ocean oddycha / the ocean breathes

(ENG.below) Huśtam się na huśtawce nastrojów, ruch tak bardzo mi znany, a jednak wciąż pobolewa, jak niewygodny ząb. Wczoraj popołudniu – tryb zombie. Leżę w łóżku i gapię się w sufit, tak, jakby stamtąd miał przyjść jakiś przełom. Przychodzą tylko myśli samobójcze. Mąż: weź Lorazepam, tylko się nie zapadaj…Tabletka pomaga. I oczywiście nowa farba do włosów, popielaty blond. Takiego odcienia jeszcze nie miałam…

Mój nastrój nie zmienia się już w ciągu dni, tylko w ciągu godzin. Nie mam pojęcia, jaka będę popołudniu, co dopiero wieczorem, mimo, że wstaję pełna energii i pomysłów. Za kilka godzin mogę nie mieć siły chodzić, mówić. Nic nie mogę z tym zrobić, nie mogę z tym walczyć. Podwyższenie balansera nastrojów, Lamotryginy, na razie nie wchodzi w grę – mój organizm mocno reaguje na podwyższoną dawkę, czerwonymi, rozlanymi plamami na szyi; znak ostrzegawczy. Nie mam czym się ratować, poza sprawdzoną strategią: nie nakręcać się – nie zapadać się. Szukać drogi środka. Tyle to kosztuje energii…jak się wypośrodkować, gdy siły odśrodkowe są tak intensywne?

Mimo wszystko śni mi się oddychający ocean. Fale są duże, rozległe, jak głębokie wdechy i wydechy. Patrzę na nie z daleka i się boję. Tymczasem kąpiący się wydają się zupełnie spokojni. Nic im nie jest, nie uciekają panicznie z wody, raczej – dostosowują swoją pozycję do rytmu oceanu. Wyglądają nawet na zadowolonych. Jak oni to robią?…

Wczoraj całkowicie się przeciążyłam trzema rozmowami telefonicznymi. Dla zdrowej osoby może wydać się to niepojęte. Kiedyś potrafiłam tak rozmawiać, utrzymywać uwagę i kontenerować emocje przez wiele godzin. Dziś myślę, że jedna rozmowa dziennie to mój szczyt możliwości. Trochę mi z tego powodu wstyd, za swoją niemoc, swoją słabość, kondycję psychiczną, która na tak niewiele pozwala. Mam jednak wybór, jak zwykle: podążać za głosem Wewnętrznego Krytyka (jesteś do niczego, spójrz tylko na siebie, jak ty w ogóle chcesz funkcjonować?) albo Opiekuńczego Rodzica (wszystko jest w porządku; najważniejsze, że teraz znasz swoje granice i uczysz się je szanować).

Wybieram to drugie.

I swing on mood swings, a movement so very familiar to me, and yet it still hurts, like an uncomfortable tooth. Yesterday afternoon – zombie mode. I’m  in bed, staring at the ceiling, as if some kind of breakthrough would come from there. Only suicidal thoughts come. Husband: take Lorazepam, just don’t collapse…The pill helps. And of course a new hair dye, ash blonde. I have never had such a shade before…

My mood no longer changes in days, but in hours. I have no idea what I will be like in the afternoon, let alone in the evening, even though I get up full of energy and ideas. In a few hours, I may not have the strength to walk or talk. I can’t do anything about it, I can’t fight it. Increasing the mood balancer, Lamotrigine, is out of the question for the time being – my body reacts strongly to the increased dose with red, diffuse spots on my neck; a warning sign. I have nothing to save myself with except a proven strategy: don’t turn myself on – don’t sink. Look for the middle way. It costs so much energy…how to centre myself when the centrifugal forces are so intense?

Few days ago I had a dream about a breathing ocean. The waves were large, expansive, like deep inhales and exhales. I looked at them from a distance and got scared. Meanwhile, the bathers seemed completely calm. They looked fine, they did not panic, they did not run away from the water, rather – they adjusted their position to the rhythm of the ocean. They even looked happy. How do they do it…?

Yesterday I completely overloaded myself with three phone calls. For a healthy person this may seem inconceivable. I used to be able to talk like that, maintain attention and contain emotions for hours. Today, I think that one conversation a day should be my best result. I am a little ashamed of this, ashamed of my powerlessness, my weakness, my mental condition which does not allow me to do so much. But I have a choice, as usual: to follow the voice of the Inner Critic (you suck, just look at yourself, how do you even want to function?) or the Caring Parent (everything is fine; the most important thing is that now you know your limits and learn to respect them).

I choose the latter.

decyzje / decisions

(ENG.below) Nie wytrzymałam bez sportu, wycieczek i wysiłku fizycznego, z sennością, słabością, mdłościami, bólami głowy – w porozumieniu z lekarką pierwszego kontaktu wycofałam antydepresant. Mój psychiatra jest na urlopie.

Pierwsze dwa dni były wspaniałe. W końcu mogłam przejść 7, 8 kilometrów; poszłam na basen, na zakupy, na pracę z ciałem. Trzeciego dnia powoli zaczęłam się czuć tak, jakby zachodziło słońce mojego serca i umysłu, a dziś ogarnia mnie coraz większa ciemność, włącznie z myślami samobójczymi, które znam – „bo nie mam już siły ciągnąć tej choroby, tego życia w takiej formie”.

Pewnie istnieją antydepresanty, które lepiej współgrają z Lamotryginą, ale…mój psychiatra jest na urlopie. Pozostaje mi zacisnąć zęby i wytrzymać jeszcze tydzień. Łatwo powiedzieć, zacisnąć zęby, wytrzymać…przetrwać jakoś; myśli zasnuwa rezygnacja, mówię z wysiłkiem, uśmiecham się z wysiłkiem, cieszę się z radości mojego psa, lecz w głębi duszy chciałabym już wracać do domu ze spaceru, położyć się, zniknąć na ten tydzień, w trakcie którego nie spodziewam się pomocy.

Ostatnie pięć dni było bardzo egzotycznym czasem. Ruszyły zapisy na przesłuchania do mojej (drugiej) sztuki. Jestem tylko autorką scenariusza, od organizacji jest producent i reżyser, jednakże nie potrafię porzucić własnego, życiowego scenariusza, jakim jest branie odpowiedzialności za wszystko, wszystkich, każdy krok przedsięwzięcia, jego przebieg, efekt końcowy i potencjalny sukces lub porażkę. Wypalam się więc każdego dnia, obserwując, ile osób zapisało się na przesłuchania, manewrując tekstem, mając nadzieję, tracąc nadzieję, spinając się i szamocząc. Dziś, gdy depresja ogarnia mnie coraz bardziej, w końcu nie mam na to siły. To dobra wiadomość. Stan depresyjny przychodzi jak głębszy oddech po gorączce. Tak bardzo bym chciała wyłonić się po drugiej, spokojnej lecz nie mrocznej stronie. Napisałam sztukę – dramat, ale wolałabym nie tworzyć go we własnym życiu. Choć pewnie na to jest już za późno.

I couldn’t last without sports, hikes and exercise, with lethargy, weakness, nausea, headaches – in consultation with my GP I withdrew the antidepressant. My psychiatrist is on leave.

The first two days were great. I was finally able to walk 7, 8 kilometers; I went to the pool, shopping, body work. By the third day, I slowly began to feel like the sun was setting on my heart and mind, and today more and more darkness enveloped me, including suicidal thoughts I know – „because I don’t have the strength to continue with this illness, this life as it is”.

Sure there are antidepressants that work better with Lamotrigine, but…my psychiatrist is on vacation. I am left to grit my teeth and hold out for another week. It’s easy to say, clench your teeth, endure…endure somehow; thoughts are clouded with resignation, I speak with effort, smile with effort, rejoice at my dog’s joy, but deep down I wish I could come home from a walk, lie down, disappear for this week, during which I expect no help.

The last five days have been a very exotic time. Auditions for my (second) play have started. I’m only the author of the script, there’s a producer and director to organize the whole thing, but I can’t let go of my own life script, which is to take responsibility for everything, everyone, every step of the project, its course, the end result and potential success or failure. So I burn myself out every day, watching how many people have signed up for auditions, maneuvering the text, hoping, losing hope, tensing and grokking. Today, as depression grips me more and more, I’m finally out of it. This is the good news. The depressive state comes like a deeper breath after a fever. I would so much like to emerge on the other, peaceful – but not dark – side. I have written a play – a drama – but I would rather not create a drama in my own life. Though it is probably too late for that.

wielkie oczy / big eyes

(ENG.below) Od ostatniego wpisu mój stan zmienił się tyle razy, że nie wiem, od czego zacząć pisanie. W końcu zaczęły przeważać głębokie fazy depresyjne, w trakcie których nie miałam siły wstać z łóżka, mówiłam słabym głosikiem jak jakiś ptaszek, odwołałam spotkania i rozmowy, płakałam z bezsilności i mentalnego bólu. Podjęliśmy z moim psychiatrą decyzję o włączeniu niedużej dawki leku antydepresyjnego (Venlafaxyna). W przeszłości ta substancja wyciągała mnie już z ciemności. Zobaczymy, co tym razem zdziała.

Natrafiłam ostatnio na mema: „Nie boisz się być sama w ciemności. Boisz się nie być sama w ciemności.” W zamierzeniu śmieszny, doskonale oddaje rzeczywistość depresji. Nie jesteś w ciemności sama. Ciemność ma wielkie oczy, doskonale cię widzi, wie, gdzie jesteś i po prostu gapi się na ciebie, a jej wzroku nie da się uniknąć; gdziekolwiek się nie odwrócisz, tam znajdzie cię ta pozornie ożywiona pustka.

Żeby wyciągnąć do siebie rękę, pomóc sobie, zwlekam się z łóżka i zaczynam rysować. Jednego dnia mój stan jest zły, lecz nie tragiczny, moje rysunki są więc smutne, ale nie dramatyczne. Drugiego dnia jest już tak źle, że moje prace wystraszają mnie samą. Mroczne, wykrzywione cierpieniem i łzami twarze. Kto zechce to oglądać? Kto będzie chciał oglądać mnie taką? Bliskim oszczędzam detali związanych z tym, jak się czuję; proszę tylko męża, by wcześniej wrócił z pracy. Nie chcę być sama wobec wielkich wstrętnych oczu pustki. Może przytulenie pomoże mi choć na chwilę od tej perspektywy uciec – do ciepła bliskiego ciała.

Jak zwykle w depresji, czekam na wieczór, sygnalizujący koniec dnia pełnego bólu. Towarzyszy mi jednak niepokój: co to będzie jutro? Jaka będę jutro? Na co znajdę siłę? Czy znów przeleżę popołudnie?

Obudziłam się w niezłej formie. Tylko mdłości; skutek uboczny antydepresanta. Wolę je jednak dużo bardziej niż te wielkie oczy i moją szarą, nieruchomą twarz.

Since my last post, my condition has changed so many times that I don’t know where to start writing. In the end, deep depressive phases began to prevail, during which I did not have the strength to get out of bed, I spoke in a weak voice like a tiny bird, canceled meetings and conversations, cried with helplessness and mental pain. We made a decision with my psychiatrist to introduce a small dose of an antidepressant (Venlafaxine). In the past, this medication has pulled me out of the dark. We’ll see what it does this time.

Recently I came across a meme: “You’re not afraid to be alone in the dark. You are afraid of not being alone in the dark. ” Intentionally funny, it perfectly captures the reality of depression. You are not alone in the dark. Darkness has big eyes, sees you perfectly well, knows where you are and just stares at you and its eyes cannot be avoided; wherever you turn, this apparently alive void will find you.

To reach out and help myself, I drag myself out of bed and start drawing. One day my condition is bad but not tragic, so my drawings are sad but not dramatic. On the second day it is so bad that my works scare me. Dark faces, distorted with suffering and tears. Who would want to watch It? Who would want to see me like this? I spare my loved ones the details related to how I feel; I’m just asking my husband to come home early from work. I don’t want to be alone in the face of the big hideous eyes of emptiness. Maybe a hug will help me escape from this perspective for a moment – to the warmth of my beloved’s body.

As usual in depression, I look forward to the evening signaling the end of a painful day. However, I feel anxiety: what will it be tomorrow? What will I be like tomorrow? What will I find the strength for? Will I spend the afternoon in bed again?

I woke up in good shape. Just nausea; side effect of an antidepressant. But I prefer it much more than those big eyes and my gray, still face.

czarno-białe / black and white

(ENG.below) Pierwszy stabilny dzień od tygodnia. Jak zwykle, po raz wielotysięczny, zastanawiam się, jak długo potrwa ta zbalansowana faza. Czy to przypadek? Chorobowy wypadek przy pracy, przysnęła sobie na chwilę? A może to zasługa podwyższenia Lamotryginy? A może po prostu, tak jak ciężkie fazy przychodzą, kiedy chcą, tak samo robią stabilne?…Po siedmiu latach chorowania powinnam chyba już wiedzieć. A jednak nie.

Koleżanka pisze: podziwiam cię, że tworzysz nawet wtedy, gdy się źle czujesz. Nie rozumie, że ja MUSZĘ tworzyć. Malowanie i rysowanie jest jak podawanie sobie samej ręki w momentach, gdy tonę. Pomaga – bo rysowane przeze mnie postaci przejmują część moich emocji, albo ich brak, w związku z czym staję się lżejsza, lub bardziej ugruntowana, bądź też w większym kontakcie ze sobą.

Ostatnio mój psychiatra złapał mnie na gorącym uczynku borderline’owego, czarno-białego myślenia. Chcę czuć wszystko, intensywnie i dramatycznie, bo wtedy tylko, jak mi się wydaje, żyję pełnią życia – albo nie czuję nic. Czytanie mojej sztuki, po którym dostałam bardzo pozytywny feedback, zakwalifikowało się do kategorii „nic”, ponieważ ani się nadmiernie nie zestresowałam, ani nie uniosłam jak maniakalny balonik pod niebo, ani nie popłakałam, ani…”Czyli nic nie czułaś” – podpowiada czarno-biały system. Satysfakcja, radość, duma – nie kwalifikują się jako „pełnia życia”. Popadam więc w smutek i głód, spragniona brzegowych, granicznych, borderline’owych przeżyć.

Tymczasem życie płynie i mnie omija, zatroskaną, że nie biorę w nim udziału.

The first stable day in a week. As always, for a thousand time, I wonder how long this balanced phase will last. Is it a coincidence? The illness had an accident at work, she dozed for a moment? Or is it due to the increase in Lamotrigine? Or maybe just like the hard phases come when they want, so do the same stable ones? … After seven years of being ill, I should probably already know. And yet not.

My friend writes: I admire you, that you create even when you feel bad. She doesn’t understand that I MUST create. Painting and drawing is like lending myself a hand when I’m drowning. It helps – because the characters drawn by me take over some of my emotions, or the lack of them, and therefore I become lighter, or more grounded, or more in touch with myself.

Recently, my psychiatrist caught me red-handed in borderline black and white thinking. I want to feel everything, intensely and dramatically, because then only, as it seems to me, I live my life to the fullest – otherwise I don’t feel anything. Reading my theatre play, after which I got a very positive feedback, qualified for the „nothing” category, because I neither got overly stressed, nor lifted myself up to the sky like a maniacal balloon, nor did I cry, nor … – welcome to the black and white system. Satisfaction, joy, pride – do not qualify as the „fullness of life.” So I fall into sadness and hunger, craving for borderline, liminal experiences.

Meanwhile, life goes by and passes me by, me worried that I am not taking part in it.

światowy dzień zapobiegania samobójstwom / world suicide prevention day

(ENG.below) Dziś światowy dzień zapobiegania samobójstwom.

Jako osoba, której myśli samobójcze towarzyszą dość regularnie, mam do tego dnia nieco sceptyczne nastawienie. Kiedy jestem w ciężkiej depresji, włącza mi się widzenie tunelowe – w którym śmierć wydaje się jedynym wyjściem wobec egzystencjonalnego cierpienia. Nie wiem, jak miałbyś mi w tej sytuacji pomóc, ulżyć. Możesz jednak utrudnić mi realizację planu, bardzo konkretnie: schować leki do sejfu, noże do piwnicy, żyletki do najgłębszej szuflady; być ze mną w domu i nie wypuszczać samej na spacer. A także powtarzać: to minie, to minie, to minie; to nie ty, to choroba myśli za ciebie…Może właśnie na tym polega zapobieganie samobójstwom? Na drobnych, racjonalnych działaniach? Na byciu z chorym, by – tym razem  -przetrwał?

Mój przyjaciel spędził cały wczorajszy dzień na planowaniu własnej śmierci. Na szczęście zanim cokolwiek zrobił, upił się do nieprzytomności. Napisał mi dziś: „cholera, nie mogę. Mój syn ma w poniedziałek urodziny.” Nie wiem, co będzie we wtorek, ale jestem z nim w regularnym kontakcie, zapewniając, że nie jest sam. Nie mogę jednak pilnować go przez cały czas. Nie rozwiążę też za niego problemów, które go przytłaczają. Zapobieganie – czy bezradność? A może wybór jest większy, niż mi się wydaje?…

Dzwoni do mnie przyjaciółka; kolejny dzień chodzi w piżamie, nie kąpała się, płacze, szlocha, panicznie oddycha. Chce sobie zrobić krzywdę, nie zniesie cierpienia. Uspokajam. Opisuję plan: skontaktuj się z lekarzem. Skontaktuj się z asystentem psychiatrycznym. Weź Lorazepam. Grozi ci niebezpieczeństwo, musisz iść do szpitala. Wiem, że tego nie chcesz. Ale tam jest bezpiecznie. Idź, choćby na kilka dni. Przetrzymasz. Pomogą ci. Musisz – iść – w bezpieczne – miejsce.

Tego samego dnia partner zawozi ją do kliniki.

Tym razem się udało.

Co będzie następnym razem?

Zapobieganie – i bezradność.

Today is the World Suicide Prevention Day.

As a person who experiences suicidal thoughts quite regularly, I am somewhat skeptical to this day. When I am severely depressed, tunnel vision turns on – in which death seems to be the only solution to existential suffering. I don’t know how you could help me, relieve me in this situation. However, you can make it difficult for me to implement the plan, very specifically: put the medication in the safe, take the knives to the locked basement, hide the razor blades in the deepest drawer; be at home with me and not let me out for a walk. And also – repeat: it will pass, it will pass, it will pass; it’s not you, it’s the disease that thinks for you … Maybe that’s what suicide prevention is all about? About small, rational activities? Being with the sick so that – this time – he would survive?

My friend spent all day yesterday planning his own death. Fortunately, before he could do anything, he got passed out drunk. He wrote me today: damn it, I can’t. My son’s birthday is on Monday. I don’t know what will happen on Tuesday, but I keep in touch with him on a regular basis, reassuring him that he is not alone. But I can’t keep an eye on him all the time. Nor will I solve for him the problems that overwhelm him. Prevention – or helplessness? Or maybe the choice is broader than I think? …

A friend is calling me; she wears her pajamas the fourth day, has not bathed, cries, weeps and breathes panically. She wants to hurt herself, she cannot bear the suffering. I calm her down. I describe the plan: now, call your doctor. Contact a psychiatric assistant. Take Lorazepam. You are in danger, you must go to the hospital. I know you don’t want this. But it’s safe there. Go, if only for a few days. You will make it. They will help you. You – have to – go – to a safe place – right now.

On the same day, her partner drives her to the clinic.

This time it worked.

What will happen next time?

Prevention – and helplessness.

skorupka / empty shell

(ENG.below) Wyobraź sobie stan, w którym myślisz, że gdyby oddychanie nie było automatycznym procesem, przestałabyś oddychać, bo po prostu nie masz siły. Leżysz w łóżku i wydaje ci się, że razem z materacem będziesz się zapadać głęboko, głęboko pod ziemię. Twoje ciało jest skorupką, pustą wydmuszką. Jesteś zarazem przekonana, że jeśli się nie ruszysz, nie ruszysz się już nigdy. Wstajesz, zmuszasz się do jakiejś czynności, lecz łóżko znowu cię wzywa, bo wszystko jest niezwykle męczące. Piszesz zdanie za zdaniem, bo próbujesz skądś zaczerpnąć choć trochę energii, poczuć, że żyjesz; nie-bycie czai się jednak za każdym słowem, a umysł podpowiada „wszystko jest bez sensu”. Poddać się? Nie poddać się? Podać sobie rękę czy podstawić sobie nogę?…

Wczoraj wszystko jeszcze wydawało się normalne. Basen, spotkanie z kolegą, lekcja niemieckiego. Później sesja z terapeutą – wypłakanie morza łez; może to one sprawiły, że dziś jestem na dnie, że nie unoszę się już z prądem. Nie działam, jestem jak zepsute radio.

Depresyjne fazy przychodzą i odchodzą, zwłaszcza w odmianie szybkiej zmiany faz; zaciskam więc zęby, piszę więc w zwolnionym tempie, siedzenie mnie męczy; liczę kolejne godziny, które mogłyby przynieść odmianę.

Imagine a state where you think that if breathing wasn’t an automatic process, you would stop breathing because you just don’t have enough strength. You lie in bed and it seems to you that you will sink deep, deep underground together with the mattress. Your body is like an empty shell. At the same time, you are convinced that if you do not move, you will never move again. You get up, you force yourself to do something, but the bed is calling you again, because everything is extremely exhausting. You write sentence after sentence because you are trying to get some energy from somewhere, to feel that you are alive; but non-being lurks behind each word, and the mind tells „everything is pointless.” Give up? Do not give up? Should I lend myself a hand or knock myself out? …

Yesterday everything still seemed normal. Swimming pool, meeting with a friend, German lesson. Later, a session with a therapist – crying a sea of ​​tears; maybe they made me find myself at the bottom today, that I no longer float with the flow. I’m not working, I’m like a broken radio.

Depressive phases come and go, especially in the rapid cycling; so I grit my teeth, I write in slow motion, it makes me tired to sit; I count the following hours that could bring change.

nieśmiała / shy

(ENG.below) Hipomaniakalne dni przemieniły się w jeden depresyjny dzień z myślami samobójczymi, ale on też minął; mogę chyba powiedzieć, że wracam do równowagi. Oczywiście, i ona przeminie, by ustąpić jednej z wielu innych faz. Staram się jednak nie wybiegać myślami daleko w przyszłość, bo by mnie unieruchomiły.

Tak się jakoś stało, że mam teraz swoją prywatną fotografkę, która przygotowuje o mnie pracę dyplomową – fotoreportaż. Odwiedza mnie w atelier i w domu, przegląda prace sprzed lat i te najnowsze, wzdycha, patrzy mi głęboko w oczy i mówi, że są niezwykłe. Ma mnóstwo pomysłów dotyczących tego, co można z nimi zrobić. Pomaga mi także w przygotowaniach do – szóstej w tym roku – wystawy. Przepełnia mnie to wdzięcznością, a jednocześnie nieśmiałością; gdzieś w głębi czuję się jak dziwadło, jak może i ciekawostka, ale z kategorii tych niepokojących, o których do końca nie wiesz, co myśleć. Fotografka natomiast przekonuje mnie, że jestem żyłą złota. Czerwienię się, uśmiecham nieśmiało, nie wiem, co powiedzieć. Zauważyłam, że w tym kraju, gdy ludzie są skonfundowani, zakrywają się – trochę nerwowym, a jednak – śmiechem. Śmieję się więc. Wyceniam swoje prace wystawowe, a kurator mówi, że powinny być dziesięć razy droższe. Nie wiem, czy żartuje. I znów – onieśmielenie. I wycofanie. W fazie hipomaniakalnej pożądam sukcesów, w fazie depresyjnej – chowam się jak ślimak. Jak będzie w czasie równowagi – nie wiem. Zaczynam jednak…czuć się zmęczona.

The hypomanic days turned into one depressive day with suicidal thoughts, but that too was gone; I guess I can say that I’m getting back into balance. Of course, it will pass, too, to give way to one of the many other phases. However, I try not to look far ahead, because they would paralyse me.

Somehow it happened that I now have my private photographer who is preparing a diploma thesis about me – a photo reportage. She visits me in the studio and at home, looks at the works from years ago and the newest ones, she sighs, looks deep into my eyes and says that they are extraordinary. She has tons of ideas about what to do with them. She also helps me prepare for the sixth exhibition this year. It fills me with gratitude and shyness at the same time; somewhere deep inside, I feel like a freak, maybe a curiosity, but from the disturbing category, about which you do not know what to think. The photographer, on the other hand, convinces me that I am a gold mine. I turn red, smile shyly, don’t know what to say. I noticed that in this country, when people are confused, they cover themselves up – a bit nervous but still – with laughter. So I laugh. I assess prices of my exhibition works, and the curator says they should be ten times more expensive. I don’t know if he’s joking. And again – intimidation. And withdrawal. In the hypomanic phase, I desire success, in the depressive phase – I hide like a snail. What will it be like at the time of balance – I do not know. But I’m starting to… feel tired.

szybko, szybko / quickly, quickly

(ENG.below) Myśli, myśli, myśli; plany, plany, plany; lista kolejnych rzeczy do zrobienia; spotkania, spotkania, spotkania, wydarzenia, przygotowania do szóstej w tym roku wystawy, stowarzyszenie teatralne, ludzie, nowi ludzie, starzy przyjaciele, maile, fotoreportaż, skype, pomysły, pomysły, a jeden lepszy od drugiego; nie mogę przestać rysować i malować; mam wrażenie, że mój mózg nie mieści mi się już w czaszce, wylewa się oczami i uszami, nie potrafię się uspokoić, drażliwy, produktywny umysł, wszystko mnie wkurwia, czy pójście biegać w ciemności wieczora mi pomoże, nie, za późno, może potańczę, nie, nie czuję muzyki, proszę, obejmij mnie, może jakoś się z powrotem zmienię w całość, którą czuję, która się nie rozbiega, która nie pędzi, nie dręczy.

Atak hipomaniakalny trwa od kilku dni i śmiem twierdzić, że jeszcze się nie skończył. W międzyczasie – depresyjne chwile i samobójcze pomysły, a więc faza mieszana, groźna. Biorę Olanzapinę na wieczór, żeby się znokautować i dłużej spać. Pomaga, bo działa też antymaniakalnie.

Dziś wchodzę w dzień na palcach.

Thoughts, thoughts, thoughts; plans, plans, plans; a list of next things to do; meetings, meetings, meetings, events, preparations for the sixth exhibition this year, theater association, people, new people, old friends, e-mails, photo reportage, skype, ideas, ideas, and one better than the other; I can’t stop drawing and painting; I have the impression that my brain does not fit in my skull anymore, it is pouring out with eyes and ears, I can not calm down, irritable, productive mind, everything pisses me off, if going for a run in the dark of the evening will help me, no, too late, maybe I’ll dance , no, I don’t feel the music, please hug me, maybe I will change back into a whole that I feel, that does not run away, that does not rush, does not torment me.
The hypomanic attack has lasted several days, and I dare say that it is not over yet. In the meantime – depressive moments and suicidal ideas, so the mixed, threatening phase. I’m taking Olanzapine for the evening to knock myself out and sleep longer. It helps, because it also has an anti-manic effect.
Today I step into the day on my tiptoes.

zamiast / instead

(ENG.below) Dla osoby zlewającej się w bliskich relacjach niemalże bez granic spędzenie trzynastu godzin w ciągu dnia w samotności przyprawia o ciarki. Lęk. Co będzie, jeśli przyjdzie atak psychotyczny? A co z myślami samobójczymi? Co jeżeli napięcie będzie tak nie do zniesienia, że znów się samookaleczę? Mnóstwo obaw przed możliwymi czarnymi scenariuszami, które tylko napędzają stres i napięcie właśnie. W dodatku mój psychiatra jest na trzytygodniowym urlopie i nie znalazł dla mnie zastępstwa…Niedziela przed samotnym poniedziałkiem – tyle niepokoju, że płaczę. Płakanie przynosi ulgę. Nie oswaja jednak strachu.

Przychodzi Straszny Poniedziałek. Najdłuższy samotny dzień od nie pamiętam już kiedy – okazał się krótszy, niż myślałam. Spotkałam się z ludźmi, spacerowałam z psem, rysowałam i wycinałam, czytałam książkę, rozmawiałam z rodziną, pisałam maile – odkryłam, że moje dni wcale nie muszą być przerażająco puste, a ja nie muszę cierpieć na BOREOUT, czyli zdemotywowanie nudą. Nie muszę też histerycznie poszukiwać aktywności, napinać się z tego powodu; mogę znaleźć równowagę między „robić” a „nie robić”. Bardzo pomogła mi w tym piątkowa sesja pracy z ciałem. Odkryłam, że udręczam się niemiłosiernie – pijąc po pięć kaw dziennie, szukając zajęcia za wszelką cenę, przejmując się moją samotnością, przeforsowując się podczas biegania. Zrobiłam więc kilka małych kroczków we właściwą stronę. Zamiast biegania do utraty tchu – biegomarsz. Odstawienie kawy. Sięganie do ludzi zamiast zamartwiania się, że to oni do mnie nie sięgają. Szukanie zajęcia nie z napięcia, ale z ciekawości. Głębokie oddychanie i podążanie za potrzebami ciała: tworzyć – czytać – leżeć i głaskać psa – wyjść na zewnątrz – poruszać się, i tak dalej.

Podjęłam także decyzję o tym, by poszukać dla siebie menedżera sztuki – który z procent od sprzedanych prac pomógłby mi w marketingu i promocji moich obrazów.

Jeśli znasz kogoś takiego lub sam/a jesteś taką osobą, napisz do mnie: zuzanna.koronska.itten@gmail.com

Do usłyszenia !

For a person that blends in close relationships with almost boundlessness, spending thirteen hours a day alone can be a creepy feeling. Fear. What if a psychotic attack comes? What about suicidal thoughts? What if the tension is so unbearable that I will hurt myself again? Lots of fear of possible black scenarios that only fuel stress and tension. In addition, my psychiatrist is on a three-week vacation and has not found a replacement for me … Sunday before lonely Monday – so much anxiety that I cry. Crying brings relief. However, it does not tame fear.

It’s Terrible Monday at last. The longest lonely day since I can’t remember when – turned out to be shorter than I thought. I met people, walked the dog, drew and cut, read a book, talked to my family, wrote e-mails – I discovered that my days don’t have to be terribly empty, and I don’t have to suffer from BOREOUT, i.e. demotivation from boredom. I also don’t have to hysterically seek activity, get tense because of it; I can find a balance between „doing” and „not doing”. The Friday session of bodywork helped me a lot. I discovered that I was tormenting myself mercilessly – drinking five coffees a day, looking for a job at all costs, worrying about my loneliness, overwhelming myself while running. So I took a few small steps in the right direction. Instead of running until you are out of breath – marching plus jogging. Put the coffee aside. Reaching out to people instead of worrying that they aren’t reaching to me. Seeking work not out of tension, but out of curiosity. Deep breathing and following the needs of the body: create – read – lie down and pet the dog – get outside – move, and so on.

I also made a decision to find an art manager for myself – who for a percentage of the works sold would help me in the marketing and promotion of my paintings.

If you know someone like that or you are such a person yourself, write to me: zuzanna.koronska.itten@gmail.com

Until next time!

nie martw się / don’t worry

(ENG. below) Ach, jaki cudowny dzień przeżyłam wczoraj. Na placu w centrum miasta, w którym mieszkam, otwarto wystawę plakatów artystów żyjących z diagnozą psychiatryczną. Znalazła się na niej także moja praca. Wystawa nie jest duża, ale obrazy – niesamowicie zróżnicowane, bo każdy z twórców ma swój niepowtarzalny styl.

Przez pandemię zapomniałam już, że potrafię być zwierzęciem społecznym. Że cieszą mnie small talks, uśmiechy, pozowanie do zdjęć, rozmowy z przyjaciółmi, którzy przyszli na otwarcie, chwila małej „chwały” i „popularności”. To moja pierwsza wystawa w samym centrum stolicy, na zewnątrz, ogólnie dostępna. Może ją zobaczyć każdy, kto wraca z pracy transportem publicznym –  po prostu nie da się na nią nie natknąć.

Oczywiście, jeśli jesteś osobą cierpiącą na dysregulację emocji, takie wydarzenia nie pozostają bez echa w twoim mózgu. W noc poprzedzającą otwarcie nie mogłam zasnąć z ekscytacji i poruszenia. W noc po wystawie – podobnie. Pomagałam sobie tabletkami nasennymi, które jednak nie do końca potrafiły pomóc mi wyhamować. Popełniłam też podręcznikowy błąd, wypijając cztery łyki piwa z myślą, że może pomoże mi zasnąć. Poranek następnego dnia był naprawdę bardzo ciężki.

Na szczęście mała dawka Abilify (Aripiprazol), którą zażywam od tygodnia, skutecznie blokuje objawy psychotyczne. Mimo wielu emocji udało mi się więc nie zdysocjować ani nie zderealizować. Ten lek powoduje jednak, że waham się pomiędzy pobudzeniem a zmęczeniem, ale zgadzam się na to z uwagi na brak symptomów psychotycznych.

Na koniec jeszcze jedna dobra wiadomość z wczoraj: mój obraz znajdzie się na okładce katalogu kolejnej wystawy i na zaproszeniach wysyłanych do tysiąca potencjalnych odwiedzających. I znów – wielka radość. I znów – obawa, że stanę się zbyt nakręcona i pojawią się objawy manii. Lecz jednocześnie – medytacyjne przypomnienie: podobnie jak trudne emocje, i te cudowne przemijają, bo taka jest ich „falowa natura”. Nie ma więc co martwić się na zapas.

(ENG.) Ah, what a wonderful day it was yesterday. An exhibition of posters by artists living with a psychiatric diagnosis has opened on the square in the center of the city where I live. It also includes my work. The exhibition is not large, but the paintings – incredibly diverse, because each of the creators has their own unique style.

Due to the pandemic, I have forgotten that I can be a social animal. That I enjoy small talks, smiles, posing for photos, chatting with friends who came to the opening, a moment of little „glory” and „popularity”. This is my first exhibition in the very center of the capital, outside and open to the public. It can be seen by anyone who returns from work by public transport – it is simply impossible not to come across it.

Of course, if you are an emotionally disturbed person, such events do not go unnoticed in your brain. The night before the opening I couldn’t sleep because of excitement. On the night after the exhibition – similarly. I was helping myself with sleeping pills, which, however, were not quite able to help me slow down. I also made a textbook mistake of drinking four sips of beer thinking it might help me sleep. The next morning was really hard.

Fortunately, the small dose of Abilify (Aripiprazole) I’ve been taking for a week has been effective in blocking my psychotic symptoms. So despite many emotions, I managed not to dissociate. This medication, however, causes me to swing between agitation and fatigue, but I agree to it due to the lack of psychotic symptoms.

Finally, one more good news from yesterday: my painting will be on the cover of the catalog of the next exhibition and on invitations sent to 1,000 potential visitors. And again – great joy. And again, fear of getting too turned on and beginning of manic symptoms. But at the same time – a meditative reminder: just like difficult emotions, these wonderful ones pass, because this is their „wave nature”. So there is no need to worry in advance.