jak oszaleć i przeżyć / how to go crazy and survive

(ENG.below) Minęło siedem lat od mojej pierwszej hospitalizacji. Jakoś nie mogę uwierzyć, że aż tyle. Pamiętam swoje życie sprzed choroby – wydaje mi się piękne i niemal beztroskie, jak idylliczne dzieciństwo. Oczywiście to iluzja, miałam swoje zmartwienia i trudności, ale w porównaniu z życiem obecnym tamto wygląda jak bajka. Depresyjne symptomy wciąż nie ustępują, choć psychotyczne zniknęły. Wczoraj wieczorem miałam atak paniki dotyczący tego, że jestem chora i że już zawsze będę chora. Że jestem uwięziona, zniewolona przez chorobę, która dyktuje swoje plany, wpływa na moje emocje, poziom energii, motywację, myśli i przekonania. „Ta choroba będzie już z Panią zawsze”, jak powiedział mój ulubiony psychiatra. Pozostają mi dwa wyjścia – albo zniknąć albo nauczyć się z nią żyć. Ale jak uczyć się żyć z halucynacjami, urojeniami, depresją, manią? Jaka szkoła uczy radzić sobie z egzystencjalnym bólem nie do zniesienia? Gdzie nauczyć się nie sięgać po żyletkę, nie bać się wybuchu nuklearnego, nie podejrzewać męża o chęć otrucia mnie? Może kiedyś, kiedy już się tego wszystkiego nauczę, założę szkołę przetrwania dla wariatów. Myślę, że byłoby to bardzo potrzebne.

Mimo wszystko przez te siedem lat nauczyłam się kilku rzeczy. Tego, że sztuka mnie ocala, a codzienne rysowanie czy malowanie uspokaja. Tego, żeby zawsze nosić przy sobie leki. Że bieganie mi pomaga, oraz kontakt z naturą i przyjaciółmi. Że każda faza prędzej czy później mija – oczywiście tylko po to, by wrócić za jakiś czas.

„Jak oszaleć i przetrwać”, tak się będzie nazywała ta szkoła.

It’s been seven years since my first hospitalization. Somehow I can’t believe it’s that much. I remember my life before my illness – it seems beautiful and almost carefree to me, like an idyllic childhood. Of course it’s an illusion, I had my worries and difficulties, but compared to the present life that one looks like a fairy tale. The depressive symptoms still persist, although the psychotic symptoms have disappeared. Yesterday evening I had a panic attack about being sick and being sick forever. That I am trapped, enslaved by the disease that dictates my plans, affects my emotions, energy levels, motivation, thoughts and beliefs. „This disease will be with you forever,” said my favorite psychiatrist. I have two options – either disappear or learn to live with it. But how do you learn to live with hallucinations, delusions, depression, mania? What school teaches you to deal with unbearable existential pain? Where to learn not to reach for a razor blade, not to be afraid of a nuclear explosion, not to suspect your husband of wanting to poison you? Maybe someday, when I learn all this, I’ll start a madness survival school. I think it would be very necessary.

After all, during these seven years, I learned a few things. Art – it saves me and everyday drawing or painting calms me down. Always carry your medication with you. That running helps me as well as contact with nature and friends. That each phase will pass sooner or later – only to come back some time, of course.

„How to go crazy and survive”, that’s what this school will be called.

święty Mikołaj / Santa Claus

(ENG.below)

Dziś światowy dzień walki z depresją. Wszyscy gromadzimy się z toporami i mieczami, by usiec tego śmiertelnie przecież groźnego przeciwnika. Z tej okazji spotykam się z kolegą, który od wielu lat jest w depresji. Pytam go, czy wierzy w zdrowienie. Tak malutko, odpowiada. Tyle, co w świętego Mikołaja? – dopytuję. Nie, w świętego Mikołaja wierzę bardziej, mówi on. Wierzę w nadzieję na zdrowienie, dodaje. To ona mi pozwala przeżyć z dnia na dzień. Stworzą nowe leki, nowe terapie, nowe podejścia…O kurcze, to brzmi prawie optymistycznie! Śmiejemy się. Oboje czasem nie mamy siły wstać z łóżka ani się umyć, ubrać, przygotować coś do jedzenia. Przy czym on żyje sam, a ja mam opiekę męża. Wiem, że ktoś się mną zajmie, ktoś mi pomoże. On nie ma tyle szczęścia.

Piszę ten tekst na balkonie, na którym przesiaduję godzinami, rysując, bo jest tak ciepło. Piszę z depresji, która trwa już miesiąc; zelżała po lekach antydepresyjnych, które w końcu zadziałały, w wyniku czego nie czuję teraz absolutnie nic. Moja paleta uczuć zredukowała się do spokoju i niepokoju, który przybiera różne ostre formy. Przez ostatnie trzy dni, każdego dnia miałam urojenia. Pierwszy atak w niedzielę na wycieczce, drugi w centrum miasta, podczas oczekiwania na kolegę, trzeci wczoraj., wzbogacony o halucynacje. Teraz każdego popołudnia boję się, że symptomy psychotyczne znowu przypłyną i porwą mnie w irracjonalny, wykrzywiony świat podejrzeń i derealizacji. Dziś zostałam sama w domu i towarzyszył mi ogromny lęk. A co jeśli na symptomy depresyjne nałożą się psychotyczne, i zrobię sobie krzywdę?…

Z okazji światowego dnia walki z depresją życzę wam wszystkim, żebyście nigdy nie musieli walczyć z depresją. Ani swoją, ani niczyją inną.

Today is the world day for the fight against depression. We all gather with axes and swords to stalk this deadly enemy. On this occasion, I meet a friend who has been depressed for many years. I ask him if he believes in healing. Just a tiny, tiny bit, he replies. So much as in Santa Claus? – I ask. No, I believe in Santa Claus more, he says. I believe in hope for recovery, he adds. It allows me to survive from day to day. They will create new drugs, new therapies, new approaches … Oh gosh, that sounds almost optimistic! We laugh. We both from time to time don’t have the strength to get out of bed or wash, dress or prepare something to eat. He lives alone and I have my husband’s care. I know someone will take care of me, someone will help me. He is not so lucky.

I am writing this text on the balcony, where I sit for hours drawing, because it is so warm outside. I am writing from a depression that has been going on for a month; it got better with the help of antidepressants which finally worked and as a result I feel absolutely nothing now. My palette of feelings has been reduced to peace and anxiety, which take various harsh forms. For the past three days, I’ve been delusional every day. The first attack on Sunday during the trip, the second one in the city center while waiting for a friend, the third one yesterday, enriched with hallucinations. Now, every afternoon I fear that the psychotic symptoms will re-emerge and take me into an irrational, distorted world of suspicion and derealization. Today I was alone at home and I was accompanied by great anxiety. What if my depressive symptoms get combined with psychotic symptoms and I hurt myself? …

On the occasion of world depression day, I wish you all that you never have to fight depression. Neither yours nor anyone else’s.

trzy kroki wstecz / three steps back

(ENG.below) Depresja nie zna litości.

Trzyma mnie już niemal trzy tygodnie, w trakcie których podarowała dwa dni bez symptomów. Dzięki temu, że zażywam Lit, skończyły się szybkie zmiany faz, a zaczęły dłuższe fazy…takie jak ta.

Są dni, kiedy przyznaję sobie punkty za każde osiągnięcie. Wstałam. Trzy godziny odpoczynku. Umyłam się. Godzina odpoczynku. Ubrałam się. Dwie godziny odpoczynku. Narysowałam coś, to mnie uspokaja. Zjadłam. Godzina snu. Z psem wychodzi głównie mój mąż. Gdy wylosuję szczęśliwy numerek i mam lepszy dzień, idę biegać (już nie regularnie). W mój najlepszy dzień spotkałam się z kolegą. Poprzedniego dnia czekając na przyjaciela dostałam urojeń i musiał mnie odprowadzić do domu. Są też momenty jeszcze gorsze, gdy przychodzą obsesyjne myśli samobójcze i takie o samookaleczaniu. Wewnętrzna destrukcyjna siła podpowiada mi, że to mi pomoże, przyniesie ulgę. Łykam jeden Lorazepam za drugim. Modlę się do antydepresantów, żeby w końcu zadziałały.

Zaczęłam rezygnować. Wycofałam się z nagrywania podcastów. Wycofałam się z projektu artystycznego. Przestałam pisać artykuły o sztuce – trzeci projekt. Każda inicjatywa jest jak Mount Everest, obarczona gigantycznym progiem, na który, jak mi się wydaje, nie dam rady się wspiąć.

Jedyne co pomaga, to rysowanie na balkonie. Mogę tak siedzieć dwie, trzy godziny, bo jest u nas już ciepło. Czuję się trochę jak w przedszkolu. Nic nie muszę, mogę się tylko bawić. A ta zabawa mnie uspokaja i gruntuje.

Dziś jedziemy nad rzekę. Temperatura wody: 7 stopni. Mam zamiar wskoczyć. To zawsze dostarczało mi dużo radości. Może naładuję baterię na kilka godzin. Może ruminacje sobie pójdą. Może rzeka obudzi we mnie chęć życia choć na trochę dłużej. Jeśli nie…mój lekarz doradza kolejną hospitalizację.

Depression knows no mercy.

She has been pushing on me for almost three weeks, during which she gave me two days without symptoms. By taking Lithium, the rapid phase changes are over and longer phases have started… like this one.

There are days when I give myself points for every achievement. I got up. Three hours of rest. I washed myself. One hour of rest. Dressed up. Two hours of rest. I drew something, it calms me down. I ate. One hour of sleep. Mainly my husband goes out with the dog. When I draw a lucky number and I have a better day, I go jogging (not regularly anymore). On my best day, I met my friend. The previous day, while waiting for another friend, I got delusional and he had to walk me home. There are also even worse moments when obsessive thoughts about suicide and self-harm come. The inner destructive force tells me that it will help me, it will bring me relief. I swallow one Lorazepam after another. I pray to the antidepressants so they’ll finally work.

I began to quit. I have withdrawn from recording podcasts. I withdrew from the art project. I stopped writing articles about art – third project. Each initiative is like Mount Everest, burdened with a gigantic threshold, which I think I will not be able to climb.

The only thing that helps is drawing on the balcony. I can sit like this for two or three hours because it’s already warm in our place. I feel a bit like in a kindergarten. I don’t have to do anything, I can only have fun. And this drawing play calms me down and grounds me.

Today we’re going to the river. Water temperature: 7 degrees. I’m going to jump in. It has always been a lot of fun for me. Maybe I’ll charge the battery for a few hours. Maybe the ruminations will go away. Maybe the river will make me want to live a little longer. If not… my doctor advises another hospitalization.

nie twoja rola / not your job

(ENG.BELOW) Jestem w klinice.

W czwartek przez cały dzień miałam obsesyjne myśli samobójcze, które nie reagowały na olbrzymie dawki leków, jakie zwykle mnie uspokajają. Z mężem jesteśmy umówieni tak, że mówię – mówię gdy jest źle, gdy jest niebezpieczniem gdy robi się nieznośnie. Tym razem nie powiedziałam. Co więcej, zachęciłam go, by poszedł spotkać się z kolegą. A wtedy pocięłam sobie przedramię. Ulga, jaka po tym nastąpiła, była niewiarygodna, nie do opisania. To chyba najbardziej mnie przeraziło. Następnego dnia rano zorganizowałam sobie pobyt w klinice.

Jestem tu już ósmy raz (powinnam chyba dostać kartę stałego klienta), ale trafiłam na nowy oddział o wdzięcznej nazwie Lenoir. Obsługa jest przesympatyczna, pomocna, życzliwa. Ordynatorka, urodzona w Bytomiu, pamięta jeszcze trochę polskiego, choć wychowywała się już w Niemczech. Na oddziale jest około 20 pacjentów, w większości w różnych stadiach depresji, jest więc przeważnie cicho i sennie, oprócz momentów, kiedy aktywizuje się Straszny Pan, krzyczy, przeklina, biega, zaśmiewa się z niczego, trzaska rzeczami, pali na korytarzu, goni w samej bieliźnie tam i z powrotem i ciężko go spacyfikować. No cóż, nie jesteśmy w zwyczajnym szpitalu, choć pośród pacjentów depresyjnych można mieć takie wrażenie. Ale Straszny Pan jest jak wykrzyknik, który przypomina, że przebywamy w klinice psychiatrycznej, bo jesteśmy wszyscy psychicznie chorzy.

Co do mojego leczenia, włączamy nowy lek antypsychotyczny, używany w leczeniu schizofrenii (Reagila); do tego podwyższamy dawkę litu. Dla bezpieczeństwa mam zakaz samodzielnego wychodzenia z oddziału. Dopóki nie przyjeżdża do mnie mąż, jestem więc uziemiona. Rysuję (mamy atelier), zajadam się przepysznymi posiłkami (tofu, szaszłyki owocowe, deska serów…tak, naprawdę tak to tutaj wygląda), snuję się między moim trzyosobowym pokojem a palarnią. No i piszę.

Możecie się zastanawiać, dlaczego piszę wprost o samookaleczaniu. Przecież to taki ciężki temat, w zasadzie – tabu. Chcę o tym powiedzieć, żeby podkreślić kilka rzeczy. Po pierwsze – unaocznić, jak koszmarny może być ból psychiczny, że wolimy od niego ostry ból cięcia własnego ciała. Po drugie – pokazać, na czym polega szybka zmiana faz; jednego dnia maluję, piszę sztukę, cieszę się moimi publikacjami, planuję podróż, nazajutrz wszystko się wali i spada w wielką czerń. Po trzecie – ja wiem, że to trudne i wymaga wiele od osób zdrowych – ale bądźcie wyczuleni na pewne sygnały; na to, że ktoś zaczyna coraz częściej sygnalizować, że czuje się dla was czy dla bliskich ciężarem, że łatwiej by wam było bez niej/niego, ale że jednocześnie wszystko jest w porządku. Nie poddawajcie się i gdy tylko czujecie jakiś dysonans, reagujcie, rozmawiajcie. I ostatnia prośba: jeśli zobaczycie osobę z bliznami po cięciach, nie myślcie o niej, że stara się zwrócić na siebie uwagę. Mój boże. Ona stara się przeżyć. Przywrócić się bólem do stanu normalności, bo już wyczerpała wszelkie inne sposoby. I wtedy naprawdę potrzebuje fachowej, profesjonalnej pomocy i opieki. Wasza już nie wystarczy.

I pamiętaj, nie jest twoją rolą ocalać komuś życie.

(ENG.) I’m in the clinic.

All day on Thursday, I had obsessive thoughts of suicide that didn’t respond to the huge doses of drugs that usually calm me down. We have a deal with my husband – I always tell him when it is bad, when it is dangerous, when it gets unbearable. This time I didn’t say anything. Moreover, I encouraged him to go see a friend. And then I cut my forearm. The relief that followed was unbelievable, beyond description. That scared me the most. The next morning I made an appointment at the clinic.

I’m here for the eighth time (I should probably get a loyalty card), but I found a new department aptly named Lenoir. The service is very nice, helpful and friendly. The head physician, born in Bytom, still remembers some Polish, although she was brought up in Germany. There are about 20 patients in the ward, mostly in different stages of depression, so it’s rather quiet and sleepy, except when the Scary Guy activates, screams, curses, runs, laughs at nothing, cracks things, smokes in the corridor, chases only in his underwear back and forth and it’s hard to pacify. Well, we are not in an ordinary hospital, although this is the impression among depressed patients. But the Scary Guy is like an exclamation point that reminds us that we are in a psychiatric clinic because we are all mentally ill.

As for my treatment, we include a new antipsychotic drug used to treat schizophrenia (Reagila); additionally, we increase the dose of Lithium. For safety reasons, I am forbidden to leave the ward on my own. So long as my husband doesn’t come to see me, I’m grounded. I draw (we have an atelier), eat delicious meals (tofu, fruit skewers, cheese board … yes, this is what it looks like here), I wander between my three-person room and the smoking room. And I am writing.

You may wonder why I am writing directly about self-mutilation. It’s such a heavy topic, actually – a taboo. I want to mention this to highlight a few things. First of all – to show how nightmarish mental pain can be, that we prefer sharp pain of cutting our own body to it. Secondly – to show what a quick phase change is; one day I paint, write a play, enjoy my publications, plan a trip, the next day everything collapses and falls into great blackness. Third – I know it is difficult and requires a lot from healthy people – but be alert to certain signals; to the fact that someone begins to mention more and more often that they feel like a burden for you or their loved ones, that it would be easier for you without her / him, but that at the same time everything is fine. Do not give up and whenever you feel any dissonance, react, talk. One final request: if you see a person with a cut scar, don’t think of them as trying to get attention. My God. They are trying to survive. To be back to normal – using pain, because they have exhausted all other methods. And then they really need professional help and care. Yours is not enough anymore.

And remember, it’s not your job to save someone’s life.

piękny dom / a beautiful house

(ENG.BELOW) Kwas walproinowy wypłukuje się z mojego organizmu; wielotygodniowa faza maniakalno-psychotyczna przekształca się w depresyjną, ale łapię też momenty trzeźwości i równowagi. Z tych właśnie momentów przypływają do mnie pytania, na które na razie nie znam odpowiedzi, ale jestem zdeterminowana, by ich poszukać:

Kim jestem poza chorobą? Jaką jestem osobą?

Z czym się identyfikuję poza chorobą? Co jest dla mnie ważne?

Czy potrafię i chcę tworzyć poza chorobą? Co? W jaki sposób?

Jakim jestem człowiekiem w kontakcie – jak widzą mnie ci, którzy nie wiedzą, że jestem chora? W jaki sposób mogłabym się na tym oprzeć?

Na czym polega moje życie, oprócz chorowania?

Kim chcę się stawać? W jakich kierunkach chcę podążać?

Na jakich moich zdrowych, naturalnych częściach mogę polegać?

Jestem już zmęczona i sfrustrowana pisaniem wciąż o tym, jak źle się czuję. Malowaniem tego, jak źle się czuję. Pisaniem sztuk i książek o tym, jaka ze mnie wariatka. Nagraniem podcastu o chorobie. Planowaniem kolejnej publikacji – oczywiście o chorobie. Prezentowaniem się jak artystka z doświadczeniem kryzysu psychicznego, przebywająca wyłącznie w otoczeniu podobnych artystów.

Wczoraj przypłynął do mnie obraz pięknego domu, w którego podziemiach znajduje się Straszny Pokój – obskurny loch z ciężkimi kajdanami. I ja, mimo, że mam cały ten piękny budynek do dyspozycji, schodzę tam od czasu do czasu, przykuwam się do ściany i cierpię w samotności. Mam tego dość. Literek B jak „bipolar“ (dwubiegunowy) na moich licznych obrazach, podkrążonych oczu na moich portretach, kolejnych wpisów o tym, jak bardzo mi ciężko.

Jako że frustracja może być bardzo cennym nawozem, zobaczymy, co na niej wyrośnie. Czuję się zdeterminowana, podekscytowana i wystraszona.

Trzymajcie kciuki.

PS. Dziś bez grafiki.

ENG Valproic acid is flushing out of my body; the manic-psychotic phase that lasted for several weeks turns into a depressive one, but I also catch moments of sobriety and balance. It is from these moments that questions come to me, to which I do not know the answers yet, but I am determined to look for them:

Who am I outside of the disease? What kind of person I am?

What do I identify with other than my illness? What is important to me?

Can I and do I want to create outside the disease? What? How?

What kind of person I am in contact with the others – how do those who do not know that I am sick see me? How could I rely on this, relax into this, grasp it and hold on to it?

What is my life about, apart from being sick?

Who do I want to become? What directions do I want to follow?

What of my healthy, natural parts can I rely on?

I am tired and frustrated by keeping writing about how miserably I feel. Painting how bad I feel. Writing plays and books about how crazy I am. Recording a podcast about the disease. Planning the next publication – about the disease, of course. Presenting myself as an artist with an experience of a mental crisis, staying only in the vicinity of similar artists.

Yesterday an image of a beautiful house opened in my imagination, in the basement of which there is the Haunted Room – an abominable dungeon with heavy chains. And even though I have all this beautiful building at my disposal, I go down there from time to time, I chain myself to the wall and I suffer alone. I’m sick of it. The letters B like „bipolar” on my numerous paintings, dark circles under the eyes on my portraits, more posts about how hard everything is for me.

As frustration can be a very valuable fertilizer, we’ll see what grows out of it. I feel determined, motivated and scared.

Keep your fingers crossed.

PS. No graphics today!