a big challenge. Someone – a fictional character after all, yet described in such a human, realistic way – suddenly approaches you at a centimeter distance and gives you no choice, you can only look, look, look. It stresses me out. And I can’t read any further.

Not only am I a special needs person, I am also a special needs reader. I have to be careful with what I experience, what I take in, but also with what I read and watch. It’s like being on a permanent mental diet. „Moomins,” says my sister. “Teletubbies”.

I am silent, but I protest.