powiedz TAK / say YES

(ENG.below)

To ćwiczenie wymaga wyobraźni.

Wyobraź sobie, że idąc spać wieczorem nie wiesz, jaka się obudzisz. Czy będziesz w stanie wstać, mówić, czy sparaliżuje cię lęk, czy będziesz nakręcona, czy bez kontaktu z rzeczywistością, a może tym razem w dobrym stanie.

Wyobraź sobie, że każdy twój plan może w ostatniej chwili się załamać, bo przyjdzie atak choroby. Spotkania z przyjaciółmi, wyjścia, zakupy, wycieczki, sport – wszystko to wisi w powietrzu.

Wyobraź sobie, że nie wiesz, jak będzie wyglądał twój dzień, bo nie ma takiej siły woli, która pokonałaby chorobę psychiczną.

Wyobraź sobie, że gdziekolwiek idziesz i z kimkolwiek się spotykasz, możesz dostać ataku psychotycznego i stracić kontakt z rzeczywistością.

Spróbuj sobie to wszystko wyobrazić – i mimo wszystko żyć.

Mój organizm dotrwał 4 dni bez symptomów do poniedziałkowej wizyty u psychiatry, po czym, zameldowawszy dobre samopoczucie i odżegnawszy pobyt w klinice, na jeden dzień się załamał w ataku uporczywych myśli samobójczych. Brałam jedną tabletkę za drugą, aż przekroczyłam maksymalną dawkę; w końcu zasnęłam. Następnego dnia dotarło do mnie, jak bardzo motywowana strachem funkcjonuję. Wciąż czujna, wciąż niespokojna, lękowa. Poczułam, że chcę to zmienić, że musi być alternatywna droga. Pomyślałam o wszystkich moich bliskich i o tym, jak bardzo ich kocham, i że oni wcale nie potrzebują moich zmartwień i napięć, tylko spokoju i siły. Że samobójstwo czy eutanazja, o których myślę tak często, złamałyby im życie, i nie chcę już uporczywie o tym myśleć. Chcę kierować się miłością. Starać się. Być silna, ale i wyrozumiała dla siebie.  Znaleźć takie miejsce w sobie, które ma zgodę na to, co się dzieje.

Powiedzieć sobie „tak“.

This exercise requires imagination.

Imagine that when you go to bed in the evening you don’t know in what state you will wake up. Will you be able to get up, talk, will you be paralyzed by fear, will you be turned on or out of touch with reality, or maybe this time in good shape.

Imagine that any of your plans could collapse at the last minute because there would be an attack of disease. Meeting friends, going out, shopping, excursions, sports – it’s all up in the air.

Imagine that you don’t know what your day will be like because there is no willpower to overcome mental illness.

Imagine that wherever you go and whoever you hang out with, you can get a psychotic attack and lose touch with reality.

Try to imagine it all – and live anyway.

My body survived 4 days without symptoms until a Monday visit to a psychiatrist, then, having reported well-being and saying goodbye to the stay at the clinic, it broke for one day in an attack of persistent suicidal thoughts. I took one pill after another until I exceeded the maximum dose; I finally fell asleep. The next day I realized how much fear motivated me to function. Still alert, still restless, fearful. I felt that I wanted to change it, that there had to be an alternative path. I thought about all my relatives and how much I love them and that they don’t need my worries and tensions at all, but my peace and strength. That suicide or euthanasia, which I think about so often, would break their lives, and I don’t want to persistently think about it anymore. I want to be guided by love. Try to. Be strong, but also understanding toward myself. Find a place in myself that has consent to what is happening.

Say yes to how I am.

święty Mikołaj / Santa Claus

(ENG.below)

Dziś światowy dzień walki z depresją. Wszyscy gromadzimy się z toporami i mieczami, by usiec tego śmiertelnie przecież groźnego przeciwnika. Z tej okazji spotykam się z kolegą, który od wielu lat jest w depresji. Pytam go, czy wierzy w zdrowienie. Tak malutko, odpowiada. Tyle, co w świętego Mikołaja? – dopytuję. Nie, w świętego Mikołaja wierzę bardziej, mówi on. Wierzę w nadzieję na zdrowienie, dodaje. To ona mi pozwala przeżyć z dnia na dzień. Stworzą nowe leki, nowe terapie, nowe podejścia…O kurcze, to brzmi prawie optymistycznie! Śmiejemy się. Oboje czasem nie mamy siły wstać z łóżka ani się umyć, ubrać, przygotować coś do jedzenia. Przy czym on żyje sam, a ja mam opiekę męża. Wiem, że ktoś się mną zajmie, ktoś mi pomoże. On nie ma tyle szczęścia.

Piszę ten tekst na balkonie, na którym przesiaduję godzinami, rysując, bo jest tak ciepło. Piszę z depresji, która trwa już miesiąc; zelżała po lekach antydepresyjnych, które w końcu zadziałały, w wyniku czego nie czuję teraz absolutnie nic. Moja paleta uczuć zredukowała się do spokoju i niepokoju, który przybiera różne ostre formy. Przez ostatnie trzy dni, każdego dnia miałam urojenia. Pierwszy atak w niedzielę na wycieczce, drugi w centrum miasta, podczas oczekiwania na kolegę, trzeci wczoraj., wzbogacony o halucynacje. Teraz każdego popołudnia boję się, że symptomy psychotyczne znowu przypłyną i porwą mnie w irracjonalny, wykrzywiony świat podejrzeń i derealizacji. Dziś zostałam sama w domu i towarzyszył mi ogromny lęk. A co jeśli na symptomy depresyjne nałożą się psychotyczne, i zrobię sobie krzywdę?…

Z okazji światowego dnia walki z depresją życzę wam wszystkim, żebyście nigdy nie musieli walczyć z depresją. Ani swoją, ani niczyją inną.

Today is the world day for the fight against depression. We all gather with axes and swords to stalk this deadly enemy. On this occasion, I meet a friend who has been depressed for many years. I ask him if he believes in healing. Just a tiny, tiny bit, he replies. So much as in Santa Claus? – I ask. No, I believe in Santa Claus more, he says. I believe in hope for recovery, he adds. It allows me to survive from day to day. They will create new drugs, new therapies, new approaches … Oh gosh, that sounds almost optimistic! We laugh. We both from time to time don’t have the strength to get out of bed or wash, dress or prepare something to eat. He lives alone and I have my husband’s care. I know someone will take care of me, someone will help me. He is not so lucky.

I am writing this text on the balcony, where I sit for hours drawing, because it is so warm outside. I am writing from a depression that has been going on for a month; it got better with the help of antidepressants which finally worked and as a result I feel absolutely nothing now. My palette of feelings has been reduced to peace and anxiety, which take various harsh forms. For the past three days, I’ve been delusional every day. The first attack on Sunday during the trip, the second one in the city center while waiting for a friend, the third one yesterday, enriched with hallucinations. Now, every afternoon I fear that the psychotic symptoms will re-emerge and take me into an irrational, distorted world of suspicion and derealization. Today I was alone at home and I was accompanied by great anxiety. What if my depressive symptoms get combined with psychotic symptoms and I hurt myself? …

On the occasion of world depression day, I wish you all that you never have to fight depression. Neither yours nor anyone else’s.

trzy kroki wstecz / three steps back

(ENG.below) Depresja nie zna litości.

Trzyma mnie już niemal trzy tygodnie, w trakcie których podarowała dwa dni bez symptomów. Dzięki temu, że zażywam Lit, skończyły się szybkie zmiany faz, a zaczęły dłuższe fazy…takie jak ta.

Są dni, kiedy przyznaję sobie punkty za każde osiągnięcie. Wstałam. Trzy godziny odpoczynku. Umyłam się. Godzina odpoczynku. Ubrałam się. Dwie godziny odpoczynku. Narysowałam coś, to mnie uspokaja. Zjadłam. Godzina snu. Z psem wychodzi głównie mój mąż. Gdy wylosuję szczęśliwy numerek i mam lepszy dzień, idę biegać (już nie regularnie). W mój najlepszy dzień spotkałam się z kolegą. Poprzedniego dnia czekając na przyjaciela dostałam urojeń i musiał mnie odprowadzić do domu. Są też momenty jeszcze gorsze, gdy przychodzą obsesyjne myśli samobójcze i takie o samookaleczaniu. Wewnętrzna destrukcyjna siła podpowiada mi, że to mi pomoże, przyniesie ulgę. Łykam jeden Lorazepam za drugim. Modlę się do antydepresantów, żeby w końcu zadziałały.

Zaczęłam rezygnować. Wycofałam się z nagrywania podcastów. Wycofałam się z projektu artystycznego. Przestałam pisać artykuły o sztuce – trzeci projekt. Każda inicjatywa jest jak Mount Everest, obarczona gigantycznym progiem, na który, jak mi się wydaje, nie dam rady się wspiąć.

Jedyne co pomaga, to rysowanie na balkonie. Mogę tak siedzieć dwie, trzy godziny, bo jest u nas już ciepło. Czuję się trochę jak w przedszkolu. Nic nie muszę, mogę się tylko bawić. A ta zabawa mnie uspokaja i gruntuje.

Dziś jedziemy nad rzekę. Temperatura wody: 7 stopni. Mam zamiar wskoczyć. To zawsze dostarczało mi dużo radości. Może naładuję baterię na kilka godzin. Może ruminacje sobie pójdą. Może rzeka obudzi we mnie chęć życia choć na trochę dłużej. Jeśli nie…mój lekarz doradza kolejną hospitalizację.

Depression knows no mercy.

She has been pushing on me for almost three weeks, during which she gave me two days without symptoms. By taking Lithium, the rapid phase changes are over and longer phases have started… like this one.

There are days when I give myself points for every achievement. I got up. Three hours of rest. I washed myself. One hour of rest. Dressed up. Two hours of rest. I drew something, it calms me down. I ate. One hour of sleep. Mainly my husband goes out with the dog. When I draw a lucky number and I have a better day, I go jogging (not regularly anymore). On my best day, I met my friend. The previous day, while waiting for another friend, I got delusional and he had to walk me home. There are also even worse moments when obsessive thoughts about suicide and self-harm come. The inner destructive force tells me that it will help me, it will bring me relief. I swallow one Lorazepam after another. I pray to the antidepressants so they’ll finally work.

I began to quit. I have withdrawn from recording podcasts. I withdrew from the art project. I stopped writing articles about art – third project. Each initiative is like Mount Everest, burdened with a gigantic threshold, which I think I will not be able to climb.

The only thing that helps is drawing on the balcony. I can sit like this for two or three hours because it’s already warm in our place. I feel a bit like in a kindergarten. I don’t have to do anything, I can only have fun. And this drawing play calms me down and grounds me.

Today we’re going to the river. Water temperature: 7 degrees. I’m going to jump in. It has always been a lot of fun for me. Maybe I’ll charge the battery for a few hours. Maybe the ruminations will go away. Maybe the river will make me want to live a little longer. If not… my doctor advises another hospitalization.

koniec transmisji / end of transmission

(ENG.BELOW) Kiedy dobijasz do ściany i lądujesz w takim specyficznym miejscu, jakim jest klinika psychiatryczna, stajesz przed wyborem: albo żyć dalej tak, jak wcześniej, i pozwolić, żeby było to nic nie znaczące doświadczenie, albo zmienić coś i dać sobie szansę, żeby zbyt szybko do szpitala nie wracać.

Postanowiłam coś zmienić.

Zdałam sobie sprawę, jak bardzo się staram – na każdym polu – udowadniać sobie i światu, że mimo choroby funkcjonuję na medal. Nie będę się rozpisywać jak to robię, wystarczy przejrzeć moje wpisy; robię to niemal mechanicznie i od zawsze. Ten blog jest jednym z objawów mojej automatycznej tendencji do produktywności, przydatności, wyjątkowości i „dawania rady”. Nie chcę tak dalej. Nie mam już na to siły.

Postanowiłam więc zrobić sobie na jakiś czas przerwę od dzielenia się, edukowania i oświecania. Być może wrócę tutaj, ale nie wiem kiedy – bo chcę wrócić z innego miejsca, nie automatycznego, pełnego braku, głodu i chęci wykazania się, lecz miejsca spokoju i obfitości, którą mogę się dzielić.

Czy uda mi się trafić w to miejsce, zobaczymy.

Koniec transmisji.

ENG. When you hit the wall and land in such a specific place as a psychiatric clinic, you have a choice: either live as before and let it be a meaningless experience, or change something and give yourself a chance to not come back to the hospital too soon.

I decided to change something.

I realized how hard I was trying – in every field – to prove to myself and to the world that despite my illness, I am functioning perfectly. I will not elaborate on how I do it, just look at my entries; I do it almost mechanically and since forever. This blog is one symptom of my automatic tendency to be productive, useful, unique, and sharing. I don’t want to go on. I don’t have the strength for it anymore.

So I decided to take a break from sharing, educating and enlightening for a while. Perhaps I will come back here, but I don’t know when – because I want to come back from a different place, not automatic, full of lack, hunger and willingness to prove myself, but a place of peace and abundance from which I can truly share.

If I can find this place. We’ll see.

End of transmission.

nie twoja rola / not your job

(ENG.BELOW) Jestem w klinice.

W czwartek przez cały dzień miałam obsesyjne myśli samobójcze, które nie reagowały na olbrzymie dawki leków, jakie zwykle mnie uspokajają. Z mężem jesteśmy umówieni tak, że mówię – mówię gdy jest źle, gdy jest niebezpieczniem gdy robi się nieznośnie. Tym razem nie powiedziałam. Co więcej, zachęciłam go, by poszedł spotkać się z kolegą. A wtedy pocięłam sobie przedramię. Ulga, jaka po tym nastąpiła, była niewiarygodna, nie do opisania. To chyba najbardziej mnie przeraziło. Następnego dnia rano zorganizowałam sobie pobyt w klinice.

Jestem tu już ósmy raz (powinnam chyba dostać kartę stałego klienta), ale trafiłam na nowy oddział o wdzięcznej nazwie Lenoir. Obsługa jest przesympatyczna, pomocna, życzliwa. Ordynatorka, urodzona w Bytomiu, pamięta jeszcze trochę polskiego, choć wychowywała się już w Niemczech. Na oddziale jest około 20 pacjentów, w większości w różnych stadiach depresji, jest więc przeważnie cicho i sennie, oprócz momentów, kiedy aktywizuje się Straszny Pan, krzyczy, przeklina, biega, zaśmiewa się z niczego, trzaska rzeczami, pali na korytarzu, goni w samej bieliźnie tam i z powrotem i ciężko go spacyfikować. No cóż, nie jesteśmy w zwyczajnym szpitalu, choć pośród pacjentów depresyjnych można mieć takie wrażenie. Ale Straszny Pan jest jak wykrzyknik, który przypomina, że przebywamy w klinice psychiatrycznej, bo jesteśmy wszyscy psychicznie chorzy.

Co do mojego leczenia, włączamy nowy lek antypsychotyczny, używany w leczeniu schizofrenii (Reagila); do tego podwyższamy dawkę litu. Dla bezpieczeństwa mam zakaz samodzielnego wychodzenia z oddziału. Dopóki nie przyjeżdża do mnie mąż, jestem więc uziemiona. Rysuję (mamy atelier), zajadam się przepysznymi posiłkami (tofu, szaszłyki owocowe, deska serów…tak, naprawdę tak to tutaj wygląda), snuję się między moim trzyosobowym pokojem a palarnią. No i piszę.

Możecie się zastanawiać, dlaczego piszę wprost o samookaleczaniu. Przecież to taki ciężki temat, w zasadzie – tabu. Chcę o tym powiedzieć, żeby podkreślić kilka rzeczy. Po pierwsze – unaocznić, jak koszmarny może być ból psychiczny, że wolimy od niego ostry ból cięcia własnego ciała. Po drugie – pokazać, na czym polega szybka zmiana faz; jednego dnia maluję, piszę sztukę, cieszę się moimi publikacjami, planuję podróż, nazajutrz wszystko się wali i spada w wielką czerń. Po trzecie – ja wiem, że to trudne i wymaga wiele od osób zdrowych – ale bądźcie wyczuleni na pewne sygnały; na to, że ktoś zaczyna coraz częściej sygnalizować, że czuje się dla was czy dla bliskich ciężarem, że łatwiej by wam było bez niej/niego, ale że jednocześnie wszystko jest w porządku. Nie poddawajcie się i gdy tylko czujecie jakiś dysonans, reagujcie, rozmawiajcie. I ostatnia prośba: jeśli zobaczycie osobę z bliznami po cięciach, nie myślcie o niej, że stara się zwrócić na siebie uwagę. Mój boże. Ona stara się przeżyć. Przywrócić się bólem do stanu normalności, bo już wyczerpała wszelkie inne sposoby. I wtedy naprawdę potrzebuje fachowej, profesjonalnej pomocy i opieki. Wasza już nie wystarczy.

I pamiętaj, nie jest twoją rolą ocalać komuś życie.

(ENG.) I’m in the clinic.

All day on Thursday, I had obsessive thoughts of suicide that didn’t respond to the huge doses of drugs that usually calm me down. We have a deal with my husband – I always tell him when it is bad, when it is dangerous, when it gets unbearable. This time I didn’t say anything. Moreover, I encouraged him to go see a friend. And then I cut my forearm. The relief that followed was unbelievable, beyond description. That scared me the most. The next morning I made an appointment at the clinic.

I’m here for the eighth time (I should probably get a loyalty card), but I found a new department aptly named Lenoir. The service is very nice, helpful and friendly. The head physician, born in Bytom, still remembers some Polish, although she was brought up in Germany. There are about 20 patients in the ward, mostly in different stages of depression, so it’s rather quiet and sleepy, except when the Scary Guy activates, screams, curses, runs, laughs at nothing, cracks things, smokes in the corridor, chases only in his underwear back and forth and it’s hard to pacify. Well, we are not in an ordinary hospital, although this is the impression among depressed patients. But the Scary Guy is like an exclamation point that reminds us that we are in a psychiatric clinic because we are all mentally ill.

As for my treatment, we include a new antipsychotic drug used to treat schizophrenia (Reagila); additionally, we increase the dose of Lithium. For safety reasons, I am forbidden to leave the ward on my own. So long as my husband doesn’t come to see me, I’m grounded. I draw (we have an atelier), eat delicious meals (tofu, fruit skewers, cheese board … yes, this is what it looks like here), I wander between my three-person room and the smoking room. And I am writing.

You may wonder why I am writing directly about self-mutilation. It’s such a heavy topic, actually – a taboo. I want to mention this to highlight a few things. First of all – to show how nightmarish mental pain can be, that we prefer sharp pain of cutting our own body to it. Secondly – to show what a quick phase change is; one day I paint, write a play, enjoy my publications, plan a trip, the next day everything collapses and falls into great blackness. Third – I know it is difficult and requires a lot from healthy people – but be alert to certain signals; to the fact that someone begins to mention more and more often that they feel like a burden for you or their loved ones, that it would be easier for you without her / him, but that at the same time everything is fine. Do not give up and whenever you feel any dissonance, react, talk. One final request: if you see a person with a cut scar, don’t think of them as trying to get attention. My God. They are trying to survive. To be back to normal – using pain, because they have exhausted all other methods. And then they really need professional help and care. Yours is not enough anymore.

And remember, it’s not your job to save someone’s life.

wezwanie / the call

(ENG.below) Jest ciężko, chociaż trafniej byłoby napisać „jest różnie”. Są takie godziny w ciągu dnia kiedy funkcjonuję doskonale; śmieję się, żartuję, idę biegać, wychodzę z psem, piszę, rysuję; mam pewność, że poradzę sobie ze wszystkim i czuję się mocna. A potem przychodzi mikroatak i planuję własną śmierć, planuję zaśnięcie na sto lat i obudzenie się w świecie, w którym nie mam już żadnych problemów. Kiedy myśli stają się zbyt obsesyjne, muszę brać antypsychotyki – bo to jakby atak psychotyczny, tyle, że na temat umierania. Łykam jedną tabletkę, łykam drugą i modlę się do kogokolwiek, kto mnie słucha, o szybkie zaśnięcie i obudzenie się w lepszym stanie. Dziś obudziłam się w niewiele lepszym stanie. Znów jestem w narracji „nie dam rady”, „nie uniosę tych ciężarów”, „dajcie mi zniknąć”. Moje zdrowe części próbują mnie trzymać za rękę i głaskać, pewnie dlatego nie zapadam się całkowicie; jestem po prostu trochę przygięta w kierunku ziemi. I choć stąd już bliżej do pozycji leżącej, siłą próbuję zostać w pionie. Nie marzyć o byciu pod ziemią, nie marzyć o schowaniu się do głębokiej morskiej jamy pod kamieniami (moje nowe miejsce spokoju w wyobraźni), gdzie nikt mnie nie znajdzie przez tysiąc lat. Usiłuję mimo wszystko powiedzieć życiu TAK, mimo tego, jak mi obrzydło.

Moja mama jest bardzo chora. Tak bardzo, że rozważamy moją samotną podróż do Polski przed świętami. Nie podróżowałam sama od 2014 roku, kiedy właśnie przed świętami choroba zmiotła mnie z powierzchni ziemi i wylądowałam w klinice. Wczoraj przez większość dnia byłam zmobilizowana, silna i zdecydowana. Jest cel, jest misja, mam zadanie, mam jasność. Będę pomagać. Potem przyszła tak dobrze znana fala – „nie dam rady, nie dam rady nawet wyjść z domu”. Wiem, że przed wyjazdem takich ataków będzie dużo. Na miejscu – kto wie, może cały mój wewnętrzny system się spionizuje, zmobilizuje. Lecz te lęki zanim się to stanie…połykają mnie swoimi mrocznymi paszczami i żują, boleśnie żują. Ja wiem, że to nie ja, że to choroba – i ta myśl pomaga mi się trochę do nich zdystansować. To choroba mówi. To ona podszeptuje, pokazuje. To minie. Mam też w sobie zdrową mnie. Muszę ją zawołać, zawezwać, ale tak, by była przy mnie na dłużej.

Ostatnia wiadomość, dobra: moje teksty i grafiki (Zuzanna Korońska) ukazały się w kolejnym wydaniu „Silne. Aperiodyk społeczny.” – czasopiśmie feministycznym. Cały numer dostępny jest tutaj: https://lodzkiedziewuchy.org.pl/numer/

Gorąco polecam lekturę. Jest i o chorobie, i o terapii, o traumie oraz…o czarownicach.

(ENG.) It is hard, although it would be more accurate to say „it is constantly changing”. There are hours during the day when I function perfectly; I laugh, joke, go for a run, go out with my dog, write, draw; I am sure that I can handle everything and I feel strong. And then comes the microattack and I plan my own death, I plan to go to sleep for a hundred years and wake up in a world where I no longer have any problems. When my thoughts get too obsessive, I have to take antipsychotics – it’s like a psychotic attack, but about dying. I take one pill, take another, and pray to whoever is listening to fall asleep quickly and wake up feeling better. Today I woke up in jus a little better condition. Again, I am in the narrative „I can’t do it”, „I won’t lift these burdens”, „let me disappear”. My healthy parts try to hold my hand and stroke me, which is probably why I don’t completely collapse; I’m just a bit bent towards the ground. And although I am now closer to the horizontal position, I try to force myself to stay upright. Not dreaming of being underground, not dreaming of hiding in a deep sea cavity under stones (my new place of peace in the imagination), where no one will find me for a thousand years. I try to say YES to life after all, despite how gross it seems to me.

My mom is very ill. So much so that we consider my lonely trip to Poland before Christmas. I have not traveled alone since 2014, when a disease wiped me off the face of the earth just before Christmas and I ended up in a clinic. Yesterday most of the day I was mobilized, strong and determined. There is a goal, there is a mission, I have a task, I have clarity. I will come and help. Then came the well-known wave – „I can’t make it, I can’t even get out of the house.” I know that there will be many such attacks before I leave. Once I’m there – who knows, maybe my entire internal system will upright and mobilize. But these fears before it happens… they swallow me with their dark maws and chew, painfully chew me.

I know it’s not me, it’s a disease – and this thought helps me distance myself a bit from them. That’s the disease that says it all. It is she who whispers, who shows these dark scenarios. It will pass. I also have a healthy me inside me. I have to call her, summon her, but so that she is with me for longer.

PS. Last news, good one: my texts and graphics (Zuzanna Korońska) appeared in the next issue of „Silne. A social aperiodic. ” – a Polish feminist journal. The entire issue is available here: https://lodzkiedziewuchy.org.pl/numer/ , of course when you understand a bit of Polish language…

nowy język / new language

(ENG. BELOW) No i stało się – ruszyłam w eter. Podcastu ze mną można wysłuchać tutaj:

Jako że wczoraj dostałam kolejne słowa docenienia, tym razem z innej strony, jestem zupełnie ogłupiała i przygnębiona faktem, że zupełnie nie potrafię ich pomieścić. Wczoraj tak mnie rozsadzały, że chciałam walić głową w ścianę i dokonywać różnych innych aktów autodestrukcji. Gdyby ktoś powiedział do mnie „nie chcemy mieć z tobą nic wspólnego, wariatko”, byłoby mi to łatwiej usłyszeć niż „jestem pod wrażeniem twoich działań”. Ogrom pogardy, jaką kieruję do siebie samej, pasuje jak dobrze skrojone ubranie, a komplementy sprawiają, że redukuję się do stanu ssącej kciuk, zdziczałej kilkulatki. Na szczęście mam dziś sesję terapeutyczną i ogromnie liczę na poznawczo-behawioralną pomoc mojego psychiatry. Mam nadzieję, że będziemy wspólnie potrafili jakoś mnie objąć i uspokoić.

Dzika Dziewczynka wewnątrz mnie jest bardzo nieufna i bardzo przestraszona. Boi się, że będzie musiała sprostać czyimś oczekiwaniom, i że oczywiście im nie sprosta, bo to najzwyczajniej w świecie niemożliwe. Jeśli przez zdecydowaną większość życia byłaś tresowana do jak najlepszego, bezbłędnego osiągania celów, ale ta droga nigdy się nie kończyła, bo za jednym celem już wyłaniał się następny, i tak w nieskończoność, nie potrafisz odpocząć otulona dobrymi słowami. Po prostu nie masz ich w swoim słowniku. „Jesteś wspaniała”, „doceniam cię”, „lubię cię taką, jaka jesteś” – to wszystko brzmi jak wypowiadane w obcym języku, którego twój wewnętrzny system nie potrafi obsługiwać. Wyciągam do Dzikiej Dziewczynki pomocną dłoń, ale ona potrafi tylko gryźć.

Powoli, krok za krokiem, będę się musiała nauczyć nowego języka.

(ENG.) And so it happened – my first podcast was published. Unfortunately only in Polish this time.

As I received even more words of appreciation yesterday, this time from a different person, I am completely dumbfounded and depressed that I cannot contain them at all. Yesterday they blew me up so much that I wanted to bang my head on the wall and perform various other acts of self-destruction. If someone said to me, „we don’t want to have anything to do with, you crazy shit,” it would be easier for me to hear than „I’m impressed by your actions.” The amount of contempt I have for myself fits like well-cut clothes, and compliments reduce me to a thumb-sucking, wild little girl. Fortunately, I have a therapy session today and I count immensely on the cognitive-behavioral help of my psychiatrist. I hope that together we will be able to somehow embrace me and calm me down.

The Wild Girl inside me is very distrustful and very scared. She is afraid that she will have to live up to someone else’s expectations and that of course she will not meet them, because it is simply impossible. If for the vast majority of your life you were trained to achieve your goals in the best possible way, but this path never ended, because after one goal another one was emerging, and so infinitely, you cannot rest wrapped in good words. You just don’t have them in your dictionary. „You are a great person”, „I appreciate you”, „I like you the way you are” – it all sounds like spoken in a foreign language that your internal system cannot handle. I hold out a helping hand to the Wild Girl, but she can only bite.

Slowly, step by step, I will have to learn a new language.

porwana / kidnapped

(ENG.BELOW) Dziś od rana jestem zamglona jak krajobraz za oknem. Znów gdzieś zgubiłam jasność myślenia, emocji i intencji. Rano musiałam się poratować koktajlem olanzapinowo-lorazepamowym, ze względu na obsesyjne myśli samobójcze. Mimo wszystko próbuję pamiętać o tym, że mam w sobie i te zdrowe części, tylko czasem zapadają się tak głęboko, że nie potrafię ich dosięgnąć.

Przetacza się przeze mnie duży, ciężki proces autoterapeutyczny. Machina kompleksów, głęboko zaryta w mojej podświadomości, ruszyła, gdy poprzedniego wieczora dostałam komunikat od pewnej życzliwej, twórczej i wspierającej osoby płci męskiej, z którą czułam się w relacji bardzo bezpiecznie. Napisał: nie tylko akceptuję cię w całości, ale i uważam, że jesteś wspaniałą osobą. Mój mózg najpierw rozbłysnął milionami radosnych synaps, jakby ktoś dał mi narkotykowy szot, a następnie uruchomił program „zespół stresu pourazowego“ oraz „Wewnętrzny Krytyk“. Czemu on pisze, że jestem wspaniała? Czego ode mnie chce? Co sobie o mnie wyobraża? Jak bardzo się myli? Może chce pocieszyć wariatkę? Przecież jestem zepsuta, połamana, mam za sobą niechlubne karty z przeszłości, których do dziś się wstydzę, a których on jest świadomy. Co on ma na myśli? Jak to – jestem wspaniała? Jak on może mnie akceptować w całości, jeśli ja jestem tak daleka od akceptacji siebie w całości, bo tyle we mnie wstydu i samopogardy? Marzę o tym, by ktoś miał mnie za wspaniałą osobę – potwornie boję się tego, że ktoś ma mnie za wspaniałą osobę.

Krok za krokiem, próbuję rozplątać się z kłębowiska myśli i emocji. Śni mi się, że zostaję porwana przez adoratora, i mimo że biję go z całej siły, z pięści, w twarz, kopię, walczę – on pozostaje niewzruszenie we mnie zapatrzony. Nie chcę zostać porwana przez mój lęk, przez mój niepokój, przez mój zespół stresu pourazowego – bo przecież moja pierwsza hospitalizacja przed laty zaczęła się właśnie dlatego, że zostałam porwana przez epizod maniakalno-depresyjno-psychotyczny i zrobiłam w związku z tym wiele rzeczy, których wolałabym nigdy nie popełnić. Chcę być człowiekiem, który, gdy słyszy od kogoś, że jest wspaniałą osobą, nie reaguje jak lis w klatce, hodowany na futro, którego godzina się zbliża. Chcę reagować jak zdrowa osoba – cieszyć się, czuć wdzięczność, radość z docenienia, dumę, uśmiechać się i wklepywać dobre słowa jak życzliwy balsam. Tymczasem jestem zdjęta trwogą do takich rozmiarów, że muszę ratować się lekami. Kim się stałam?

Mój psychiatra zawsze powtarza: pielęgnuj w sobie Racjonalnego Dorosłego. Rozpoznawaj, gdy porywają cię inni aktorzy twojego wewnętrzego teatru i szukaj obiektywnej oceny sytuacji. Przedzieram się przez zwały chorobowej mgły i docieram do odrobiny jasności: uczucia nieśmiałości, że ktoś mnie docenia, radości i nieufności zarazem, ulgi i poczucia, że mam wiele talentów i zasobów, które można uznać za – no, może nie wspaniałe – ale dobre. Cała reszta mojego wewnętrznego dialogu wokół tej sytuacji to powykręcane, chorobowe i postchorobowe śmieci. Nie chcę oddychać ich zapachem. Chcę oprzeć się na moim Racjonalnym Dorosłym.

Trzymaj kciuki za mój proces.

Today, since morning, I am foggy like the landscape outside the window. Again, somewhere I have lost my clarity of thinking, emotions and intentions. In the morning I had to rescue myself with an olanzapine-lorazepam cocktail due to obsessive suicidal thoughts. After all, I try to remember that I have these healthy parts in me, but sometimes they sink so deep that I can’t reach them.

A large, heavy self-therapeutic process is going through me. The machine of complexes, deeply embedded in my subconscious, started when the previous evening I received a message from a kind, creative and supportive male person with whom I felt very safe in a relationship. He wrote: not only do I accept you fully, but I think you are a great person. My brain first flashed with millions of happy synapses, as if someone had given me a drug shot, and then launched the PTSD and Inner Critic programs. Why does he write that I’m great? What does he want from me? What does he imagine about me? How wrong is he? Maybe he wants to cheer the madwoman up? After all, I am broken, twisted; I have behind me shameful deeds from the past, which I am ashamed of still, and which he is aware of. What does he mean? How is it possible – to think I’m great? How can he accept me as a whole when I’m so far from accepting myself as a whole because I have so much shame and self-contempt? My dream is for someone to think I am a great person – and I am terribly afraid that someone will think I am a great person.

Little by little, I try to unravel myself from the entanglement of thoughts and emotions. I dreamt last night that I got kidnapped by an admirer, and even though I beat him with all my strength, with my fist, in the face, kicking, fighting – he remained enchanted by me. I don’t want to be kidnapped by my anxiety, by my fear, by my post-traumatic stress disorder – because my first hospitalization years ago started precisely because I was kidnapped by a manic-depressive-psychotic episode and I did a lot of things that I’d rather never commit. I want to be a person who, when she hears from someone that she is a great person, does not react like a fox in a cage, bred for fur, whose end is approaching. I want to react like a healthy person – enjoy, feel grateful, find joy in appreciation, pride, smile and tap good words like a kind balm. Meanwhile, I am so afraid that I have to save myself with drugs. Who have I become?

My psychiatrist always says: nurture a Rational Adult within you. Recognize when you are kidnapped by other actors of your inner theater and look for an objective assessment of the situation. I tear my way through the mounds of the morbid fog and reach a bit of clarity: a feeling of shyness that someone appreciates me, joy and distrust at the same time, relief and a feeling that I have many talents and resources that could be considered – well, maybe not great – but good. All the rest of my internal dialogue around this situation is twisted, sick and post-sickness rubbish. I don’t want to breathe its scent. I want to lean on my Rational Adult.

Cross your fingers for my process.

piękny dom / a beautiful house

(ENG.BELOW) Kwas walproinowy wypłukuje się z mojego organizmu; wielotygodniowa faza maniakalno-psychotyczna przekształca się w depresyjną, ale łapię też momenty trzeźwości i równowagi. Z tych właśnie momentów przypływają do mnie pytania, na które na razie nie znam odpowiedzi, ale jestem zdeterminowana, by ich poszukać:

Kim jestem poza chorobą? Jaką jestem osobą?

Z czym się identyfikuję poza chorobą? Co jest dla mnie ważne?

Czy potrafię i chcę tworzyć poza chorobą? Co? W jaki sposób?

Jakim jestem człowiekiem w kontakcie – jak widzą mnie ci, którzy nie wiedzą, że jestem chora? W jaki sposób mogłabym się na tym oprzeć?

Na czym polega moje życie, oprócz chorowania?

Kim chcę się stawać? W jakich kierunkach chcę podążać?

Na jakich moich zdrowych, naturalnych częściach mogę polegać?

Jestem już zmęczona i sfrustrowana pisaniem wciąż o tym, jak źle się czuję. Malowaniem tego, jak źle się czuję. Pisaniem sztuk i książek o tym, jaka ze mnie wariatka. Nagraniem podcastu o chorobie. Planowaniem kolejnej publikacji – oczywiście o chorobie. Prezentowaniem się jak artystka z doświadczeniem kryzysu psychicznego, przebywająca wyłącznie w otoczeniu podobnych artystów.

Wczoraj przypłynął do mnie obraz pięknego domu, w którego podziemiach znajduje się Straszny Pokój – obskurny loch z ciężkimi kajdanami. I ja, mimo, że mam cały ten piękny budynek do dyspozycji, schodzę tam od czasu do czasu, przykuwam się do ściany i cierpię w samotności. Mam tego dość. Literek B jak „bipolar“ (dwubiegunowy) na moich licznych obrazach, podkrążonych oczu na moich portretach, kolejnych wpisów o tym, jak bardzo mi ciężko.

Jako że frustracja może być bardzo cennym nawozem, zobaczymy, co na niej wyrośnie. Czuję się zdeterminowana, podekscytowana i wystraszona.

Trzymajcie kciuki.

PS. Dziś bez grafiki.

ENG Valproic acid is flushing out of my body; the manic-psychotic phase that lasted for several weeks turns into a depressive one, but I also catch moments of sobriety and balance. It is from these moments that questions come to me, to which I do not know the answers yet, but I am determined to look for them:

Who am I outside of the disease? What kind of person I am?

What do I identify with other than my illness? What is important to me?

Can I and do I want to create outside the disease? What? How?

What kind of person I am in contact with the others – how do those who do not know that I am sick see me? How could I rely on this, relax into this, grasp it and hold on to it?

What is my life about, apart from being sick?

Who do I want to become? What directions do I want to follow?

What of my healthy, natural parts can I rely on?

I am tired and frustrated by keeping writing about how miserably I feel. Painting how bad I feel. Writing plays and books about how crazy I am. Recording a podcast about the disease. Planning the next publication – about the disease, of course. Presenting myself as an artist with an experience of a mental crisis, staying only in the vicinity of similar artists.

Yesterday an image of a beautiful house opened in my imagination, in the basement of which there is the Haunted Room – an abominable dungeon with heavy chains. And even though I have all this beautiful building at my disposal, I go down there from time to time, I chain myself to the wall and I suffer alone. I’m sick of it. The letters B like „bipolar” on my numerous paintings, dark circles under the eyes on my portraits, more posts about how hard everything is for me.

As frustration can be a very valuable fertilizer, we’ll see what grows out of it. I feel determined, motivated and scared.

Keep your fingers crossed.

PS. No graphics today!

żniwa / harvest

(ENG. BELOW) Słaba zaczęłam być w sobotę popołudniu. W niedzielę orzekliśmy: łagodny spacer. Szłam noga za nogą. Wróciliśmy do domu, miałam problem, by się rozebrać. Popłakałam się ze zmęczenia i bezradności. Zrobiłam się tak słaba, że musiałam leżeć, nie byłam w stanie mówić, jeść. Poniedziałek do południa, po trzech kawach, był znośny. Potem siedem godzin w łóżku i znów te same symptomy: straszna słabość, dreszcze, stan podgorączkowy na zmianę z temperaturą 35,5, zawroty głowy; nie mam siły jeść, nie mam siły mówić, przestaję malować. Już w niedzielę wieczorem podejmujemy z moim psychiatrą decyzję o obniżeniu kwasu walproinowego. W poniedziałek – kolejna obniżka. Mam wrażenie, że mój organizm jest zatruty. Słabość, nudności, zawroty głowy, wyczerpanie są na liście skutków ubocznych leku, który miał mnie ocalić od wahań nastroju. Już wiemy, że nie ocali, bo po raz kolejny…nie będę w stanie go tolerować. Mam do wyboru: albo być leżąca, z narastającą depresją, że nic nie jestem w stanie zrobić, albo cierpieć na zaburzenia afektywne. Trudny wybór. Dziś rano, po trzech kawach, pojawiają się myśli samobójcze na tle bezradności.

Skutki uboczne leków psychiatrycznych to temat rzeka. Jesteśmy słabi, senni, tyjemy, jemy bez przerwy albo mamy nudności i nie jemy; przestajemy czuć cokolwiek, ślinimy się albo mamy nieustannie sucho w ustach; jesteśmy permanentnie zmęczeni, bolą nas mięśnie, nasza wątroba albo nerki stawiają weto; mamy problemy z koncentracją, motywacją, twórczością. Do tego dochodzi dopasowywanie a) leków (mam ich wypróbowanych już ponad 25) b) dawek leków, które może trwać tygodniami albo miesiącami. I nieustanny rollercoaster oczekiwań, nadziei i rozczarowań: czy tym razem się uda? Czy ten zadziała? Czy mój organizm go przyjmie, czy sobie z nim poradzi? Czy skutki uboczne nie będą przeważały potencjalnych korzyści?…

W międzyczasie dzieją się dobre rzeczy, będące jak prezenty podczas tego ciężkiego okresu przymierzania kwasu walproinowego. Pojawia się potencjalny zainteresowany reżyserią mojej drugiej sztuki. Mój pierwszy podcast o chorobie i twórczości pojawi się w sieci w niedzielę. Moje rysunki wykorzystała grupa feministyczna, komplementując je wielce, a jedno z twórczych miejsc w Krakowie chce zorganizować wieczór literacki poświęcony mojej książce i obrazom.

Mam wrażenie, jakbym znalazła się w okresie żniw i zbierała owoce tego, co tak pieczołowicie zasiewałam przez cały rok. Cudowne uczucie, onieśmielające, jednocześnie jak dobry, otulający balsam. Chciałabym mieć troszkę więcej siły, by móc się tym wszystkim cieszyć.

I started being weak on Saturday afternoon. On Sunday we had to give up the idea of an excursion and go just for a gentle walk instead. I was walking very slowly, trying to save the little amounts of energy I still had. We came home, I had a problem to undress. I cried from exhaustion and helplessness. I got so weak that I had to lie down, I couldn’t speak, I couldn’t eat. Monday until noon, after three coffees, was bearable. Then seven hours in bed and the same symptoms again: terrible weakness, chills, low-grade fever alternating with a temperature of 35.5, dizziness; I had no strength to eat, no strength to speak, I stopped painting. Already on Sunday evening we make an emergency decision with my psychiatrist to lower valproic acid. On Monday – another one, lowering the medication to minimum. I had the impression that my body was poisoned. Weakness, nausea, dizziness and exhaustion are on the list of side effects of a drug that was supposed to save me from mood swings. We already know that it will not save me, because once again … I will not be able to tolerate it. I have a choice: either be lying down with increasing depression that there’s nothing I can do, or suffer from affective disorders. A difficult choice. This morning, after three coffees, I started to have thoughts of suicide because of my helplessness.

The side effects of psychiatric medications are a long and complex subject. We are weak, sleepy, we get fat, we eat all the time, or we feel sick and do not eat; we stop feeling anything, we drool over or our mouth is constantly dry; we are constantly tired, our muscles ache, our liver or kidneys veto; we have problems with concentration, motivation, creativity. Added to this is the adjustment of a) drugs (I have tried more than 25 of them) b) drug doses, and this whole process can last for weeks or months. And a constant rollercoaster of expectations, hopes and disappointments: will it work this time? Will this one work at all? Will my body accept it or cope with it? Will the side effects outweigh the potential benefits? …

Meanwhile, good things happen that are like gifts during this hard time of trying on valproic acid. There is a potential interest in directing my second play. My first podcast about disease and creativity will be online this Sunday. A feminist group used my drawings, complimenting them greatly, and one of the creative places in Krakow wants to organize a literary evening devoted to my book and paintings.

I have the impression that I am in the harvest season, reaping the fruits of what I have been sowing so carefully all year round. A wonderful feeling, a bit intimidating and at the same time like a good, enveloping balm. I wish I had a little more strength to enjoy it all.