pusto / empty

(ENG.below) Skończyły się przesłuchania, spotkania, gale, wystawy…mój psychiatra zapowiadał mi już w zeszłym tygodniu, że na ile mnie zna, pustka po tych wydarzeniach będzie dla mnie większym stresorem niż cały ten wymagający maraton. Od kilku dni jestem niestabilna. Mam momenty, w których odpływam od rzeczywistości; nie jestem pewna, co się dzieje naprawdę, a co jest tylko iluzją. Miewam stany urojeniowe, które na szczęście nie rozwijają się w pełny atak psychotyczny. Dochodzą do tego fazy niepokoju; codziennie biorę Lorazepam. Kilka godzin w ciągu dnia funkcjonuję zwyczajnie, idę na spacer, jadę na wycieczkę…jednak na moich zdjęciach nie widać, że – by być w stanie wyjść z domu bez drgawek lękowych – wzięłam już jedną tabletkę na uspokojenie, a lek antypsychotyczny mam w plecaku. Urojenia nie wybierają sobie bowiem okoliczności.

Kończę pisanie książki, która ma się ukazać w przyszłym roku. Dziś poprawiałam ją po raz czwarty. Nie wiem, czy usiłuję dążyć do jakiegoś idealnego, nieistniejącego rezultatu, zamiast pamiętać, że książka to tylko pewna fotografia zrobiona w danym momencie w czasie, i wystarczy że będzie dostatecznie dobra. Może za rok napisałabym ją inaczej, może nawet i lepiej; lecz w tej chwili jest w porządku w takiej a nie innej formie. Za kilka dni przecież i tak będę musiała się z nią rozstać, wysyłając ją wydawnictwu. To trochę jak z rysowaniem – trzeba wiedzieć, poczuć, kiedy rysunek jest skończony. Ta książka jakoś mimo wszystko nie chce się…zakończyć. Być może najzwyczajniej w świecie ciężko mi się z nią rozstać, bo od kilku miesięcy zapewniała mi kilka godzin aktywności tygodniowo? Boję się tego, jaka luka we mnie pozostanie, gdy ją w końcu wyślę. Oczywiście, później będzie korekta, wybór ilustracji, okładki, i tak dalej…sama próbuję się tymi myślami uspokajać. Lęk przed pustką wydaje się jednak większy. Znam ten lęk i znam tę pustkę. Budują napięcie, które ciężko rozładować.

Przez najbliższy czas będę więc musiała zająć się sobą jak najlepszy rodzic z możliwych. Może pobawimy się w…wakacje? Odpoczywamy, robimy to, co nam sprawia przyjemność, oddychamy, spacerujemy, pływamy, rozmawiamy z przyjaciółmi.

Wewnętrzny Krytyk: pustka i tak cię dopadnie, nie dasz rady.

Opiekuńczy Rodzic: ona zawsze daje sobie radę.

The auditions, meetings, galas, exhibitions are over…my psychiatrist already announced to me last week that as far as he knows me, the void after these events will be a bigger stressor for me than all this demanding marathon. I have been unstable for the past few days. I have moments where I drift away from reality; I am not sure what is really happening and what is just an illusion. I have delusional states which, fortunately, do not develop into full psychotic attacks. There are also phases of anxiety; I take Lorazepam daily. I function normally for a few hours during the day, I go for a walk, I go on a trip… but what you don’t see in my photos is that, in order to be able to leave the house without having anxiety attacks, I have already taken a tranquilliser and I have an antipsychotic in my backpack. Because delusions can come in any circumstances.

I am finishing writing a book to be published next year. Today I revised it for the fourth time. I don’t know if I am trying to strive for some perfect, non-existent result, instead of remembering that a book is just a certain photograph taken at a certain moment in time, and all it needs is to be good enough. Maybe in a year’s time I would have written it differently, maybe even better; but at the moment it is fine in this form and not another. In a few days’ time I’ll have to part with it anyway, sending it off to the publisher. It’s a bit like drawing – you have to know and feel when the drawing is finished. This book somehow doesn’t want to…end. Maybe it’s just hard for me to part with it, because it has provided me with several hours of activity a week for several months? I am afraid of what gap will be left in me when I finally send it away. Of course, then there will be the proofreading, the choice of illustrations, the cover, and so on…I try to reassure myself with these thoughts. The fear of emptiness, however, seems greater. I know that fear and I know that emptiness. They build up a tension that is hard to relieve.

So for the next little while, I’m going to have to take care of myself like the best parent possible. How about we play…holiday? We relax, do what makes us happy, breathe, walk, swim, talk to friends.

Inner Critic: the emptiness will get you anyway, you won’t cope.

Caring Parent: she always copes.

misja / a mission

(ENG.below) Zakończyły się grupowe przesłuchania do mojej sztuki teatralnej. Kosztowały mnie dużo energii – i żalu. Odkryłam, że stereotypy na temat osób psychicznie chorych mają się doskonale. W scenie grupowej, gdy aktorzy mają odgrywać pacjentów kliniki psychiatrycznej, zachowują się doprawdy kuriozalnie; zaśmiewają się bez sensu, drapią, wiercą, wiją, mówią podniesionym głosem. Tymczasem pośród kilkuset osób, jakie poznałam w klinikach psychiatrycznych może kilkanaście mogłoby zachowywać się w tej sposób – i to wyłącznie na oddziale interwencyjnym. Większość z nas próbuje przetrwać w głębokiej depresji, otoczona przez intruzywne myśli samobójcze, załamana – bo znów się nie udało tam, „na zewnątrz”, bo się pocięłam, bo połknąłem za dużo tabletek, bo napisałam już list pożegnalny, bo upiłam się tak, że upadając na podłogę zmiażdżyłam sobie twarz, bo potrzebuję odwyku. Jesteśmy głównie spokojni i przygnębieni. Oczywiście zdarzają się też „kolorowi” pacjenci, Jezus, Mahomet, dlaczego podają mi leki, jestem przecież zupełnie zdrowy; maszty telekomunikacyjne wpływają na moje myśli; to spisek tutaj, w klinice, a ze mną wszystko jest w porządku; wypuśćcie mnie do domu…Jest ich jednak zdecydowana mniejszość. Być może wynika to z tego, że depresja wciąż trzyma się mocno i stanowi najczęstszą przyczynę poszukiwania pomocy – i hospitalizacji. Pacjenci maniakalni nie zamkną się przecież w szpitalu, bo są w najcudowniejszym okresie swojego życia. A psychotyczni – nie wiedzą, że są psychotyczni.

Ustaliliśmy z teatralną ekipą produkcyjną, że próby zaczniemy od spotkania ze mną. Chcę powiedzieć aktorom: zapomnijcie o wszelkich wyobrażeniach, jakie macie na temat chorych psychicznie. Zamiast tego spójrzcie na mnie. Czy zgadlibyście, że jestem chora? Wkrótce zagracie w mojej sztuce, która podobno jest wciągająca i dość niezwykła. Możecie, między próbami, wpaść na wystawę moich obrazów. W przyszłym roku ma ukazać się moja książka. Robię to wszystko POMIMO choroby, WŚRÓD choroby, Z chorobą. I co wy na to?

Jestem przejęta tym spotkaniem. Mam jednak nieśmiałe poczucie misji – zmieniać stereotypy dotyczące chorób i chorych psychicznie, poczynając od grupy teatralnej a na publiczności skończywszy.

Zobaczymy, jak mi pójdzie.

The group auditions for my play have ended. They cost me a lot of energy – and grief. I discovered that stereotypes about mentally ill people are perfectly common. In the group scene, when the actors are supposed to play the patients of a psychiatric clinic, they behave in a truly bizarre way; they laugh without any sense, scratch, squirm, wriggle and speak in a raised voice. However, among the several hundred people I have met in psychiatric clinics, maybe a dozen could behave in this way – and mostly only in the acute ward. The majority of us are trying to survive in deep depression, surrounded by intrusive suicidal thoughts, broken down – because we failed again out there, „outside”, because I cut myself, because I swallowed too many pills, because I already wrote a goodbye letter, because I got so drunk that I crushed my face when I fell on the floor, because I need rehab. We are mostly quiet and depressed. Of course, there are also „coloured” patients, Jesus, Mohammed, why are they giving me drugs, I’m perfectly healthy after all; the telecommunication masts are affecting my thoughts; it’s a conspiracy here in the clinic, and everything is fine with me; let me go home…But there is a definite minority of them. Perhaps this is because depression still holds firm and is the most common reason for seeking help – and hospitalisation. Manic patients, after all, will not lock themselves in hospital because they are in the most wonderful time of their lives. And psychotic ones – they don’t know they’re psychotic.

We agreed with the theatrical production team that rehearsals would begin with a meeting with me. I want to say to the actors: forget any ideas you have about the mentally ill. Instead, look at me. Would you have guessed that I am ill? You are about to star in my play, which is said to be engaging and quite unusual. You can, between rehearsals, drop in to see an exhibition of my paintings. My book is due to be published next year. I’m doing all this IN SPITE of the illness, WITH the illness, AMONG the symptoms. And what do you think about it now?

I am excited – and concerned – about this meeting. But I have a tentative sense of mission – to change stereotypes about illness and the mentally ill, starting with a theatre group and ending with the audience.

We’ll see how it goes.

sprzedam mózg / brain for sale

(ENG.below) Jestem sobą – nie jestem sobą. Jestem – nie ma mnie. Jestem jakaś, za chwilę zupełnie inna. Mówię głośno – ledwo mówię. Pływam – nie mam siły chodzić. Bryluję w towarzystwie – planuję samobójstwo. Wszystko to nie w przeciągu tygodni, nie dni…ale godzin.

Chcę zapuścić włosy – chcę obciąć włosy. Chcę wyjść z domu – nie mam siły wyjść z domu. Wiem, że rysowanie mi pomoże – nie mam siły sięgnąć po flamaster. Wskakuję do zimnej rzeki – trzy godziny później zalewam się łzami. Próbuję robić ćwiczenia oddechowe – jestem smutna, że oddychanie jest automatyczne. Cieszę się ogromnie, uśmiecham całą sobą, pozuję do zdjęć – dwie godziny później chcę skoczyć z balkonu.

Nie wiem już, która ja to ja. Czy w ogóle jest jakaś ja? Gdzie moje sedno, ziarno mnie? Dlaczego tak się męczę, tak mną szarpie, tak mną miota; moja łódeczka podczas sztormu, canoe mojego ciała z trudem unosi się na falach, lecz mimo wszystko wciąż nie tonie. Nie wczoraj, nie dziś, a więc może i nie jutro?…

Ultraszybka zmiana faz, ta przeklęta odmiana choroby dwubiegunowej. Dysregulacja emocji, ten powykrzywiany, połamany mózg, który najchętniej sprzedałabym do lombardu; może znalazłby się kolekcjoner zepsutych mózgów, a ja dostałabym w końcu rentę i mogła sobie kupić nowy. Lśniący, kolorowy, niezawodny mózg.

I znów chce mi się płakać, głównie nad sobą. Cierpienie ma wiele twarzy, podobnie jak szczęście, za którym w moim życiu drepta nieubłaganie nieszczęście; podobnie jak wysiłek, którego nie widzi nikt poza moim wiernym mężem, pytającym co chwilę „jak mogę ci pomóc? co mogę dla ciebie zrobić? czego teraz potrzebujesz?”

Nie wiem, ja nie wiem. Za chwilę przecież mogę potrzebować czegoś wręcz przeciwnego. Skoro nie czuję ja, nie wiem, co jest w tej sytuacji dla mnie dobre.

A jednak. Szuram jak paralityk i siadam przy biurku, po dwóch Lorazepamach, bo chciałam sobie zrobić krzywdę. Siadam i rysuję.

I jest lepiej.

Na jak długo? Może do wieczora, może do jutra? A może tylko na chwilę.

I am me – I am not me. I am – I am not. I am one version of me, in a moment a completely different one. I speak loudly – I barely speak. I swim – I can’t walk. I am celebrating – I am planning suicide. All this not within weeks, not days…but hours.

I want to grow my hair – I want to cut my hair. I want to leave the house – I don’t have the strength to leave the house. I know drawing will help me – I don’t have the strength to reach for a marker. I jump into a cold river – three hours later I am in tears. I try to do breathing exercises – I am sad that breathing is automatic. I enjoy myself immensely, smile with my whole self, pose for photos – two hours later I want to jump off the balcony.

I don’t know which me is me anymore. Is there any me at all? Where is my core, the seed of me? Why am I so tired, why am I so torn, so tossed about; my boat in the storm, the canoe of my body struggling to float, but still not sinking. Not yesterday, not today, so maybe not tomorrow either….

An ultra-fast change of phases, this cursed type of bipolar disorder. Dysregulation of emotions, this twisted, broken brain that I would love to sell to a pawnshop; maybe there would be a collector of broken brains and I would finally get a pension and be able to buy a new one. A shiny, colourful, reliable brain.

And again I want to cry, mostly over myself. Suffering has many faces, as does happiness, followed inexorably by misery in my life; as does effort, which no one sees except my faithful husband, who asks every now and then „how can I help you? what can I do for you? what do you need right now?”

I don’t know, I don’t know. After all, I may need the opposite in a moment. Since I don’t feel “me”, I don’t know what is right for me in this situation.

And yet. I shuffle like a paralytic and sit down at my desk, after two miligrams of Lorazepam, because I wanted to hurt myself. I sit down and draw.

And it gets better.

For how long? Maybe until tonight, maybe until tomorrow? Or maybe just for a while.

ocean oddycha / the ocean breathes

(ENG.below) Huśtam się na huśtawce nastrojów, ruch tak bardzo mi znany, a jednak wciąż pobolewa, jak niewygodny ząb. Wczoraj popołudniu – tryb zombie. Leżę w łóżku i gapię się w sufit, tak, jakby stamtąd miał przyjść jakiś przełom. Przychodzą tylko myśli samobójcze. Mąż: weź Lorazepam, tylko się nie zapadaj…Tabletka pomaga. I oczywiście nowa farba do włosów, popielaty blond. Takiego odcienia jeszcze nie miałam…

Mój nastrój nie zmienia się już w ciągu dni, tylko w ciągu godzin. Nie mam pojęcia, jaka będę popołudniu, co dopiero wieczorem, mimo, że wstaję pełna energii i pomysłów. Za kilka godzin mogę nie mieć siły chodzić, mówić. Nic nie mogę z tym zrobić, nie mogę z tym walczyć. Podwyższenie balansera nastrojów, Lamotryginy, na razie nie wchodzi w grę – mój organizm mocno reaguje na podwyższoną dawkę, czerwonymi, rozlanymi plamami na szyi; znak ostrzegawczy. Nie mam czym się ratować, poza sprawdzoną strategią: nie nakręcać się – nie zapadać się. Szukać drogi środka. Tyle to kosztuje energii…jak się wypośrodkować, gdy siły odśrodkowe są tak intensywne?

Mimo wszystko śni mi się oddychający ocean. Fale są duże, rozległe, jak głębokie wdechy i wydechy. Patrzę na nie z daleka i się boję. Tymczasem kąpiący się wydają się zupełnie spokojni. Nic im nie jest, nie uciekają panicznie z wody, raczej – dostosowują swoją pozycję do rytmu oceanu. Wyglądają nawet na zadowolonych. Jak oni to robią?…

Wczoraj całkowicie się przeciążyłam trzema rozmowami telefonicznymi. Dla zdrowej osoby może wydać się to niepojęte. Kiedyś potrafiłam tak rozmawiać, utrzymywać uwagę i kontenerować emocje przez wiele godzin. Dziś myślę, że jedna rozmowa dziennie to mój szczyt możliwości. Trochę mi z tego powodu wstyd, za swoją niemoc, swoją słabość, kondycję psychiczną, która na tak niewiele pozwala. Mam jednak wybór, jak zwykle: podążać za głosem Wewnętrznego Krytyka (jesteś do niczego, spójrz tylko na siebie, jak ty w ogóle chcesz funkcjonować?) albo Opiekuńczego Rodzica (wszystko jest w porządku; najważniejsze, że teraz znasz swoje granice i uczysz się je szanować).

Wybieram to drugie.

I swing on mood swings, a movement so very familiar to me, and yet it still hurts, like an uncomfortable tooth. Yesterday afternoon – zombie mode. I’m  in bed, staring at the ceiling, as if some kind of breakthrough would come from there. Only suicidal thoughts come. Husband: take Lorazepam, just don’t collapse…The pill helps. And of course a new hair dye, ash blonde. I have never had such a shade before…

My mood no longer changes in days, but in hours. I have no idea what I will be like in the afternoon, let alone in the evening, even though I get up full of energy and ideas. In a few hours, I may not have the strength to walk or talk. I can’t do anything about it, I can’t fight it. Increasing the mood balancer, Lamotrigine, is out of the question for the time being – my body reacts strongly to the increased dose with red, diffuse spots on my neck; a warning sign. I have nothing to save myself with except a proven strategy: don’t turn myself on – don’t sink. Look for the middle way. It costs so much energy…how to centre myself when the centrifugal forces are so intense?

Few days ago I had a dream about a breathing ocean. The waves were large, expansive, like deep inhales and exhales. I looked at them from a distance and got scared. Meanwhile, the bathers seemed completely calm. They looked fine, they did not panic, they did not run away from the water, rather – they adjusted their position to the rhythm of the ocean. They even looked happy. How do they do it…?

Yesterday I completely overloaded myself with three phone calls. For a healthy person this may seem inconceivable. I used to be able to talk like that, maintain attention and contain emotions for hours. Today, I think that one conversation a day should be my best result. I am a little ashamed of this, ashamed of my powerlessness, my weakness, my mental condition which does not allow me to do so much. But I have a choice, as usual: to follow the voice of the Inner Critic (you suck, just look at yourself, how do you even want to function?) or the Caring Parent (everything is fine; the most important thing is that now you know your limits and learn to respect them).

I choose the latter.

powiedz TAK / say YES

(ENG.below)

To ćwiczenie wymaga wyobraźni.

Wyobraź sobie, że idąc spać wieczorem nie wiesz, jaka się obudzisz. Czy będziesz w stanie wstać, mówić, czy sparaliżuje cię lęk, czy będziesz nakręcona, czy bez kontaktu z rzeczywistością, a może tym razem w dobrym stanie.

Wyobraź sobie, że każdy twój plan może w ostatniej chwili się załamać, bo przyjdzie atak choroby. Spotkania z przyjaciółmi, wyjścia, zakupy, wycieczki, sport – wszystko to wisi w powietrzu.

Wyobraź sobie, że nie wiesz, jak będzie wyglądał twój dzień, bo nie ma takiej siły woli, która pokonałaby chorobę psychiczną.

Wyobraź sobie, że gdziekolwiek idziesz i z kimkolwiek się spotykasz, możesz dostać ataku psychotycznego i stracić kontakt z rzeczywistością.

Spróbuj sobie to wszystko wyobrazić – i mimo wszystko żyć.

Mój organizm dotrwał 4 dni bez symptomów do poniedziałkowej wizyty u psychiatry, po czym, zameldowawszy dobre samopoczucie i odżegnawszy pobyt w klinice, na jeden dzień się załamał w ataku uporczywych myśli samobójczych. Brałam jedną tabletkę za drugą, aż przekroczyłam maksymalną dawkę; w końcu zasnęłam. Następnego dnia dotarło do mnie, jak bardzo motywowana strachem funkcjonuję. Wciąż czujna, wciąż niespokojna, lękowa. Poczułam, że chcę to zmienić, że musi być alternatywna droga. Pomyślałam o wszystkich moich bliskich i o tym, jak bardzo ich kocham, i że oni wcale nie potrzebują moich zmartwień i napięć, tylko spokoju i siły. Że samobójstwo czy eutanazja, o których myślę tak często, złamałyby im życie, i nie chcę już uporczywie o tym myśleć. Chcę kierować się miłością. Starać się. Być silna, ale i wyrozumiała dla siebie.  Znaleźć takie miejsce w sobie, które ma zgodę na to, co się dzieje.

Powiedzieć sobie „tak“.

This exercise requires imagination.

Imagine that when you go to bed in the evening you don’t know in what state you will wake up. Will you be able to get up, talk, will you be paralyzed by fear, will you be turned on or out of touch with reality, or maybe this time in good shape.

Imagine that any of your plans could collapse at the last minute because there would be an attack of disease. Meeting friends, going out, shopping, excursions, sports – it’s all up in the air.

Imagine that you don’t know what your day will be like because there is no willpower to overcome mental illness.

Imagine that wherever you go and whoever you hang out with, you can get a psychotic attack and lose touch with reality.

Try to imagine it all – and live anyway.

My body survived 4 days without symptoms until a Monday visit to a psychiatrist, then, having reported well-being and saying goodbye to the stay at the clinic, it broke for one day in an attack of persistent suicidal thoughts. I took one pill after another until I exceeded the maximum dose; I finally fell asleep. The next day I realized how much fear motivated me to function. Still alert, still restless, fearful. I felt that I wanted to change it, that there had to be an alternative path. I thought about all my relatives and how much I love them and that they don’t need my worries and tensions at all, but my peace and strength. That suicide or euthanasia, which I think about so often, would break their lives, and I don’t want to persistently think about it anymore. I want to be guided by love. Try to. Be strong, but also understanding toward myself. Find a place in myself that has consent to what is happening.

Say yes to how I am.

święty Mikołaj / Santa Claus

(ENG.below)

Dziś światowy dzień walki z depresją. Wszyscy gromadzimy się z toporami i mieczami, by usiec tego śmiertelnie przecież groźnego przeciwnika. Z tej okazji spotykam się z kolegą, który od wielu lat jest w depresji. Pytam go, czy wierzy w zdrowienie. Tak malutko, odpowiada. Tyle, co w świętego Mikołaja? – dopytuję. Nie, w świętego Mikołaja wierzę bardziej, mówi on. Wierzę w nadzieję na zdrowienie, dodaje. To ona mi pozwala przeżyć z dnia na dzień. Stworzą nowe leki, nowe terapie, nowe podejścia…O kurcze, to brzmi prawie optymistycznie! Śmiejemy się. Oboje czasem nie mamy siły wstać z łóżka ani się umyć, ubrać, przygotować coś do jedzenia. Przy czym on żyje sam, a ja mam opiekę męża. Wiem, że ktoś się mną zajmie, ktoś mi pomoże. On nie ma tyle szczęścia.

Piszę ten tekst na balkonie, na którym przesiaduję godzinami, rysując, bo jest tak ciepło. Piszę z depresji, która trwa już miesiąc; zelżała po lekach antydepresyjnych, które w końcu zadziałały, w wyniku czego nie czuję teraz absolutnie nic. Moja paleta uczuć zredukowała się do spokoju i niepokoju, który przybiera różne ostre formy. Przez ostatnie trzy dni, każdego dnia miałam urojenia. Pierwszy atak w niedzielę na wycieczce, drugi w centrum miasta, podczas oczekiwania na kolegę, trzeci wczoraj., wzbogacony o halucynacje. Teraz każdego popołudnia boję się, że symptomy psychotyczne znowu przypłyną i porwą mnie w irracjonalny, wykrzywiony świat podejrzeń i derealizacji. Dziś zostałam sama w domu i towarzyszył mi ogromny lęk. A co jeśli na symptomy depresyjne nałożą się psychotyczne, i zrobię sobie krzywdę?…

Z okazji światowego dnia walki z depresją życzę wam wszystkim, żebyście nigdy nie musieli walczyć z depresją. Ani swoją, ani niczyją inną.

Today is the world day for the fight against depression. We all gather with axes and swords to stalk this deadly enemy. On this occasion, I meet a friend who has been depressed for many years. I ask him if he believes in healing. Just a tiny, tiny bit, he replies. So much as in Santa Claus? – I ask. No, I believe in Santa Claus more, he says. I believe in hope for recovery, he adds. It allows me to survive from day to day. They will create new drugs, new therapies, new approaches … Oh gosh, that sounds almost optimistic! We laugh. We both from time to time don’t have the strength to get out of bed or wash, dress or prepare something to eat. He lives alone and I have my husband’s care. I know someone will take care of me, someone will help me. He is not so lucky.

I am writing this text on the balcony, where I sit for hours drawing, because it is so warm outside. I am writing from a depression that has been going on for a month; it got better with the help of antidepressants which finally worked and as a result I feel absolutely nothing now. My palette of feelings has been reduced to peace and anxiety, which take various harsh forms. For the past three days, I’ve been delusional every day. The first attack on Sunday during the trip, the second one in the city center while waiting for a friend, the third one yesterday, enriched with hallucinations. Now, every afternoon I fear that the psychotic symptoms will re-emerge and take me into an irrational, distorted world of suspicion and derealization. Today I was alone at home and I was accompanied by great anxiety. What if my depressive symptoms get combined with psychotic symptoms and I hurt myself? …

On the occasion of world depression day, I wish you all that you never have to fight depression. Neither yours nor anyone else’s.

trzy kroki wstecz / three steps back

(ENG.below) Depresja nie zna litości.

Trzyma mnie już niemal trzy tygodnie, w trakcie których podarowała dwa dni bez symptomów. Dzięki temu, że zażywam Lit, skończyły się szybkie zmiany faz, a zaczęły dłuższe fazy…takie jak ta.

Są dni, kiedy przyznaję sobie punkty za każde osiągnięcie. Wstałam. Trzy godziny odpoczynku. Umyłam się. Godzina odpoczynku. Ubrałam się. Dwie godziny odpoczynku. Narysowałam coś, to mnie uspokaja. Zjadłam. Godzina snu. Z psem wychodzi głównie mój mąż. Gdy wylosuję szczęśliwy numerek i mam lepszy dzień, idę biegać (już nie regularnie). W mój najlepszy dzień spotkałam się z kolegą. Poprzedniego dnia czekając na przyjaciela dostałam urojeń i musiał mnie odprowadzić do domu. Są też momenty jeszcze gorsze, gdy przychodzą obsesyjne myśli samobójcze i takie o samookaleczaniu. Wewnętrzna destrukcyjna siła podpowiada mi, że to mi pomoże, przyniesie ulgę. Łykam jeden Lorazepam za drugim. Modlę się do antydepresantów, żeby w końcu zadziałały.

Zaczęłam rezygnować. Wycofałam się z nagrywania podcastów. Wycofałam się z projektu artystycznego. Przestałam pisać artykuły o sztuce – trzeci projekt. Każda inicjatywa jest jak Mount Everest, obarczona gigantycznym progiem, na który, jak mi się wydaje, nie dam rady się wspiąć.

Jedyne co pomaga, to rysowanie na balkonie. Mogę tak siedzieć dwie, trzy godziny, bo jest u nas już ciepło. Czuję się trochę jak w przedszkolu. Nic nie muszę, mogę się tylko bawić. A ta zabawa mnie uspokaja i gruntuje.

Dziś jedziemy nad rzekę. Temperatura wody: 7 stopni. Mam zamiar wskoczyć. To zawsze dostarczało mi dużo radości. Może naładuję baterię na kilka godzin. Może ruminacje sobie pójdą. Może rzeka obudzi we mnie chęć życia choć na trochę dłużej. Jeśli nie…mój lekarz doradza kolejną hospitalizację.

Depression knows no mercy.

She has been pushing on me for almost three weeks, during which she gave me two days without symptoms. By taking Lithium, the rapid phase changes are over and longer phases have started… like this one.

There are days when I give myself points for every achievement. I got up. Three hours of rest. I washed myself. One hour of rest. Dressed up. Two hours of rest. I drew something, it calms me down. I ate. One hour of sleep. Mainly my husband goes out with the dog. When I draw a lucky number and I have a better day, I go jogging (not regularly anymore). On my best day, I met my friend. The previous day, while waiting for another friend, I got delusional and he had to walk me home. There are also even worse moments when obsessive thoughts about suicide and self-harm come. The inner destructive force tells me that it will help me, it will bring me relief. I swallow one Lorazepam after another. I pray to the antidepressants so they’ll finally work.

I began to quit. I have withdrawn from recording podcasts. I withdrew from the art project. I stopped writing articles about art – third project. Each initiative is like Mount Everest, burdened with a gigantic threshold, which I think I will not be able to climb.

The only thing that helps is drawing on the balcony. I can sit like this for two or three hours because it’s already warm in our place. I feel a bit like in a kindergarten. I don’t have to do anything, I can only have fun. And this drawing play calms me down and grounds me.

Today we’re going to the river. Water temperature: 7 degrees. I’m going to jump in. It has always been a lot of fun for me. Maybe I’ll charge the battery for a few hours. Maybe the ruminations will go away. Maybe the river will make me want to live a little longer. If not… my doctor advises another hospitalization.

koniec transmisji / end of transmission

(ENG.BELOW) Kiedy dobijasz do ściany i lądujesz w takim specyficznym miejscu, jakim jest klinika psychiatryczna, stajesz przed wyborem: albo żyć dalej tak, jak wcześniej, i pozwolić, żeby było to nic nie znaczące doświadczenie, albo zmienić coś i dać sobie szansę, żeby zbyt szybko do szpitala nie wracać.

Postanowiłam coś zmienić.

Zdałam sobie sprawę, jak bardzo się staram – na każdym polu – udowadniać sobie i światu, że mimo choroby funkcjonuję na medal. Nie będę się rozpisywać jak to robię, wystarczy przejrzeć moje wpisy; robię to niemal mechanicznie i od zawsze. Ten blog jest jednym z objawów mojej automatycznej tendencji do produktywności, przydatności, wyjątkowości i „dawania rady”. Nie chcę tak dalej. Nie mam już na to siły.

Postanowiłam więc zrobić sobie na jakiś czas przerwę od dzielenia się, edukowania i oświecania. Być może wrócę tutaj, ale nie wiem kiedy – bo chcę wrócić z innego miejsca, nie automatycznego, pełnego braku, głodu i chęci wykazania się, lecz miejsca spokoju i obfitości, którą mogę się dzielić.

Czy uda mi się trafić w to miejsce, zobaczymy.

Koniec transmisji.

ENG. When you hit the wall and land in such a specific place as a psychiatric clinic, you have a choice: either live as before and let it be a meaningless experience, or change something and give yourself a chance to not come back to the hospital too soon.

I decided to change something.

I realized how hard I was trying – in every field – to prove to myself and to the world that despite my illness, I am functioning perfectly. I will not elaborate on how I do it, just look at my entries; I do it almost mechanically and since forever. This blog is one symptom of my automatic tendency to be productive, useful, unique, and sharing. I don’t want to go on. I don’t have the strength for it anymore.

So I decided to take a break from sharing, educating and enlightening for a while. Perhaps I will come back here, but I don’t know when – because I want to come back from a different place, not automatic, full of lack, hunger and willingness to prove myself, but a place of peace and abundance from which I can truly share.

If I can find this place. We’ll see.

End of transmission.

nie twoja rola / not your job

(ENG.BELOW) Jestem w klinice.

W czwartek przez cały dzień miałam obsesyjne myśli samobójcze, które nie reagowały na olbrzymie dawki leków, jakie zwykle mnie uspokajają. Z mężem jesteśmy umówieni tak, że mówię – mówię gdy jest źle, gdy jest niebezpieczniem gdy robi się nieznośnie. Tym razem nie powiedziałam. Co więcej, zachęciłam go, by poszedł spotkać się z kolegą. A wtedy pocięłam sobie przedramię. Ulga, jaka po tym nastąpiła, była niewiarygodna, nie do opisania. To chyba najbardziej mnie przeraziło. Następnego dnia rano zorganizowałam sobie pobyt w klinice.

Jestem tu już ósmy raz (powinnam chyba dostać kartę stałego klienta), ale trafiłam na nowy oddział o wdzięcznej nazwie Lenoir. Obsługa jest przesympatyczna, pomocna, życzliwa. Ordynatorka, urodzona w Bytomiu, pamięta jeszcze trochę polskiego, choć wychowywała się już w Niemczech. Na oddziale jest około 20 pacjentów, w większości w różnych stadiach depresji, jest więc przeważnie cicho i sennie, oprócz momentów, kiedy aktywizuje się Straszny Pan, krzyczy, przeklina, biega, zaśmiewa się z niczego, trzaska rzeczami, pali na korytarzu, goni w samej bieliźnie tam i z powrotem i ciężko go spacyfikować. No cóż, nie jesteśmy w zwyczajnym szpitalu, choć pośród pacjentów depresyjnych można mieć takie wrażenie. Ale Straszny Pan jest jak wykrzyknik, który przypomina, że przebywamy w klinice psychiatrycznej, bo jesteśmy wszyscy psychicznie chorzy.

Co do mojego leczenia, włączamy nowy lek antypsychotyczny, używany w leczeniu schizofrenii (Reagila); do tego podwyższamy dawkę litu. Dla bezpieczeństwa mam zakaz samodzielnego wychodzenia z oddziału. Dopóki nie przyjeżdża do mnie mąż, jestem więc uziemiona. Rysuję (mamy atelier), zajadam się przepysznymi posiłkami (tofu, szaszłyki owocowe, deska serów…tak, naprawdę tak to tutaj wygląda), snuję się między moim trzyosobowym pokojem a palarnią. No i piszę.

Możecie się zastanawiać, dlaczego piszę wprost o samookaleczaniu. Przecież to taki ciężki temat, w zasadzie – tabu. Chcę o tym powiedzieć, żeby podkreślić kilka rzeczy. Po pierwsze – unaocznić, jak koszmarny może być ból psychiczny, że wolimy od niego ostry ból cięcia własnego ciała. Po drugie – pokazać, na czym polega szybka zmiana faz; jednego dnia maluję, piszę sztukę, cieszę się moimi publikacjami, planuję podróż, nazajutrz wszystko się wali i spada w wielką czerń. Po trzecie – ja wiem, że to trudne i wymaga wiele od osób zdrowych – ale bądźcie wyczuleni na pewne sygnały; na to, że ktoś zaczyna coraz częściej sygnalizować, że czuje się dla was czy dla bliskich ciężarem, że łatwiej by wam było bez niej/niego, ale że jednocześnie wszystko jest w porządku. Nie poddawajcie się i gdy tylko czujecie jakiś dysonans, reagujcie, rozmawiajcie. I ostatnia prośba: jeśli zobaczycie osobę z bliznami po cięciach, nie myślcie o niej, że stara się zwrócić na siebie uwagę. Mój boże. Ona stara się przeżyć. Przywrócić się bólem do stanu normalności, bo już wyczerpała wszelkie inne sposoby. I wtedy naprawdę potrzebuje fachowej, profesjonalnej pomocy i opieki. Wasza już nie wystarczy.

I pamiętaj, nie jest twoją rolą ocalać komuś życie.

(ENG.) I’m in the clinic.

All day on Thursday, I had obsessive thoughts of suicide that didn’t respond to the huge doses of drugs that usually calm me down. We have a deal with my husband – I always tell him when it is bad, when it is dangerous, when it gets unbearable. This time I didn’t say anything. Moreover, I encouraged him to go see a friend. And then I cut my forearm. The relief that followed was unbelievable, beyond description. That scared me the most. The next morning I made an appointment at the clinic.

I’m here for the eighth time (I should probably get a loyalty card), but I found a new department aptly named Lenoir. The service is very nice, helpful and friendly. The head physician, born in Bytom, still remembers some Polish, although she was brought up in Germany. There are about 20 patients in the ward, mostly in different stages of depression, so it’s rather quiet and sleepy, except when the Scary Guy activates, screams, curses, runs, laughs at nothing, cracks things, smokes in the corridor, chases only in his underwear back and forth and it’s hard to pacify. Well, we are not in an ordinary hospital, although this is the impression among depressed patients. But the Scary Guy is like an exclamation point that reminds us that we are in a psychiatric clinic because we are all mentally ill.

As for my treatment, we include a new antipsychotic drug used to treat schizophrenia (Reagila); additionally, we increase the dose of Lithium. For safety reasons, I am forbidden to leave the ward on my own. So long as my husband doesn’t come to see me, I’m grounded. I draw (we have an atelier), eat delicious meals (tofu, fruit skewers, cheese board … yes, this is what it looks like here), I wander between my three-person room and the smoking room. And I am writing.

You may wonder why I am writing directly about self-mutilation. It’s such a heavy topic, actually – a taboo. I want to mention this to highlight a few things. First of all – to show how nightmarish mental pain can be, that we prefer sharp pain of cutting our own body to it. Secondly – to show what a quick phase change is; one day I paint, write a play, enjoy my publications, plan a trip, the next day everything collapses and falls into great blackness. Third – I know it is difficult and requires a lot from healthy people – but be alert to certain signals; to the fact that someone begins to mention more and more often that they feel like a burden for you or their loved ones, that it would be easier for you without her / him, but that at the same time everything is fine. Do not give up and whenever you feel any dissonance, react, talk. One final request: if you see a person with a cut scar, don’t think of them as trying to get attention. My God. They are trying to survive. To be back to normal – using pain, because they have exhausted all other methods. And then they really need professional help and care. Yours is not enough anymore.

And remember, it’s not your job to save someone’s life.

wezwanie / the call

(ENG.below) Jest ciężko, chociaż trafniej byłoby napisać „jest różnie”. Są takie godziny w ciągu dnia kiedy funkcjonuję doskonale; śmieję się, żartuję, idę biegać, wychodzę z psem, piszę, rysuję; mam pewność, że poradzę sobie ze wszystkim i czuję się mocna. A potem przychodzi mikroatak i planuję własną śmierć, planuję zaśnięcie na sto lat i obudzenie się w świecie, w którym nie mam już żadnych problemów. Kiedy myśli stają się zbyt obsesyjne, muszę brać antypsychotyki – bo to jakby atak psychotyczny, tyle, że na temat umierania. Łykam jedną tabletkę, łykam drugą i modlę się do kogokolwiek, kto mnie słucha, o szybkie zaśnięcie i obudzenie się w lepszym stanie. Dziś obudziłam się w niewiele lepszym stanie. Znów jestem w narracji „nie dam rady”, „nie uniosę tych ciężarów”, „dajcie mi zniknąć”. Moje zdrowe części próbują mnie trzymać za rękę i głaskać, pewnie dlatego nie zapadam się całkowicie; jestem po prostu trochę przygięta w kierunku ziemi. I choć stąd już bliżej do pozycji leżącej, siłą próbuję zostać w pionie. Nie marzyć o byciu pod ziemią, nie marzyć o schowaniu się do głębokiej morskiej jamy pod kamieniami (moje nowe miejsce spokoju w wyobraźni), gdzie nikt mnie nie znajdzie przez tysiąc lat. Usiłuję mimo wszystko powiedzieć życiu TAK, mimo tego, jak mi obrzydło.

Moja mama jest bardzo chora. Tak bardzo, że rozważamy moją samotną podróż do Polski przed świętami. Nie podróżowałam sama od 2014 roku, kiedy właśnie przed świętami choroba zmiotła mnie z powierzchni ziemi i wylądowałam w klinice. Wczoraj przez większość dnia byłam zmobilizowana, silna i zdecydowana. Jest cel, jest misja, mam zadanie, mam jasność. Będę pomagać. Potem przyszła tak dobrze znana fala – „nie dam rady, nie dam rady nawet wyjść z domu”. Wiem, że przed wyjazdem takich ataków będzie dużo. Na miejscu – kto wie, może cały mój wewnętrzny system się spionizuje, zmobilizuje. Lecz te lęki zanim się to stanie…połykają mnie swoimi mrocznymi paszczami i żują, boleśnie żują. Ja wiem, że to nie ja, że to choroba – i ta myśl pomaga mi się trochę do nich zdystansować. To choroba mówi. To ona podszeptuje, pokazuje. To minie. Mam też w sobie zdrową mnie. Muszę ją zawołać, zawezwać, ale tak, by była przy mnie na dłużej.

Ostatnia wiadomość, dobra: moje teksty i grafiki (Zuzanna Korońska) ukazały się w kolejnym wydaniu „Silne. Aperiodyk społeczny.” – czasopiśmie feministycznym. Cały numer dostępny jest tutaj: https://lodzkiedziewuchy.org.pl/numer/

Gorąco polecam lekturę. Jest i o chorobie, i o terapii, o traumie oraz…o czarownicach.

(ENG.) It is hard, although it would be more accurate to say „it is constantly changing”. There are hours during the day when I function perfectly; I laugh, joke, go for a run, go out with my dog, write, draw; I am sure that I can handle everything and I feel strong. And then comes the microattack and I plan my own death, I plan to go to sleep for a hundred years and wake up in a world where I no longer have any problems. When my thoughts get too obsessive, I have to take antipsychotics – it’s like a psychotic attack, but about dying. I take one pill, take another, and pray to whoever is listening to fall asleep quickly and wake up feeling better. Today I woke up in jus a little better condition. Again, I am in the narrative „I can’t do it”, „I won’t lift these burdens”, „let me disappear”. My healthy parts try to hold my hand and stroke me, which is probably why I don’t completely collapse; I’m just a bit bent towards the ground. And although I am now closer to the horizontal position, I try to force myself to stay upright. Not dreaming of being underground, not dreaming of hiding in a deep sea cavity under stones (my new place of peace in the imagination), where no one will find me for a thousand years. I try to say YES to life after all, despite how gross it seems to me.

My mom is very ill. So much so that we consider my lonely trip to Poland before Christmas. I have not traveled alone since 2014, when a disease wiped me off the face of the earth just before Christmas and I ended up in a clinic. Yesterday most of the day I was mobilized, strong and determined. There is a goal, there is a mission, I have a task, I have clarity. I will come and help. Then came the well-known wave – „I can’t make it, I can’t even get out of the house.” I know that there will be many such attacks before I leave. Once I’m there – who knows, maybe my entire internal system will upright and mobilize. But these fears before it happens… they swallow me with their dark maws and chew, painfully chew me.

I know it’s not me, it’s a disease – and this thought helps me distance myself a bit from them. That’s the disease that says it all. It is she who whispers, who shows these dark scenarios. It will pass. I also have a healthy me inside me. I have to call her, summon her, but so that she is with me for longer.

PS. Last news, good one: my texts and graphics (Zuzanna Korońska) appeared in the next issue of „Silne. A social aperiodic. ” – a Polish feminist journal. The entire issue is available here: https://lodzkiedziewuchy.org.pl/numer/ , of course when you understand a bit of Polish language…