nie martw się / don’t worry

(ENG. below) Ach, jaki cudowny dzień przeżyłam wczoraj. Na placu w centrum miasta, w którym mieszkam, otwarto wystawę plakatów artystów żyjących z diagnozą psychiatryczną. Znalazła się na niej także moja praca. Wystawa nie jest duża, ale obrazy – niesamowicie zróżnicowane, bo każdy z twórców ma swój niepowtarzalny styl.

Przez pandemię zapomniałam już, że potrafię być zwierzęciem społecznym. Że cieszą mnie small talks, uśmiechy, pozowanie do zdjęć, rozmowy z przyjaciółmi, którzy przyszli na otwarcie, chwila małej „chwały” i „popularności”. To moja pierwsza wystawa w samym centrum stolicy, na zewnątrz, ogólnie dostępna. Może ją zobaczyć każdy, kto wraca z pracy transportem publicznym –  po prostu nie da się na nią nie natknąć.

Oczywiście, jeśli jesteś osobą cierpiącą na dysregulację emocji, takie wydarzenia nie pozostają bez echa w twoim mózgu. W noc poprzedzającą otwarcie nie mogłam zasnąć z ekscytacji i poruszenia. W noc po wystawie – podobnie. Pomagałam sobie tabletkami nasennymi, które jednak nie do końca potrafiły pomóc mi wyhamować. Popełniłam też podręcznikowy błąd, wypijając cztery łyki piwa z myślą, że może pomoże mi zasnąć. Poranek następnego dnia był naprawdę bardzo ciężki.

Na szczęście mała dawka Abilify (Aripiprazol), którą zażywam od tygodnia, skutecznie blokuje objawy psychotyczne. Mimo wielu emocji udało mi się więc nie zdysocjować ani nie zderealizować. Ten lek powoduje jednak, że waham się pomiędzy pobudzeniem a zmęczeniem, ale zgadzam się na to z uwagi na brak symptomów psychotycznych.

Na koniec jeszcze jedna dobra wiadomość z wczoraj: mój obraz znajdzie się na okładce katalogu kolejnej wystawy i na zaproszeniach wysyłanych do tysiąca potencjalnych odwiedzających. I znów – wielka radość. I znów – obawa, że stanę się zbyt nakręcona i pojawią się objawy manii. Lecz jednocześnie – medytacyjne przypomnienie: podobnie jak trudne emocje, i te cudowne przemijają, bo taka jest ich „falowa natura”. Nie ma więc co martwić się na zapas.

(ENG.) Ah, what a wonderful day it was yesterday. An exhibition of posters by artists living with a psychiatric diagnosis has opened on the square in the center of the city where I live. It also includes my work. The exhibition is not large, but the paintings – incredibly diverse, because each of the creators has their own unique style.

Due to the pandemic, I have forgotten that I can be a social animal. That I enjoy small talks, smiles, posing for photos, chatting with friends who came to the opening, a moment of little „glory” and „popularity”. This is my first exhibition in the very center of the capital, outside and open to the public. It can be seen by anyone who returns from work by public transport – it is simply impossible not to come across it.

Of course, if you are an emotionally disturbed person, such events do not go unnoticed in your brain. The night before the opening I couldn’t sleep because of excitement. On the night after the exhibition – similarly. I was helping myself with sleeping pills, which, however, were not quite able to help me slow down. I also made a textbook mistake of drinking four sips of beer thinking it might help me sleep. The next morning was really hard.

Fortunately, the small dose of Abilify (Aripiprazole) I’ve been taking for a week has been effective in blocking my psychotic symptoms. So despite many emotions, I managed not to dissociate. This medication, however, causes me to swing between agitation and fatigue, but I agree to it due to the lack of psychotic symptoms.

Finally, one more good news from yesterday: my painting will be on the cover of the catalog of the next exhibition and on invitations sent to 1,000 potential visitors. And again – great joy. And again, fear of getting too turned on and beginning of manic symptoms. But at the same time – a meditative reminder: just like difficult emotions, these wonderful ones pass, because this is their „wave nature”. So there is no need to worry in advance.

jedyna dostępna rzeczywistość / the only available reality

(ENG.below) Wczoraj przez cały dzień leżałam w łóżku z wysoką gorączką i bólem całego ciała – uroki drugiej dawki szczepienia na Covid. Miałam opartą na doświadczeniu nadzieję, że dolegliwości fizyczne wysuną się na pierwszy plan i nie będę cierpieć psychicznie. Tym razem się pomyliłam.

Obsesyjne myśli przychodzą najpierw powoli, a z czasem nie da się od nich opędzić. Nie potrafię skupić się na niczym innym, tylko na nich. Próbuję je hamować, blokować, zwalczać, potem – z drugiej strony – akceptować, przepuszczać, pozwalać im przepłynąć, lecz ich strumień staje się tylko szerszy i silniejszy. Nieważne, czego dotyczą; ważne, że po jakimś czasie jestem nimi i próbami radzenia sobie z nimi wycieńczona. Potem przychodzi lęk, że moje życie (znów) wymyka mi się spod kontroli; za nim maszeruje poczucie winy, a stąd już niedaleko do myśli o przyniesieniu sobie ulgi w sposób dramatyczny lub ostateczny. Żadne strategie nie łamią tego obsesyjnego kołowrotka. Nawet wyobrażanie sobie, że obsesja to smok, a ja jestem małym rycerzem, który próbuje go zabić. Smok jest pięć razy ode mnie większy. I jest niemal pewne, że mnie zje.

W końcu pomógł Lorezepam, który przerwał zaklęty krąg i pozwolił mi na chwilę odpocząć. Poprosiłam też męża, żeby swoją obecnością obok mnie pomógł mi się ugruntować w miejsce biegania w kółko po własnej głowie. Pomogło. Widok ulubionej twarzy, mocny uchwyt dłoni, zawrócenie do tu i teraz. Napisałam też do przyjaciela. Odpisał: to nasza ulubiona strategia, prawda? Biczować się za przeszłość, kiedy teraźniejszość i tak nieźle kopie nas w tyłek.

Ruminacje (obsesyjne myśli) często dotyczą właśnie przeszłości: mogłam zrobić tak, mogłam zrobić inaczej, dlaczego postąpiłam tak, a co by było gdybym, i tak dalej. Uwięzieni we własnym umyśle, prześladowani przez wybory, na które absolutnie nie mamy już wpływu, dręczeni przez duchy przeszłości obwiniamy siebie za to, że właśnie tak się czujemy, zamiast być tu i teraz, w rzeczywistości, która może nie jest dla nas łagodna i czuła, ale jest jedyną dostępną rzeczywistością, jaką mamy.

(ENG.) Yesterday I was lying in bed all day with a high fever and pain all over my body – the charms of the second dose of the Covid vaccination. I had hoped, based on experience, that my physical ailments would come to the fore and that I would not suffer mentally. This time I was wrong.

Obsessive thoughts come slowly at first, and over time, you can’t shake them off. You can’t focus on anything else. I try to inhibit them, block them, fight them, then – on the other hand – accept them, let them pass, let them flow, but their stream only becomes wider and stronger. No matter what they concern; it is important that after some time I am exhausted by trying to deal with them. Then comes the fear that my life is (again) getting out of control; guilt marches behind it, and hence it is not far to the thought of bringing yourself a dramatic or ultimate relief. No strategies break this obsessive reel. Even imagining that the obsession is a dragon and I’m a little knight trying to kill him. The dragon is at least five times bigger than me. And it is almost certain that he will eat me.

Lorezepam finally helped, breaking the vicious circle and allowing me to rest for a while. I also asked my husband to help me ground myself by his presence next to me, instead of running in circles in my own head. It helped. The sight of your favorite face, a firm grip on your hand, a return to the here and now. I also wrote to a friend. He replied: this is our favorite strategy, right? Torment yourself for the past, when the present is kicking us in the ass anyway.

Rumination (obsessive thoughts) is often about the past: I could have done this, I could have done differently, why I did this and what if I did something else, and so on. Trapped in our own mind, haunted by choices that we have absolutely no influence on, tormented by ghosts of the past, we blame ourselves for making us feel this way, instead of being here and now, in a reality that may not be gentle and affectionate to us but it is the only reality we have available.

cholernie trudne / damn hard

(ENG.below) Chciałabym być mówcą motywacyjnym. Albo chociaż napisać książkę o tym, jak „zarządzać swoją chorobą” i „złapać równowagę” (taka książka o dwubiegunówce została wydana w Polsce – i całkowicie mnie zdemotywowała, bo wyszło na to, że autor doskonale sobie radzi, a ja wprost przeciwnie). Lub może niech ktoś przeprowadzi ze mną wywiad o tym, że mimo choroby można mieć fajną pracę i projekty…Ups, zapomniałam, że nie mam pracy, a projekty zależą od tego, jak się aktualnie czuję. A czuję się tak, że w zeszłym tygodniu nie zjawiłam się w atelier, a temat książki jest dla mnie tak ciężki, że przez ostatnie trzy dni nie napisałam ani zdania.  

Piszę to wszystko z miejsca frustracji i rozczarowania, bo czuję, że znów tonę. Wynurzam się na kilka godzin dziennie, maszeruję na wycieczce, uśmiecham się, jest dobrze, po czym nagle i bez przyczyny znowu chcę umierać, chcę się pociąć, chcę poddać się eutanazji bo tak mnie wszystko nieznośnie boli wewnątrz. Nie potrafię wyjść z siebie i stanąć obok, nie potrafię sięgnąć do spokojnego centrum w medytacji, nie potrafię się ukoić. Codziennie dostaję cios w twarz i czuję się już jak bokser po dwunastu rundach. A to dopiero tydzień takich intensywnych objawów.

Przyjaciółka doradza: idź do kliniki. Chryste, przecież dwa miesiące temu stamtąd wróciłam! Nie chcę tam zamieszkać na stałe. Zaciskam zęby i myślę sobie: dobra, powoli, dzień po dniu. Żadnych oczekiwań, żadnych planów, żadnych „jak mogłoby być” czy „jak powinno”. Życie z momentu na moment. Nie przywiązywanie się do niczego, bo wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Rano jestem sobą, popołudniu zwiniętą w kłębek istotą planującą własną śmierć, wieczorem znów sobą, następnego ranka roztrzęsioną galaretą, popołudniu zderealizowaną osobą niepewną tego gdzie jest i kim jest, a wieczorem już mnie nie ma bo zażyłam tyle leków, by dać się powalić i mieć spokój.

Za dwa tygodnie mam w końcu, po wielu miesiącach przerwy, zobaczyć rodziców. Zrobię absolutnie wszystko, żeby to się wydarzyło. Pójdę na nogach do Jerozolimy, wpłacę na kościół zielonoświątkowców, wystawię ołtarz bogini Shakti i pomodlę się do matki boskiej albo latającego potwora spaghetti. Wiem, miałam się nie przywiązywać. Wiem – dzień po dniu.

Tylko dlaczego to jest tak cholernie trudne.

(ENG.) I would like to be a motivational speaker. Or at least write a book on how to „manage your illness” and „catch your balance” (such a book about bipolar disorder was published in Poland – and it completely demotivated me, because it turned out that the author is doing very well, and I am quite the opposite). Or maybe someone would interview me about the fact that despite my illness I can have a nice job and interesting projects … Whoops, I forgot that I have no job and the projects depend on how I feel at the moment. I didn’t show up at the atelier last week and the subject of the book is so hard for me that I haven’t written a sentence for the last three days.

I am writing this all out of a place of frustration and disappointment because I feel like drowning again. I emerge for a few hours a day, march on a trip, smile, it is fine, then suddenly and for no reason I want to die again, I want to cut myself, I want to undergo euthanasia because everything hurts so unbearably inside me. I cannot go out of myself and stand next to me, I cannot reach the calm center in meditation, I cannot soothe myself. I get a punch in the face every day and feel like a boxer after twelve rounds. And this is only a week of such intense symptoms.

A friend advises: go to the clinic. Christ, I got back from there two months ago! I don’t want to live there permanently. I grit my teeth and think to myself: okay, slowly, day after day. No expectations, no plans, no „as it could be” or „as it should be.” Living moment by moment. Not getting attached to anything, because everything changes like a kaleidoscope. In the morning I am myself, in the afternoon a curled creature planning her own death, in the evening I am again myself, the next morning I’m an anxious jelly, in the afternoon I am a deeralized person unsure of where she is and who she is, and in the evening I am gone because I have taken enough medication to get knocked down and have a peaceful sleep.

In two weeks, after many months of break, I am finally going to see my parents. I’ll do absolutely anything to make it happen. I will walk to Jerusalem, donate to a Pentecostal church, build an altar to the goddess Shakti, and pray to the mother Mary or a flying spaghetti monster. I know, I was not supposed to get attached. I know – day after day.

Just why is it so damn hard.

akuszerka / midwife

(ENG.below) Dwa lata temu napisałam konspekt książki „Jak zwariować i przeżyć”. Wydawało mi się wtedy, że jestem uprawiona do udzielania porad w tym zakresie. Kiedy patrzę na to dzisiaj, mam w sobie albo więcej pokory, albo mniej pewności siebie; wiem jednak, że takiej książki pisać nie chcę. Potem pojawił się pomysł fabuły – pięć koleżanek poznaje się na kursie gotowania i odkrywa, że ma ze sobą więcej wspólnego, niż myślały; zakładają więc kanał „Kuchnia specjalnej troski”. Zdecydowałam jednak, że fabuła nie jest moją mocną stroną i ten pomysł też umarł śmiercią naturalną.

Od kilku dni wiedziałam, że coś się we mnie wykluwa. Nie potrafiłam tego złapać, określić; wydawało mi się tylko, że jest we mnie jakaś cisza, charakteryzująca fazę inkubacji, czyli dojrzewania pomysłów, która odbywa się w zasadzie poza udziałem świadomości. Trochę się niecierpliwiłam, bo wydawało mi się, że w zasięgu ręki mam jakieś marzenie, jakiś cel, ale nie mam pojęcia, jak go dosięgnąć.

Wtedy przyszła pomoc. Akuszerka pomysłów. Koleżanka z daleka, która pracuje jako psycholożka i czyta tego bloga. Podprowadziła mnie, pokazała możliwy kierunek działania, odpowiedziała na moje wezwanie, chociaż wcale nie musiała. Co więcej, jest gotowa przetłumaczyć książkę na zagraniczny rynek – który, jak mówi ona, niezmiernie jej potrzebuje.

Konspekt napisałam w kwadrans, tak jakby cały pomysł już dawno był w mojej głowie, czekał tylko na właściwe warunki i czas narodzin. Sformułowanie „zaufaj życiu” czy „zaufaj procesowi” nigdy nie wydało mi się bardziej trafne. Moja wdzięczność dla J. jest ogromna.

Teraz muszę uważać.

W moim stanie bardzo łatwo mi się nakręcić tak, że nie dam rady wyhamować, lub znajdę się nagle na przeciwległym biegunie bezradności i nie-czucia. Wizualizuję sobie swoją amygdalę, ośrodek emocji w mózgu, i głaszczę ją uspokajająco. Chcę się cieszyć, chcę być podekscytowana, lecz moje zaburzenie polega na dysregulacji emocji i boję się, że nie będę w stanie ich pomieścić. Pomaga mi jedzenie tego tortu po małym kawałeczku, skupienie się na idei planu i planowania, rozciąganie perspektywy na tygodnie, miesiące, myślenie w kategoriach dostosowywania tempa do wyzwania. Przychodzą medytacyjne sformułowania o cierpliwości, wyrozumiałości, akceptacji tego, co czuję, co się ze mną dzieje. Nie przywiązywania się do swoich uczuć, sięgania do świadomości, która je obserwuje i pozwala im przypływać i odpływać. Pomaga równoległe czytanie książki o mindfulness, którą staram się trawić pomalutku, wbrew mojej tendencji do pożerania wszystkiego bez przeżuwania. Tę lekturę traktuję jako medytację samą w sobie.

Łapię się też na uzależniającym przekonaniu o „byciu potrzebną”. Miód na moje serce. Jak łatwo mi wpaść w przekonanie, że mam do spełnienia ważną misję – uderzające w narcystyczny rys mojej osobowości. Zawracam więc nadmuchane myśli w miejsce „chcę po prostu napisać autentyczną książkę”. Jakie to ożywcze i uziemiające.

Teraz przede mną ćwiczenie uważności, bo chciałabym, żeby książka powstała właśnie z takiego miejsca – jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, skromnego i uważnego.

Trzymaj kciuki.

(ENG.) Two years ago I wrote an outline of the book „How to go crazy and survive”. At the time, it seemed to me that I was entitled to advise in this regard. When I look at it today, I have either more humility or less self-confidence; I know, however, that I do not want to write such a book. Then came the idea of ​​the plot – five friends meet in a cooking class and discover that they have more in common than they thought; so they set up the channel „Special Care Kitchen”. However, I decided that the plot was not my forte and this idea also died of natural causes.

For several days now I knew that something was hatching inside me. I couldn’t catch it, I couldn’t define it; it just seemed to me that there was a certain silence in me that characterizes the phase of incubation, that is, the maturation of ideas, which takes place basically outside the participation of consciousness. I was a bit impatient because it seemed to me that I had a dream or a goal within reach, but I have no idea how to reach it.

Then help came. Midwife of ideas. A friend from afar who works as a psychologist and reads this blog. She led me, showed me the possible course of action, answered my call, although she did not have to. Moreover, she is ready to translate the book into an overseas market – which, she says, is in dire need of it.

I wrote the outline in a quarter of an hour, as if the whole idea had long been in my head, waiting only for the right conditions and time of birth. The phrase „trust in life” or „trust the process” never seemed more accurate to me. My gratitude to J. is immense.

Now I have to be careful.

In my state, it is very easy for me to wind myself up so that I cannot stop, or find myself suddenly at the opposite extreme of helplessness and insensitivity. I visualize my amygdala, the brain’s emotional center, and stroke it soothingly. I want to be happy, I want to be excited, but my disorder means emotional dysregulation and I’m afraid I won’t be able to contain my feelings. It helps me to eat this pie one piece at a time, focus on the idea of ​​plan and planning, extend my perspective over weeks, months, and think in terms of adjusting the pace to the challenge. There are meditative phrases about patience, forbearance, acceptance of what I feel, what is happening to me. Not getting attached to my feelings, reaching for a consciousness that observes them and allows them to come and go. Reading a mindfulness book at the same time helps, and I try to digest it little by little, against my tendency to devour everything without chewing. I treat this reading as a meditation in itself.

I also catch the addictive notion of „being needed”. How easy it is for me to believe that I have an important mission to fulfill – striking the narcissistic trait of my personality. So I turn my inflated thoughts back to „I just want to write an authentic book”. How refreshing and grounding it is.

Now, before me is an exercise in mindfulness, because I would like the book to be created from such a place – however strange it may sound, humble and mindful.

Keep your fingers crossed.

przerażająco prawdziwy / terribly real

(ENG. below) Tak bardzo skupiłam się na zaburzeniu borderline, że prawie zapomniałam, że choruję też na chorobę schizoafektywną. Ta postanowiła w tym tygodniu zapukać do drzwi po czym otworzyć je kopniakiem. W poniedziałek – atak psychotyczny. Pytam męża kim on jest, kim jestem ja, który mamy rok, gdzie jesteśmy; czemu mówi głosem swojego kolegi i czy na pewno jest tym, za kogo się podaje. Odrealnienie, odpłynięcie w mgłę, w bezczasowość i nieistnienie. Następne dni upłynęły pod znakiem dużych wahań nastroju, od nakrętu po stany depresyjne, w których wstanie z łóżka i kąpiel są osiągnięciem. Płaczę, nie wiem dlaczego, nie ma ku temu powodu. Kolejnej nocy nie mogę zasnąć, gonitwa obsesyjnych myśli, chomik w kółku. Budzę się nakręcona i zmęczona – jednocześnie wiem, że za kilka godzin mogę się znaleźć na przeciwległym biegunie i znów nie będę miała siły się ruszyć. Szybka, ultraszybka zmiana faz.

Próbuję pośród tych wszystkich symptomów medytować. Powtarzam sobie: nie jesteś swoimi myślami, nie jesteś swoimi uczuciami, nie jesteś nawet narracją na swój temat; jesteś świadomością, która obserwuje to ze współczuciem i dobrocią. Tak ciężko mi w tym stanie złapać to spokojne centrum. Co chwilę ściąga mnie w prawo lub w lewo jakaś myśl, jakiś plan, jakiś pomysł, przekonanie, fala emocji. Usiłuję sobie pomóc wyobraźnią – obrazem liścia, który spada na dno leśnego strumienia; nad nim woda pluska i wiruje, lecz on spokojnie sobie leży, zamiast być niesionym przez wodne turbulencje. Powtarzam też medytację ze słowem kluczem – „spokojna”, na wydechu. To wszystko pozwala mi nie wikłać się całkowicie…w powierzchowną siebie. Trudne.

Tej nocy miałam koszmar senny, który wybudził mnie o północy. Największy lęk – uzasadniony lub urojony – borderlinowca, czyli porzucenie, opuszczenie przez najbliższą osobę. Długo nie mogłam się uspokoić. Bezradność ze snu, zdruzgotanie, zagubienie, ból – były koszmarnie realne. Gdy się obudziłam, nie byłam pewna, czy to sen, czy rzeczywistość. Podreptałam do kuchni, gdzie mój mąż uspokajał mnie przez następne pół godziny.

Tak więc huśtam się na huśtawce nastrojów, pogubiona w znanych przecież, a jednak za każdym razem odczuwanych jakby na nowo symptomach. Mam wrażenie, że nie da się ich oswoić. Że za każdym razem przychodzą jak nieproszony gość, niechciany, bliski, a jednak obcy, bolesny i wywołujący skurcze przerażenia i rozczarowania.

Wszyscy dookoła mówią mi: to minie. Ja na to: tak, tylko po to, by wrócić.

(ENG.) I was so focused on borderline disorder that I almost forgot that I also have schizoaffective disease. She decided to knock on the door this week and then kick it open. On Monday – a psychotic attack. I ask my husband who he is, who I am, which year it is, where we are; why he speaks in the voice of his colleague and is he really who he says he is. Becoming unreal, lost in mist, timelessness and non-existence. The following days were marked by large mood swings, from feeling turned on to depressive states in which getting out of bed and bathing is an achievement. I’m crying, I don’t know why, there’s no reason. The next night I can’t sleep, chasing obsessive thoughts, a hamster in a wheel. I wake up turned on and tired – at the same time I know that in a few hours I may be on the opposite pole and I will not have the strength to get up – again. Fast, ultrafast phase change.

I am trying to meditate in the midst of all these symptoms. I keep telling myself: you are not your thoughts, you are not your feelings, you are not even a narrative about yourself; you are the consciousness that watches this with compassion and kindness. It’s so hard for me to catch this quiet center in this state. Every now and then I am drawn to the right or left by a thought, a plan, an idea, a conviction, a wave of emotions. I try to help myself with my imagination – with the image of a leaf falling to the bottom of a forest stream; above it, the water splashes and swirls, but it lies still, instead of being carried by the water turbulence. I also repeat the meditation with the key word – „calm”, exhaling. All this allows me not to become completely kidnapped by… superficial me. It’s hard to do.

That night I had a nightmare that woke me up at midnight. The greatest fear – justified or imaginary – of a borderliner, i.e. abandonment by the closest person. It took me a long time to calm down. Helplessness from this dream, devastation, confusion, pain – they were terribly real. When I woke up, I wasn’t sure if it was a dream or a reality. I dragged myself to the kitchen where my husband tried to calm me down for the next half hour.

So I am swinging on a mood swing, lost in the symptoms that are known, yet feel so new every time. I have the impression that it is impossible to tame them. That each time they come as an uninvited guest, unwanted, close, yet strange, painful and inducing fear and disappointment.

Everyone around tells me: it will pass. I say: yes, just to come back.

chmury na niebie / clouds in the sky

(ENG.below) Nie musisz się zmieniać. Jesteś już kompletna. Wystarczy, że dotrzesz do swojego centrum, do świadomości myśli i emocji, która jest jak niebo – a one – jak chmury na tym niebie. Obejmij siebie współczuciem i dobrocią. A potem rozszerz je na swoje bliskie otoczenie, później dalsze, następnie – cały świat.

Brzmię jakbym zwariowała, prawda? Odkleiłam się od rzeczywistości! Jakby to był kolejny epizod psychotyczny.

A nie jest. Poza tym, zwariowałam już dawno temu.

Zapamiętałam się po prostu w praktyce medytacji i mindfulness. A że lubię się uczyć nowych rzeczy, chłonę je jak gąbka. Zamykam oczy i jestem w spokojnym świecie własnego oddechu i bicia serca. Przez większość czasu już nie targana emocjami, choć oczywiście wciąż mi się to zdarza – że ciężko mi je pomieścić. Jak wczoraj. Okazało się, że na przełomie czerwca i lipca moje prace biorą udział w czterech wystawach w trzech różnych miastach. Zupełnie bez sensu wzięłam na siebie odpowiedzialność za to, by „dobrze wypaść”. A przecież są od tego kuratorzy i organizatorzy…W zasadzie nic nie muszę robić, no, może zaproponować jakiś wybór prac. Jednakże moja potrzeba bezpieczeństwa – realizowana przez strategię kontrolowania wszystkiego w duchu obsesyjno-kompulsywnym – wzięła wczoraj górę, i nawet krótkie medytacje w ciągu dnia na niewiele się zdały. Czy już wspominałam, że w testach robionych w klinice na skali zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych osiągnęłam wysoki wynik?…

Dziś jest jednak nowy dzień i jestem dużo spokojniejsza. Może dlatego, że rano wzięłam udział w prowadzonej przez Jona Kabat-Zinna medytacji – wytrzymałam kwadrans – i jakoś lepiej osadziłam się w sobie. Oczywiście, nie mam pewności, że nowe praktyki zostaną ze mną na dłużej. Może wrócę do swojego dramatu, do uwikłania w swoje symptomy, skonfliktowanych emocji, lęku i napięcia, cierpienia. Taki scenariusz też jest możliwy. Na razie jednak łapię się na swoich zmartwieniach możliwą przyszłością i staram się je puszczać jak łódeczki na rzece. Bo teraz, w tej chwili – jestem spokojna. A tylko bycie teraz jest byciem naprawdę. Reszta to chmury na niebie.

(ENG.)

You don’t have to change yourself. You are complete as you are now. It is enough for you to reach your center, to the awareness of thoughts and emotions, which is like the sky – and they are like the clouds in this sky. Embrace yourself with compassion and kindness. And then extend it to your immediate surroundings, then further, then – to the whole world.

I sound like I’m crazy, right? As if it were another psychotic episode.

But it is not. Besides, I became crazy a long time ago.

I just totally fell for practicing meditation and mindfulness. And since I like to learn new things, I absorb them like a sponge. I close my eyes and am in the tranquil world of my own breathing and heartbeat. Not tormented by emotions, although of course it still happens – that it’s hard for me to contain them. Like yesterday. It turned out that in June and July my artworks take part in four exhibitions in three different cities. Completely pointless, I took responsibility for „looking good”. And yet there are curators and organizers who take care of this … In fact, I don’t have to do anything, well, maybe I can propose a selection of works. However, my need for security – pursued by the strategy of controlling everything in an obsessive-compulsive spirit – prevailed yesterday, and even brief daytime meditations were of little use. Did I mention that I scored high on the Obsessive Compulsive Disorder Scale Tests at the clinic? …

But today is a new day and I am much calmer. Maybe because in the morning I took part in a meditation led by Jon Kabat-Zinn – I managed to participate for a quarter of an hour – and somehow settled into myself better. Of course, I am not sure that the new practices will stay with me for longer. Maybe I will return to my drama, to being entangled in my symptoms, conflicting emotions, anxiety and tension, suffering. This scenario is also possible. For now, however, I catch my worries about the possible future and try to let them go like paper boats on the river. Because now, right now – I am calm. And just being now means really “being”. The rest are clouds in the sky.

trochę dziwaczna / a bit weirdo

(ENG.below) To niebywałe, ile 5mg – malutka tableteczka – może czynić różnicy. Jestem spokojniejsza, na tyle, że nie zaczęłam nowej przyjaźni z uspokajającym antydepresantem. Schudłam dwa kilo w ciągu tygodnia – mam dużo mniejszy apetyt i nagle zerowy na słodycze. Mimo obaw, nie włączyły się objawy psychotyczne ani działania impulsywne. Funkcjonuję całkiem nieźle.

Oczywiście, jest i ale, jak to w psychiatrii. Przyszły wyniki testów, jakie robiono mi w klinice. Okazało się, że nie tylko wykazuję symptomy zaburzenia typu borderline, ale i wysoko wypadłam na skalach kilku innych zaburzeń. Kiedy otrzymałam feedback, byłam załamana. Jak jeszcze bardziej zaburzonym można być?! Co – jeszcze – może się we mnie spierdolić? Czy naprawdę nie ma we mnie żadnej zdrowej części?…Wściekła, smutna, przestraszona. A potem powoli zaczęłam oswajać tę informację i przyjmować tyle, ile jestem w stanie przyjąć. Mam różnorodną osobowość. W różny, czasem nie najlepszy sposób staram się przystosować do otaczającej mnie rzeczywistości. Moja wrażliwość wykracza poza skalę, podobnie jak moja emocjonalność, a pozostałe rysy osobowości są próbami jej zmieszczenia w świecie, który nie za bardzo jest dla wrażliwych. Bywam zbyt skoncentrowana na sobie, ale potrafię też być empatyczna – przynajmniej tak twierdzą moi przyjaciele. Lubię porządek, ale nie poświęcam mu obsesyjnie większości swojego czasu. Kontrola jest dla mnie bardzo ważna, czuję się bezpiecznie, gdy mam strukturę i plan, ale w twórczości zwykle improwizuję. Jestem bardzo blisko związana z moim mężem, lecz potrafię też funkcjonować niezależnie od niego – pisać, malować, tworzyć. Owszem, mam czasem dziwaczne myśli i dysocjacje, ale na co dzień nie jestem paranoidalna. Tak więc z miejsca „jestem chora jak ja pierdole” przesunęłam się powoli do miejsca „cierpię na zaburzenie typu borderline, a dodatkowo mój charakter jest dość specyficzny”. Tak lepiej. Łatwiej mi to strawić.

Pożegnalne słowa od ordynatorki z kliniki brzmiały: „proszę siebie i swojego stanu nie patologizować”. Tak więc – nie zamierzam.

Jak mawia mój mąż, może i jestem trochę dziwaczna, ale mam dobre serce. Ha!

It is incredible how much 5 mg – a tiny pill – can make a difference. I’m calmer enough that I haven’t started a new friendship with the sedative antidepressant. I lost two kilos in a week – my appetite is much smaller and suddenly zero for sweets. Despite the fears, neither psychotic symptoms nor impulsive actions were triggered. I function pretty well.

Of course, there is also but, as is always the case in psychiatry. The results of the tests done for me at the clinic came back. It turned out that I not only show symptoms of borderline disorder, but also scored high on the scales of several other disorders. When I got the feedback, I was devastated. How even more disturbed can you be?! What – else – can be fucked up in me? Is there really no healthy part of me? … Furious, sad, scared. And then I slowly began to tame this information and take as much as I can accept. I have a diverse personality. I try to adapt to the reality around me in various, sometimes not the best ways. My sensitivity is out of scale, as is my emotionality, and the rest of my personality traits are attempts to fit them into a world that is not very kind to sensitive people. I can be too self-centered, but I can also be empathetic – at least that’s what my friends say. I like order, but I don’t obsessively devote most of my time to it. Control is very important to me, I feel safe when I have structure and plan, but in my creativity I usually improvise. I am very closely bonded with my husband, but I can also function independently of him – write, paint, create. Yes, I do have bizarre thoughts and dissociations sometimes, but I’m not paranoid on a daily basis. So from „I’m sick as fuck” I moved slowly to „I have borderline disorder, plus my character is quite specific.” That’s better. It’s easier for me to digest it.

The farewell words from the head of the clinic were: „Please do not pathologize yourself and your condition.” So – I’m not going to.

As my husband says, I may be a bit of a weirdo, but I have a good heart. Ha!

uspokajanie / calming down

(ENG.below) Czytam i czytam i nadziwić się nie mogę, ile strategii radzenia sobie z niepokojem już wymyślono. Każdego dnia przeżywam niepokój graniczący z paniką. Wyłączyliśmy już jeden lek, który – być może, jak to zwykle w psychiatrii, nie na pewno – mógł się przyczyniać do wzrostu napadów lękowych. Trochę pomogło. Od środy włączamy natomiast nowy, uspokajający antydepresant. Tak więc znów, po raz trzysta trzydziesty piąty, biorę udział w loterii medykamentów.

Uspokajające techniki, które może i tobie mogą się przydać – moje ulubione – to:

  1. Oddech ze słowem kluczem, mający na celu szybką relaksację mięśni: wdech – na wydechu powtarzasz w głowie słowo-klucz (ja wybrałam „spokojna”). I tak przez dwie minuty. Działa.
  2. Oddech z zatrzymaniem: wdech do brzucha, zatrzymanie na pięć sekund, długi wydech ustami.
  3. Wizualizacja bezpiecznego miejsca: prawdziwego lub wyobrażonego. Z tym było mi na początku trudno. Każde miejsce wydawało mi się potencjalnie niebezpieczne. W końcu jednak utkałam z wyobraźni moje własne, istniejące tylko w mojej głowie, sekretne bezpieczne miejsce, i tam się udaję, by się uspokoić i zregenerować.
  4. Afirmacje: nie znoszę afirmacji, ale znalazłam takie, które brzmią realistycznie i wspierająco; nie są życzeniowe ani nadęte. „Przetrwałam już wiele kryzysów, przetrwam i ten.” „Moje emocje przychodzą i odchodzą, nie muszę się do nich przywiązywać.” „Jestem silna, potrafię przetrwać trudności”. „Nie jestem doskonała, mam swoje trudne strony, ale jestem dobrym człowiekiem.”
  5. Radykalna akceptacja: to prawdziwe wyzwanie; zamiast niezgody na stan, w którym jestem, pogodzenie się z tym, że TERAZ tak właśnie się czuję. Przynosi spokój, zapewniam.
  6. Podłączenie się do „czegoś większego”: mnie pomaga przypomnienie, że jestem częścią natury, tak jak ona podlegam cyklom i zmianom; jestem częścią wszechświata i mam w nim swoje miejsce.

Szukam jednocześnie nowej nazwy dla mojego bloga – jako że zmieniła się moja diagnoza, nie chciałabym wprowadzać w błąd czytelników, że blog poświęcony jest chorobie dwubiegunowej. Tak było, lecz już nie jest – aktualnie skupiam się na zaburzeniu związanym z dysregulacją emocji, czyli borderline. Jeśli masz jakiś pomysł na nową nazwę, daj znać w komentarzu.

Powodzenia w uspokajaniu!

I’ve been reading and reading, and I am amazed at how many strategies for dealing with anxiety have already been discovered and used. Every day I experience anxiety at the edge of panic. We have already turned off one medication that, perhaps, as is usual in psychiatry, not for sure, may have contributed to the increase in anxiety attacks. It helped a little. Starting on Wednesday, however, we will include a new, calming anti-depressant. So again, for the three hundred and thirty-fifth time, I’m in the medication lottery.

Calming techniques that you also may find useful – my favorite – are:

1. Breathing with a keyword, aimed at quick muscle relaxation: inhale – when you exhale, you repeat the keyword in your head (I chose „calm”). And so for two minutes. It works.

2. Breathing with hold: inhale into abdomen, hold for five seconds, long exhale through mouth.

3. Visualization of a safe place: real or imagined. It was difficult for me at first. Every place seemed potentially dangerous to me. In the end, however, I imagined my own secret safe place, existing only in my head, and there I go to calm down and recuperate.

4. Affirmations: I hate affirmations, but I found ones that sound realistic and supportive; they are not wishful or puffed up. „I have survived many crises, I will survive this too.” „My emotions come and go, I don’t have to get attached to them.” „I am strong, I can endure difficulties.” „I’m not perfect, I have my hard sides, but I’m a good person.”

5. Radical acceptance: this is a real challenge; instead of disagreeing with the state I am in, accepting that this is what I feel NOW. Brings peace, I assure you.

6. Connecting to „Something Greater”: It helps to remind to myself that I am part of nature as I am subject to cycles and changes; I am part of the universe and I have my place in it.

I am also looking for a new name for my blog – as my diagnosis has changed, I would not like to mislead readers that the blog is about bipolar disorder. It was, but it is no longer – I’m currently focusing on borderline disorder. If you have any idea for a new name, let me know in the comment.

All the best with calming down!

miłość, która ocala / love that saves

(ENG.below)

Obchodziliśmy z mężem wczoraj dwunastą rocznicę ślubu. Dlaczego piszę o tym na blogu poświęconym zaburzeniom psychicznym? 

Po pierwsze, kiedy się pobraliśmy, nie byłam chora. Byłam zupełnie zdrowa. Podróżowaliśmy, nurkowaliśmy, wspinaliśmy się, świetnie się razem bawiliśmy. W momencie pierwszego ataku nie wiadomo było, jak dalej rozwinie się choroba, jakie będą prognozy. Później przez jakiś czas było znośnie, potem coraz, coraz gorzej, aż do codziennych ataków.

Moim zdaniem każdego dnia mój mąż ma wybór: zostać – albo zniknąć. Są dni, kiedy ma dość. Są dni, kiedy musi wyjść z domu, bo sam by oszalał. Są takie, w których musi mnie pilnować, mówić do mnie, przekonywać, uzasadniać, że warto żyć, że jestem warta życia. Był taki czas, kiedy złamałam mu serce. A może łamię je za każdym razem, gdy planuję samobójstwo. Tylko on ma kluczyk do sejfu z lekami. On jest pierwszym emergency, które uruchamiamy, gdy jest źle. Takie życie kosztowało go już miesiące depresji, stany lękowe i nerwicowe, problemy ze snem i odżywianiem. 

W naszym małżeństwie czas chorobowy przerósł już czas zdrowy; jesteśmy dłużej razem w chorobie. A jednak mimo wszystko on mówi do mnie codziennie: kocham cię. Mówi: nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Jesteś mądra, błyskotliwa, piękna, zabawna, twórcza, czuła. I wtedy ja się rozjaśniam, widząc swoje odbicie w jego oczach, i świat staje się na chwilę lepszy i bezpieczniejszy. Co ciekawe, jemu też się przy mnie łatwiej zasypia. 

Wiesz, wielu z nas, chorych, nie ma przy sobie najbliższej osoby, bo naprawdę ciężko z nami żyć – w roli ukochanego-opiekuna czy ukochanej-opiekunki. Nie każdy jest w stanie taką rolę unieść, nie każdy chce, nie każdy ma do niej przygotowanie czy predyspozycje. A jednak gdy zakładamy miłosne soczewki, widzimy POPRZEZ chorobę – osobę, nie jej zaburzenie. I to tę osobę kochamy, niezależnie od jej ciężaru, a może właśnie i z nim. 

Jestem kochana i to mnie wspiera, cieszy – i ratuje. 


(ENG.) Yesterday, my husband and I celebrated our twelfth wedding anniversary. Why am I writing about this on a mental disorder blog?

First, when we got married, I wasn’t sick. I was completely healthy. We traveled, we dived, we climbed, we had a great time together.At the time of the first attack, it was not known how the disease would develop further, what the prognosis would be. Later it was tolerable for a while, then it got worse and worse, until the daily attacks.

In my opinion, every day my husband has a choice: to stay – or disappear. There are days when he has enough. There are days when he has to leave the house because he would go mad himself. There are those in which he has to look after me, talk to me, convince me, justify that life is worth living, that I am worth living. There was a time when I broke his heart. Or maybe I break it every time I plan to kill myself. Only he has the key to the safe with medicines. He’s the first emergency we trigger when it’s going wrong. Such a life has cost him months of depression, anxiety and neurosis, problems with sleep and eating.

In our marriage, the time of sickness has already exceeded the healthy time; we are sick together for longer.

And yet, despite everything, he says to me every day: I love you. He says: I can’t imagine my life without you. You are smart, brilliant, beautiful, funny, creative, tender. And then I brighten up, seeing myself reflected in his eyes, and the world becomes better and safer for a moment.Interestingly, he also falls asleep more easily by my side.

You know, many of us, the sick, do not have the closest person in our lives, because it is really hard to live with us – as a beloved-caretaker. Not everyone is able to take on such a role, not everyone wants to, not everyone has preparation or predispositions for it. Yet when we put on the love lenses, we see THROUGH the disease – the person, not the disorder. And we love this person, regardless of their burden, and maybe even with it.

I am loved and it supports me, makes me happy – and saves me.

kocha, lubi, gardzi / loves, likes, despises

(ENG.below) I znów taniec z chorobą: trzy kroki do przodu, dwa kroki wstecz. Mój psychiatra zawsze mawia, że powinnam sobie oszczędzać zarówno zbyt intensywnych przeżyć negatywnych, jak i pozytywnych. To ostatnie nie brzmi zdroworozsądkowo, a jednak – wczoraj doświadczyłam sporo emocji pozytywnych, których nie byłam w stanie pomieścić w sobie. Z minuty na minutę czułam się coraz bardziej rozdygotana, a mój mąż niestety (na szczęście dla niego) miał w tym czasie gości – usiłowałam więc sobie pomóc sama. Włączyłam wszystkie znane strategie, ale było tylko gorzej, bo wróciły do mnie wspomnienia związane z tym, że cierpię i jestem w tym sama; inni się w tym czasie bawią. Próbowałam przemawiać do swojej dorosłej części, ale było to jak krzyczenie pod wiatr za kimś, kto znajduje się naprawdę bardzo daleko. Zaczęłam się trząść, przypłynęły myśli samobójcze, a napięcie było tak ogromne, że wydawało mi się, że rozładuję je tylko zadając sobie fizyczny ból. Rozsadzało mnie od środka. Wzięłam Lorazepam, potem drugi. Ten uspokoił mnie na tyle, że potrafiłam skorzystać ze strategii „relaksująca kąpiel”, nie bojąc się już, że będę miała impuls samobójczy w wannie.

Osoby z zaburzeniami ze spektrum borderline panicznie boją się samotności i odrzucenia. Jak rekin, który wyczuwa kropelkę krwi na mile, tak one interpretują „zwyczajne” dla ludzi zdrowych sytuacje jako dramat odtrącenia, samotności i ogromnej pustki, której panicznie się boją. Błyskawicznie regresują do stanu dziecka, które przerażone wyciąga ręce, ale łapie tylko powietrze. To wzmacnia tylko symptomy i znajdują się w błędnym kole lęku przed wyimaginowanym odrzuceniem i lęku przed samą sobą, bo w tym stanie zdolne są niemal do wszystkiego, by poradzić sobie z napięciem.

Czytam ostatnio książki o borderline i są jak lustro – nie w każdym aspekcie, ale w wielu. Dysregulacja emocji – tak, zdecydowanie; odczuwanie wszystkiego mocniej, niż inni; porwanie przez emocje; regresowanie; paniczny lęk przed odrzuceniem i poczucie wewnętrznej pustki. Ostatnio utknęłam na ćwiczeniu „rzeczy, które w sobie kochasz”. Nie potrafiłam wymyśleć absolutnie nic. Słowo „kochasz” wydało mi się całkowicie nieadekwatne w opisie mojej relacji z samą sobą. „Lubię” brzmi łatwiej, ale i tak niełatwo. „Rzeczy, których się w sobie boję, którymi gardzę i które odrzucam” – o, takie ćwiczenie przyszłoby mi z łatwością. I tu znów odzywa się BPD (bordeline personality disorder) i propozycja autorów książki, by jednak szukać i drążyć, i znaleźć – choćby jedną rzecz, za którą się kochamy.

To naprawdę trudne ćwiczenie.

And… dancing with the disease again: three steps forward, two steps back. My psychiatrist always says that I should spare myself both overly intense negative and positive experiences. The latter does not sound common sense, and yet – yesterday I experienced a lot of positive emotions that I was not able to contain inside myself. Every minute I felt more and more shaky, and my husband, unfortunately (fortunately for him), had guests at that time – so I tried to help myself. I turned on all the known strategies, but it only got worse because the memories of suffering and being alone in it came back to me; others are having fun at the time. I tried to speak to my adult part, but it was like shouting into the wind for someone who is really far away. I started to tremble, suicidal thoughts surged, and the tension was so great that I thought I could only relieve it by giving myself physical pain. I was bursting from the inside. I took Lorazepam, then another. This calmed me down enough that I was able to use the „relaxing bath” strategy, not being afraid any longer that I would have a suicide impulse in the bathtub.

People with borderline disorder fear loneliness and rejection. Like a shark that senses a drop of blood for miles, so they interpret „ordinary” situations for healthy people as a drama of rejection, loneliness and a huge emptiness that they fear. They instantly regress to the state of a child who, frightened, stretches out her arms, but only grasps air. This only strengthens the symptoms, and they are in the vicious cycle of fear of imaginary rejection and fear of themselves, because in this state they are capable of almost anything to deal with the tension.

I have been reading books on borderline recently and they are like a mirror – not in every aspect, but in many. Emotional dysregulation – yes, definitely; feeling everything stronger than others; kidnapped by emotions; regressing; panic fear of rejection and a feeling of emptiness inside. Recently, I got stuck practicing „the things you love about yourself.” I couldn’t think of anything. The word „love” seemed to me to be completely inadequate in describing my relationship with myself. „Like” sounds easier, but still not easy. „Things I fear about myself, which I despise and reject” – oh, such an exercise would come easily to me. And here again comes BPD (bordeline personality disorder) and the proposition of the authors of the book to search and drill down and find – at least one thing for which we love ourselves.

This is a really hard exercise.