nie martw się / don’t worry

(ENG. below) Ach, jaki cudowny dzień przeżyłam wczoraj. Na placu w centrum miasta, w którym mieszkam, otwarto wystawę plakatów artystów żyjących z diagnozą psychiatryczną. Znalazła się na niej także moja praca. Wystawa nie jest duża, ale obrazy – niesamowicie zróżnicowane, bo każdy z twórców ma swój niepowtarzalny styl.

Przez pandemię zapomniałam już, że potrafię być zwierzęciem społecznym. Że cieszą mnie small talks, uśmiechy, pozowanie do zdjęć, rozmowy z przyjaciółmi, którzy przyszli na otwarcie, chwila małej „chwały” i „popularności”. To moja pierwsza wystawa w samym centrum stolicy, na zewnątrz, ogólnie dostępna. Może ją zobaczyć każdy, kto wraca z pracy transportem publicznym –  po prostu nie da się na nią nie natknąć.

Oczywiście, jeśli jesteś osobą cierpiącą na dysregulację emocji, takie wydarzenia nie pozostają bez echa w twoim mózgu. W noc poprzedzającą otwarcie nie mogłam zasnąć z ekscytacji i poruszenia. W noc po wystawie – podobnie. Pomagałam sobie tabletkami nasennymi, które jednak nie do końca potrafiły pomóc mi wyhamować. Popełniłam też podręcznikowy błąd, wypijając cztery łyki piwa z myślą, że może pomoże mi zasnąć. Poranek następnego dnia był naprawdę bardzo ciężki.

Na szczęście mała dawka Abilify (Aripiprazol), którą zażywam od tygodnia, skutecznie blokuje objawy psychotyczne. Mimo wielu emocji udało mi się więc nie zdysocjować ani nie zderealizować. Ten lek powoduje jednak, że waham się pomiędzy pobudzeniem a zmęczeniem, ale zgadzam się na to z uwagi na brak symptomów psychotycznych.

Na koniec jeszcze jedna dobra wiadomość z wczoraj: mój obraz znajdzie się na okładce katalogu kolejnej wystawy i na zaproszeniach wysyłanych do tysiąca potencjalnych odwiedzających. I znów – wielka radość. I znów – obawa, że stanę się zbyt nakręcona i pojawią się objawy manii. Lecz jednocześnie – medytacyjne przypomnienie: podobnie jak trudne emocje, i te cudowne przemijają, bo taka jest ich „falowa natura”. Nie ma więc co martwić się na zapas.

(ENG.) Ah, what a wonderful day it was yesterday. An exhibition of posters by artists living with a psychiatric diagnosis has opened on the square in the center of the city where I live. It also includes my work. The exhibition is not large, but the paintings – incredibly diverse, because each of the creators has their own unique style.

Due to the pandemic, I have forgotten that I can be a social animal. That I enjoy small talks, smiles, posing for photos, chatting with friends who came to the opening, a moment of little „glory” and „popularity”. This is my first exhibition in the very center of the capital, outside and open to the public. It can be seen by anyone who returns from work by public transport – it is simply impossible not to come across it.

Of course, if you are an emotionally disturbed person, such events do not go unnoticed in your brain. The night before the opening I couldn’t sleep because of excitement. On the night after the exhibition – similarly. I was helping myself with sleeping pills, which, however, were not quite able to help me slow down. I also made a textbook mistake of drinking four sips of beer thinking it might help me sleep. The next morning was really hard.

Fortunately, the small dose of Abilify (Aripiprazole) I’ve been taking for a week has been effective in blocking my psychotic symptoms. So despite many emotions, I managed not to dissociate. This medication, however, causes me to swing between agitation and fatigue, but I agree to it due to the lack of psychotic symptoms.

Finally, one more good news from yesterday: my painting will be on the cover of the catalog of the next exhibition and on invitations sent to 1,000 potential visitors. And again – great joy. And again, fear of getting too turned on and beginning of manic symptoms. But at the same time – a meditative reminder: just like difficult emotions, these wonderful ones pass, because this is their „wave nature”. So there is no need to worry in advance.

staraj się bardziej / try harder

(ENG.below) Uspokoiło się. Wczoraj brak symptomów, za to słabość fizyczna, która skończyła się kilkoma godzinami spędzonymi w łóżku. Mam hipotezę, że moje ciało dostało sygnał: już nie musisz walczyć, możesz odpocząć.

Oczywiście, odpoczynek nie jest moją mocną stroną. Z godziny na godzinę frustrowałam się coraz bardziej, ponieważ moje oczekiwania dotyczące tego, jak mogłoby i powinno być różniły się diametralnie od tego, jak jest. Znane od zarania dziejów „powinnaś coś robić”, „bądź produktywna”, „nie marnuj czasu”, a na nich narastające wtórne przekonania „powinnaś już dac sobie spokój z tymi nakazami”, „przecież miałaś akceptować rzeczywistość taką, jaka jest”, „no co, to ta medytacja w końcu ci nie pomaga, prawda?” Wewnętrzny Krytyk ma się jak pączek w maśle, a ja znajduję się w samym środku kołowrotku emocji i przekonań.

Dawno temu, kiedy byłam zdrowa, prowadziłam warsztaty pracy z Wewnętrznym Krytykiem. Uczyłam tego, że można jego głos „wyciszyć”, będąc empatyczną dla siebie i wyłuskując z jego bezustannego krytycznego bełkotu ziarna prawdy. Próbuję zastosować do siebie własne nauki sprzed lat, ale wychodzi mi to średnio. Wiem bowiem, że krytyczny głos we mnie ma nuklearną broń, którą lubi stosować, a po której niewiele odżywczych składników zostaje wewnątrz mnie: „jesteś zepsuta bo jesteś chora”.

Nie jest więc łatwo, ale usiłuję negocjować: tak, jestem chora, ale się staram. Nie dość się starasz, odparowuje Krytyk. Mam prawo do słabości, mówię ja. Ale ileż można! – mówi on. Komunikat „staraj się bardziej” nie ma końca. Zawsze przecież można starać się bardziej, i nigdy nie dość się starać.

Uruchamiam więc medytacyjną radykalną akceptację. Próbuję nią objąć również Krytyka. Zamiera ze zdumienia, bo przecież był przygotowany na wymianę ognia.

A tu – niespodzianka.

It calmed down. Yesterday – no symptoms, but a physical weakness that ended with several hours in bed. My hypothesis is that my body got the signal: you don’t have to fight anymore, you can rest.

Of course, rest is not my forte. Hour by hour I became more and more frustrated because my expectations of how it could and should be were diametrically different from what it is. Known since the dawn of time, „you should do something”, „be productive”, „don’t waste your time”, and on them growing secondary beliefs „you should give up on these dictates”, „after all, you were supposed to accept reality as it is”, ” what, this meditation doesn’t help you after all, right? ” The Inner Critic feel great, and I am right in the middle of the spinning wheel of emotions and beliefs.

A long time ago, when I was healthy, I conducted workshops concerning the Inner Critic. I taught that you could “mute” his voice by being empathetic to yourself and extracting a grain of truth from his constant critical gibberish. I try to apply my own teachings from years ago, but it doesn’t seem to work well. For I know that the critical voice within me has a nuclear weapon that he likes to use, that leaves little nutrients inside of me: „you are broken because you are sick.”

So it’s not easy, but I try to negotiate: yes, I’m sick, but I’m trying. You’re not trying enough, says the Critic. I have a right to weakness, I say. But how can you be weak so often! – he says. The message „try harder” is endless. You can always try harder, and never try enough.

So I activate meditative radical acceptance. I am trying to extend it to the Critic as well. He freezes in amazement, because he was prepared for a firefight.

And here – a surprise.

akuszerka / midwife

(ENG.below) Dwa lata temu napisałam konspekt książki „Jak zwariować i przeżyć”. Wydawało mi się wtedy, że jestem uprawiona do udzielania porad w tym zakresie. Kiedy patrzę na to dzisiaj, mam w sobie albo więcej pokory, albo mniej pewności siebie; wiem jednak, że takiej książki pisać nie chcę. Potem pojawił się pomysł fabuły – pięć koleżanek poznaje się na kursie gotowania i odkrywa, że ma ze sobą więcej wspólnego, niż myślały; zakładają więc kanał „Kuchnia specjalnej troski”. Zdecydowałam jednak, że fabuła nie jest moją mocną stroną i ten pomysł też umarł śmiercią naturalną.

Od kilku dni wiedziałam, że coś się we mnie wykluwa. Nie potrafiłam tego złapać, określić; wydawało mi się tylko, że jest we mnie jakaś cisza, charakteryzująca fazę inkubacji, czyli dojrzewania pomysłów, która odbywa się w zasadzie poza udziałem świadomości. Trochę się niecierpliwiłam, bo wydawało mi się, że w zasięgu ręki mam jakieś marzenie, jakiś cel, ale nie mam pojęcia, jak go dosięgnąć.

Wtedy przyszła pomoc. Akuszerka pomysłów. Koleżanka z daleka, która pracuje jako psycholożka i czyta tego bloga. Podprowadziła mnie, pokazała możliwy kierunek działania, odpowiedziała na moje wezwanie, chociaż wcale nie musiała. Co więcej, jest gotowa przetłumaczyć książkę na zagraniczny rynek – który, jak mówi ona, niezmiernie jej potrzebuje.

Konspekt napisałam w kwadrans, tak jakby cały pomysł już dawno był w mojej głowie, czekał tylko na właściwe warunki i czas narodzin. Sformułowanie „zaufaj życiu” czy „zaufaj procesowi” nigdy nie wydało mi się bardziej trafne. Moja wdzięczność dla J. jest ogromna.

Teraz muszę uważać.

W moim stanie bardzo łatwo mi się nakręcić tak, że nie dam rady wyhamować, lub znajdę się nagle na przeciwległym biegunie bezradności i nie-czucia. Wizualizuję sobie swoją amygdalę, ośrodek emocji w mózgu, i głaszczę ją uspokajająco. Chcę się cieszyć, chcę być podekscytowana, lecz moje zaburzenie polega na dysregulacji emocji i boję się, że nie będę w stanie ich pomieścić. Pomaga mi jedzenie tego tortu po małym kawałeczku, skupienie się na idei planu i planowania, rozciąganie perspektywy na tygodnie, miesiące, myślenie w kategoriach dostosowywania tempa do wyzwania. Przychodzą medytacyjne sformułowania o cierpliwości, wyrozumiałości, akceptacji tego, co czuję, co się ze mną dzieje. Nie przywiązywania się do swoich uczuć, sięgania do świadomości, która je obserwuje i pozwala im przypływać i odpływać. Pomaga równoległe czytanie książki o mindfulness, którą staram się trawić pomalutku, wbrew mojej tendencji do pożerania wszystkiego bez przeżuwania. Tę lekturę traktuję jako medytację samą w sobie.

Łapię się też na uzależniającym przekonaniu o „byciu potrzebną”. Miód na moje serce. Jak łatwo mi wpaść w przekonanie, że mam do spełnienia ważną misję – uderzające w narcystyczny rys mojej osobowości. Zawracam więc nadmuchane myśli w miejsce „chcę po prostu napisać autentyczną książkę”. Jakie to ożywcze i uziemiające.

Teraz przede mną ćwiczenie uważności, bo chciałabym, żeby książka powstała właśnie z takiego miejsca – jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, skromnego i uważnego.

Trzymaj kciuki.

(ENG.) Two years ago I wrote an outline of the book „How to go crazy and survive”. At the time, it seemed to me that I was entitled to advise in this regard. When I look at it today, I have either more humility or less self-confidence; I know, however, that I do not want to write such a book. Then came the idea of ​​the plot – five friends meet in a cooking class and discover that they have more in common than they thought; so they set up the channel „Special Care Kitchen”. However, I decided that the plot was not my forte and this idea also died of natural causes.

For several days now I knew that something was hatching inside me. I couldn’t catch it, I couldn’t define it; it just seemed to me that there was a certain silence in me that characterizes the phase of incubation, that is, the maturation of ideas, which takes place basically outside the participation of consciousness. I was a bit impatient because it seemed to me that I had a dream or a goal within reach, but I have no idea how to reach it.

Then help came. Midwife of ideas. A friend from afar who works as a psychologist and reads this blog. She led me, showed me the possible course of action, answered my call, although she did not have to. Moreover, she is ready to translate the book into an overseas market – which, she says, is in dire need of it.

I wrote the outline in a quarter of an hour, as if the whole idea had long been in my head, waiting only for the right conditions and time of birth. The phrase „trust in life” or „trust the process” never seemed more accurate to me. My gratitude to J. is immense.

Now I have to be careful.

In my state, it is very easy for me to wind myself up so that I cannot stop, or find myself suddenly at the opposite extreme of helplessness and insensitivity. I visualize my amygdala, the brain’s emotional center, and stroke it soothingly. I want to be happy, I want to be excited, but my disorder means emotional dysregulation and I’m afraid I won’t be able to contain my feelings. It helps me to eat this pie one piece at a time, focus on the idea of ​​plan and planning, extend my perspective over weeks, months, and think in terms of adjusting the pace to the challenge. There are meditative phrases about patience, forbearance, acceptance of what I feel, what is happening to me. Not getting attached to my feelings, reaching for a consciousness that observes them and allows them to come and go. Reading a mindfulness book at the same time helps, and I try to digest it little by little, against my tendency to devour everything without chewing. I treat this reading as a meditation in itself.

I also catch the addictive notion of „being needed”. How easy it is for me to believe that I have an important mission to fulfill – striking the narcissistic trait of my personality. So I turn my inflated thoughts back to „I just want to write an authentic book”. How refreshing and grounding it is.

Now, before me is an exercise in mindfulness, because I would like the book to be created from such a place – however strange it may sound, humble and mindful.

Keep your fingers crossed.

„życie jest relatywnie głupie” / „life is relatively stupid”

(ENG.below) Od piątku czuję się jak w emocjonalnej pralce. Na horyzoncie pojawiły się, nazwijmy to roboczo, duchy przeszłości – które zadziałały na mnie tak, jakby ktoś wcisnął we mnie czerwony guzik z napisem „ALARM, wszystkie emocje na pokład!” Czuję więc ogromny lęk, napięcie, frustrację, nadzieję, oparcie w sobie, brak oparcia w sobie, strach przed utratą kontroli, zaufanie, że potrafię się kontrolować i obejmować swoje emocje, przepuszczać je przez siebie, nie, że jednak mnie porwą, że zrobię coś głupiego, że zrobię komuś lub sobie krzywdę…Taki miszmasz, jak w pralce właśnie, w której jestem jedną z kolorowych skarpetek nie do pary.

Na sesji terapeutycznej, która na szczęście miała miejsce dzisiaj, rozmawialiśmy o kontroli. Ja o tym, że chciałabym panować nad wszystkimi możliwymi scenariuszami wydarzeń i skierować życie w ten najbardziej mi pasujący, mój psychiatra zaś – naprowadzał mnie mniej lub bardziej skutecznie na myśl, że życia absolutnie nie da się kontrolować. To, że zaczęłam przygodę z medytacją, pomaga mi nie dać się wessać przez odpływ w pralce. Jestem skarpetką nie do pary, ale skarpetką świadomą, hahaha.

Na pożegnanie mój psychiatra uraczył mnie piosenką. Nie byle jaką. Refren brzmi tak: „życie jest relatywnie głupie, jesteś tu i nie wiesz dlaczego”. Naprawdę chciałabym zrozumieć, co chciał mi przez to powiedzieć…Może takie trochę „nie martw się, nic nie ma bowiem większego sensu ani znaczenia”?…Po pierwszym szoku, że specjalista uważa za cenną informację „życie jest relatywnie głupie”, myślę sobie…że to w sumie…uwalniające z powagi, napięcia; pomocne.

Czytam aktualnie książkę o mindfulness (Jon Kabat-Zinn) i natrafiłam na ciekawe zdanie: „nie traktuj swoich myśli osobiście”. Twoje myśli to nie ty, pisze autor; ty jesteś świadomością, która może je obserwować. Nie wiem, czy sam był świadomy, że dla osób z tendencją do derealizacji i dysocjacji może to być trudne do ogarnięcia. Jeśli nie jestem swoimi myślami, nie jestem swoimi emocjami, a nie potrafię się skontaktować ze swoją świadomością – kim jestem? Co zostaje?…

Mimo wszystko próbuję. Dzieje się rzecz niesamowita: wnętrze mnie się śmieje. Śmieje się z uwikłania w dramaty z przeszłości, śmieje się z prób skontrolowania rzeczywistości i wszystkich scenariuszy, śmieje się z gigantycznego napięcia, a nawet z mojej „skarpetkowości w pralce”; lecz śmieje się życzliwie, choć prawdę mówiąc dość nieubłaganie. Wszystkie moje rozterki wydają się po prostu „relatywnie głupie”, niepotrzebne i zdecydowanie nie są mną. Po prostu chwilowo się zaplątałam. A mój środek się śmieje.

(ENG.) Since Friday, I feel like in an emotional washing machine. On the horizon appeared, let’s call it this way, ghost of the past – which event influenced me as if someone had pressed a red button inside me with the words „ALARM, all emotions on board!” So I feel a huge fear, tension, frustration, hope, self-support, lack of support in myself; fear of losing control, trust that I can control myself and embrace my emotions, let them pass through me; that they will kidnap me, that I will do something stupid, that I will hurt someone or myself … Such a mishmash as in a washing machine in which I am one of the colorful mismatched socks.

In the therapy session that thankfully took place today, we talked about control. I said that I would like to control all possible scenarios of events and direct my life to the one that suits me best, and my psychiatrist – led me more or less effectively to the idea that life is absolutely beyond control. The fact that I have started my adventure with meditation helps me not to get sucked in by the drain in the washing machine. I’m a mismatched sock, but a conscious sock – hahaha.

As a farewell, my psychiatrist treated me with a song. Not just any song. The chorus goes like this: „Life is relatively stupid, you are here and you don’t know why.” I would really like to understand what he meant to me by that … Maybe something like „don’t worry, because nothing makes much sense or importance”? … After the first shock that the specialist considers the message „life is relatively stupid” as valuable, I’m thinking…that it is actually… releasing – seriousness, tension; it’s helpful.

I am currently reading a mindfulness book (Jon Kabat-Zinn) and I came across an interesting sentence: „don’t take your thoughts personally”. Your thoughts are not you, writes the author; you are the consciousness that can observe them. I don’t know if he himself was aware that for people with a tendency to derealization and dissociation it can be difficult to grasp. If I am not my thoughts, I am not my emotions, and I cannot contact my awareness – who am I? What’s left? …

I’m trying anyway. An amazing thing is happening: my interior is laughing. It laughs at being entangled in past dramas, laughs at attempts to control reality and all scenarios, laughs at the enormous tension, and even at my „sock in the washing machine”; but he laughs kindly, though quite relentlessly to tell the truth. All my dilemmas just seem „relatively stupid”, unnecessary, and definitely not me. I just got confused for a moment. And my center, my “wise mind”, is laughing.

współczucie / compassion

(ENG.below) Mindfulness – jak powiedział mój psychiatra – ma potwierdzony w licznych badaniach wpływ na zdrowie psychiczne. Jest ponoć długofalowo skuteczniejsze niż antydepresanty. Pomaga w napięciu, lękach, obezwładnieniu emocjami, stanach depresyjnych. Szkoda, że nie sprzedają go w kolorowych pastylkach…zamiast tego czytam – i ćwiczę.

Zaczęło się od ćwiczeń oddechowych, następnie – obserwacji własnych doznań z ciała oraz doznań zmysłowych. Później – świadomość emocji i ich obserwacja, tak, aby przychodziły i odchodziły jak fale. Następnie świadomość ocen i sądów – i puszczanie ich jak stateczków na rzece. Niesamowite, jak bardzo się oceniam; za wszystko, za nic, serwując sobie samej osądy pełne sprzeczności. Bądź produktywna – co, znowu chcesz być produktywna? A miałaś nie chcieć! Zaplanuj – nie, nie planuj wszystkiego, miałaś się wyluzować! Zrób coś – nie, nie rób niczego, miałaś się nauczyć nicnierobienia…I tak w kółko. Zamiast wkurzać się na siebie, staram się obserować i wypuszczać stateczki na rzekę. W mojej wyobraźni – moją ukochaną rzekę przepływającą przez miasto, w którym mieszkam; zielono-szafirową, czasem rwącą, czasem łagodną, zawsze w ruchu przed siebie.

Na dziś trafiło ćwiczenie współczucia dla samej siebie. Mąż: założę się, że się poryczysz. Ja: no co ty, to tylko ćwiczenie. Jakiś czas później oczywiście płaczę; przygotowana oddechowo, powtarzając zdania medytacji:

Niech będę spokojna.

Niech będę bezpieczna.

Niech będę zdrowa.

Niech będę szczęśliwa, bez cierpienia.

Tak trudno mi współczuć samej siebie. Od razu przychodzi mi na myśl, że to inni zasługują na współczucie. Autorzy książki, którą czytam oczywiście to przewidzieli. Pytają mnie – z jakiego powodu myślę o sobie jako o niezasługującej na współczucie?…Dlaczego potrafię podejść do innych z łagodnością i wyrozumiałością, której sobie nie umiem podarować?

Powoli, licząc oddechy, powtarzam więc:

Niech będę spokojna.

Niech będę bezpieczna.

Niech będę…

(ENG.) Mindfulness – as my psychiatrist said – has an impact on mental health confirmed in numerous studies. It is said to be more effective than antidepressants in the long term. It helps in tension, anxiety, overwhelming emotions and depression. It’s a pity they don’t sell it in colored pills … instead, I read – and I practice.

It started with breathing exercises, then – observation of own experiences from the body, and sensory experiences. Later – awareness of emotions and their observation so that they come and go like waves. Then awareness of judgments – and setting them off like paper boats on a river. Amazing how much I judge myself; for all, for nothing, serving myself contradictory “I should”. Be productive – what, you wanna be productive again? And you weren’t supposed to! Plan – no, don’t plan everything, you were supposed to chill out! Do something – no, don’t do anything, you were supposed to learn to do nothing … and so it keeps going. Instead of getting pissed off at myself, I try to watch and release the paper boats into the river. In my imagination – my beloved river flowing through the city where I live; green-sapphire, sometimes rushing, sometimes gentle, always moving forward.

Today we have an exercise in self-compassion. My husband: I bet you’ll cry. Me: come on, it’s just an exercise. Some time later, of course, I’m crying; prepared after breathing meditation, repeating the following sentences:

May I be peaceful.

May I be safe.

May I be healthy.

Mey I be happy and without suffering.

It’s so hard for me to feel compassion for myself. It immediately comes to my mind that others deserve it. The authors of the book I am reading, of course, anticipated this. They ask me – why do I think of myself as undeserving of compassion? Why am I able to approach others with a gentleness and understanding that I cannot give myself?

So slowly, counting the breaths, I’m repeating:

May I be peaceful.

May I be safe.

May I be…

czterdzieści lat, od nowa / forty years, anew

(ENG.below) Istnieje lista kryteriów zaburzenia osobowości typu borderline, z której należy spełniać co najmniej pięć, by móc zostać zdiagnozowanym (uwaga, nie diagnozować się samemu; w książce poświęconej temu zaburzeniu znalazłam ciekawą analogię – tak jak nie diagnozujemy samodzielnie u siebie samych niedoczynności nerek, choroby serca ani nowotworu). Spełniam sześć. Coraz bardziej myślę o tym, że po siedmiu latach diagnozowania, eksperymentowania, próbowania, leczenia, bezskutecznych prób wyjścia na dłuższą prostą w końcu znaleźliśmy (dwie panie doktor z pomocą danych ode mnie i mojego psychiatry, testów i obserwacji) klucz do Tajemnicy. Co w niej się kryje?

  1. Tendencje samobójcze (myśli, plany, impulsy) i tendencje do samookaleczania. 2. Szybkie wahania nastrojów (czyżby moja diagnoza choroby dwubiegunowej w wariancie ultrarapidcycling była błędna?). 3. Lęk przed prawdziwym lub wyimaginowanym porzuceniem (wyjścia mojego męża z kolegami w tygodniu przeżywam jak zsyłkę na Sybir, choć bardzo się staram pielęgnować w sobie spokój i poczucie bezpieczeństwa). 4. Poczucie pustki wewnętrznej (trochę jakbym była z powietrza, albo miała w środku dziurę – i ogromny lęk przed konfrontacją z nią). 5. Dysocjacje w momentach napięcia i stresu, myśli paranoidalne (zakwalifikowane dotychczas jako element mojego zaburzenia schizoafektywnego). 6. Niestały obraz własnej osoby (człowiek-kameleon; jak ja wspaniale potrafię się dostosować do rozmówców; płynność mojej tożsamości płciowej i seksualnej, zmieniająca definicje, określniki; moje włosy zmieniające kolor co kilka dni/maksymalnie tygodni; kim ja właściwie jestem, do czego/kogo/dokąd przynależę).  

Brnę ( z ulgą, odrazą, nadzieją, beznadzieją, frustracją, ciekawością) przez kolejne książki dotyczące borderline i myślę sobie – jak to dobrze, że ktoś o mnie napisał…Jak to dobrze, że już nie jestem trudnym, skomplikowanym przypadkiem, przy którym lekarze rozkładają ręce. Dysregulacja emocji – w skrócie: czuję za dużo i nie potrafię tych uczuć pomieścić. Być może moje ciało migdałowate jest za małe, może moje emocje nie były uznawane, gdy byłam mała (zwłaszcza złość czy strach), być może to zasługa traumy z wczesnych lat dziecięcych, albo/i zaburzeń dopaminowo-serotoninowych. A może wszystkiego naraz.

Uczę się siebie jeszcze raz. Powoli i uważnie, z dużą dozą lęku. Lecz tym razem w rękach trzymam przewodnik – mapę takich osób, jak ja.

Mam czterdzieści lat.

There is a list of criteria for borderline personality disorder, of which at least five must be met in order to be diagnosed (attention, do not self-diagnosed; in a book devoted to this disorder, I found an interesting analogy – just as we do not diagnose ourselves with kidney failure, heart disease nor cancer). I meet six. I think more and more about the fact that after seven years of diagnosing, experimenting, checking out, treating, unsuccessfully trying to succeed, we finally (two doctors with the help of data from me and my psychiatrist, tests and observation) found the key to the Secret. What’s in it?

1. Suicidal tendencies (thoughts, plans, impulses) and self-harm tendencies. 2. Rapid mood swings (is my diagnosis of bipolar disorder in the ultrarapidcycling variant wrong?). 3. Fear of real or imaginary abandonment (my husband’s departure with friends during the week is like a deportation to Siberia, although I try very hard to cultivate peace and a sense of security). 4. A feeling of inner emptiness (a bit as if I were out of thin air or had a hole in the middle – and a huge fear of confronting it). 5. Dissociation in moments of tension and stress, paranoid thoughts (so far classified as part of my schizoaffective disorder). 6. An inconstant image of myself (chameleon-woman; how wonderfully I can adapt to my interlocutors; fluidity of my gender and sexual identity, changing definitions, determinants; my hair changing color every few days / maximum weeks; / who / where do I belong).

I wade (with relief, disgust, hope, hopelessness, frustration, curiosity) through subsequent books on borderline and I think to myself – how good it is that someone wrote about me instead of spreading their hands saying “we tried everything”. Emotional dysregulation – in short: I feel too much and cannot contain these feelings. Maybe my amygdala is too small, maybe my emotions were not validated when I was small (especially anger and fear), maybe it was due to early childhood trauma and / or dopamine-serotonin dysregulation. Or maybe all at once.

I am learning myself again. Slowly and carefully, with a lot of fear. But this time I have a guide in my hands – a map of people like me.

I am forty years old.

wybrana / the chosen one

(*ENG.below) Zostałam wybrana przez boginię Shakti; czas zmienić imię, spakować się i wyjechać do Indii; znaleźć mistrza duchowego i stąpać duchową ścieżką.

Urojenia mają wiele twarzy.

W odmianie psychozy, która mnie dotyczy, mają bardzo zmienny charakter: raz jest to niewysłowione szczęście, które szybko zmienia się w przerażenie. Shakti, kłaniam się tobie, ale ten demon wysysający moją krew przed zaśnięciem już nie jest taki wspierający. Czy to na pewno ty go wysłałaś? Czy za twoim światłem nie czai się przypadkiem groza? Szybka zmiana nastroju – od spokoju do lęku. Psychoza lęku-szczęścia, w niemieckim Angst-Glück Psychose.

W związku z powyższym kryzysem miałam wczoraj ciężki dzień; nie tylko dlatego, że urojenia spalają mnóstwo energii, ale przede wszystkim dlatego, że wydawało mi się, że przegrałam życie. Znów nawrót symptomów. A było już tak dobrze. Już, już myślałam, że tak zostanie; w końcu minęły trzy tygodnie od ostatniego ataku, a to, jak na mnie, całkiem spory sukces. Przecież robiłam wszystko jak trzeba. Przestrzegałam wszystkich zasad, stosowałam wyuczone strategie, uważałam na siebie, zażywałam leki. Dlaczego nawrót? Czułam rozczarowanie, żal, wściekłość i bezradność. Nie chcę być ofiarą losu. Chcę mieć wpływ na swoje życie, widzieć efekty moich działań. Niestety, choroba ma swoje plany, najwyraźniej różne od moich.

Postąpiłam wczoraj zgodnie z radą mojego lekarza: podwyższyłam dawkę jednego z leków antypsychotycznych (Abilify), zażyłam potężną dawkę drugiego (Olanzapina), w wyniku czego spałam spokojnie 11 godzin i obudziłam się bez symptomów. Poziom zmęczenia – horrendalny, bo oba te leki wzmacniają swoje wzajemne skutki uboczne. Sama nie wiem, co teraz mam sobie myśleć, w jakiej narracji o relacji mojej z chorobą funkcjonować. Czy: „pamiętaj, zdrowienie to nie linearny proces”, czy „cokolwiek bym nie robiła, i tak nie mam wpływu na to, kiedy zaatakuje mnie choroba”, czy może „moje życie nie ma sensu, czas się stąd wynosić”, albo „mogę robić to, na co mam wpływ, a z resztą muszę się pogodzić”, lub też „będę żyć w ciągłym lęku, bo nigdy nie wiem, kiedy mnie dopadnie”, i tak dalej. Znów jestem zagubiona.

Może coś podpowiesz?

I was chosen by the goddess Shakti; time to change my name, pack up and go to India; find a spiritual master and walk on the spiritual path.

Delusions have many faces.

In the kind of psychosis that concerns me, they are very changeable in nature: once it is inexpressible happiness that quickly turns into terror. Shakti, I bow to you, but this demon that sucks my blood before falling asleep is not so supportive anymore. Are you sure you sent him? Is there a terror behind your light? A quick changes of mood – from calmness to anxiety. The anxiety-happiness psychosis, in German Angst-Glück Psychose.

I had a hard day yesterday due to the above crisis; not only because delusions burn a lot of energy, but mostly because I thought I had lost my life. Symptoms recur again. And it was already so good. I thought it would stay that way; after all, three weeks have passed since the last attack, and for me, it’s quite a success. After all, I did everything right. I followed all the rules, used learned strategies, took care of myself, took medications. Why relapse? I felt disappointment, regret, rage and helplessness. I don’t want to be a victim of fate. I want to influence my life, see the effects of my actions. Unfortunately, the disease has plans of its own, apparently different from mine.

I followed my doctor’s advice yesterday: I increased the dose of one of the antipsychotic drugs (Abilify), took a massive dose of the other (Olanzapine), and as a result I slept soundly for 11 hours and woke up symptom-free. The level of fatigue – horrendous, because both of these drugs enhance each other’s side effects. I don’t know what to think now, in what narrative about my relationship with the disease should I function. Is it: „remember, recovery is not a linear process” or „whatever I do, I still have no influence on when an illness attacks me”, or maybe „my life is pointless, it’s time to get out of here” or „I can do what I have control over and have to deal with the rest that I cannot control”, or „I’ll live in constant fear because I never know when it’s gonna get me”, and so on. I’m lost again.

Maybe you can suggest something?

koniec i początek / end and beginning

(ENG.below) Jeśli wydaje ci się, że wyjście z kliniki psychiatrycznej kończy pewien etap twojego zdrowienia – a może i chorowania – jesteś w błędzie. Wychodzisz z otwartymi na terapii dawnymi ranami, które teraz powoli i uważnie musisz zacząć zabliźniać. Ale nie tak jak dawniej. Inaczej. Świadomie. Tkać te blizny każdego dnia nowymi strategiami, nawykami, ruchami, słowami – tymi do innych i tymi do siebie. To bardzo wymagający proces, stąd dużo więcej śpię, odpoczywam, dużo śnię i przeżywam mnóstwo niezidentyfikowanego lęku i niepokoju. Mąż twierdzi (jest informatykiem), że to stary system i oprogramowanie już nie działa, a nowy pakiet powoli się rozkręca, jednak nie jeszcze w stopniu 100%, tak, by mnie móc mocno podtrzymywać. Cierpliwość. Łagodność. Wyrozumiałość. I znany taniec: dwa kroki do przodu, jeden wstecz, jeden do przodu, trzy wstecz, i tak dalej.

Zdrowienie nie jest procesem linearnym – nigdy. Powtarzała mi to ordynatorka przy każdym naszym spotkaniu. Nazywałam ją Panią Smoczycą, bo była taka piękna i groźna, jak wikińska wojowniczka. Dobrze mieć taką sprzymierzeńczynię. Trzeźwo myślącą, stąpającą mocno po ziemi, zdolną zbudować świetny zespół wspierających profesjonalistów – i to w dwa lata. Pani Smoczyca powiedziała mi na do widzenia: proszę pamiętać, by nadmiernie nie patologizować swojego życia. Ma Pani mnóstwo zasobów, jest Pani taką barwną osobą. Powodzenia.

A zatem – powodzenia!

If it seems to you that leaving the psychiatric clinic is the end of a certain stage of your recovery – and possibly of being sick – you are wrong. You come out with old wounds open due to therapy, which you now need to slowly and carefully begin to scar. But not like it used to be. Otherwise. Consciously. Weave these scars every day with new strategies, habits, movements, words – to others and to yourself. It is a very demanding process, so I sleep a lot more, rest, dream a lot and experience a lot of unidentified fear and anxiety. My husband says (he is an IT specialist) that the old system and software is no longer working, and the new package is slowly developing, but not 100% there yet, so that it cannot support me strongly. Patience. Gentleness. Understanding. And the famous dance: two steps forward, one backward, one forward, three backward, and so on.

Recovery is not a linear process – never. The head physician repeated this to me at each of our meetings. I called her Lady Dragon because she was so beautiful and formidable as a Viking warrioress. It’s good to have such an ally. Sober-minded, down-to-earth, able to build a great team of supporting professionals – within just two years. When Lady Dragon said goodbye, she said: please remember not to excessively pathologize your life. You have a lot of resources, you are such a colorful person. Good luck.

So – good luck!

powiedz TAK / say YES

(ENG.below)

To ćwiczenie wymaga wyobraźni.

Wyobraź sobie, że idąc spać wieczorem nie wiesz, jaka się obudzisz. Czy będziesz w stanie wstać, mówić, czy sparaliżuje cię lęk, czy będziesz nakręcona, czy bez kontaktu z rzeczywistością, a może tym razem w dobrym stanie.

Wyobraź sobie, że każdy twój plan może w ostatniej chwili się załamać, bo przyjdzie atak choroby. Spotkania z przyjaciółmi, wyjścia, zakupy, wycieczki, sport – wszystko to wisi w powietrzu.

Wyobraź sobie, że nie wiesz, jak będzie wyglądał twój dzień, bo nie ma takiej siły woli, która pokonałaby chorobę psychiczną.

Wyobraź sobie, że gdziekolwiek idziesz i z kimkolwiek się spotykasz, możesz dostać ataku psychotycznego i stracić kontakt z rzeczywistością.

Spróbuj sobie to wszystko wyobrazić – i mimo wszystko żyć.

Mój organizm dotrwał 4 dni bez symptomów do poniedziałkowej wizyty u psychiatry, po czym, zameldowawszy dobre samopoczucie i odżegnawszy pobyt w klinice, na jeden dzień się załamał w ataku uporczywych myśli samobójczych. Brałam jedną tabletkę za drugą, aż przekroczyłam maksymalną dawkę; w końcu zasnęłam. Następnego dnia dotarło do mnie, jak bardzo motywowana strachem funkcjonuję. Wciąż czujna, wciąż niespokojna, lękowa. Poczułam, że chcę to zmienić, że musi być alternatywna droga. Pomyślałam o wszystkich moich bliskich i o tym, jak bardzo ich kocham, i że oni wcale nie potrzebują moich zmartwień i napięć, tylko spokoju i siły. Że samobójstwo czy eutanazja, o których myślę tak często, złamałyby im życie, i nie chcę już uporczywie o tym myśleć. Chcę kierować się miłością. Starać się. Być silna, ale i wyrozumiała dla siebie.  Znaleźć takie miejsce w sobie, które ma zgodę na to, co się dzieje.

Powiedzieć sobie „tak“.

This exercise requires imagination.

Imagine that when you go to bed in the evening you don’t know in what state you will wake up. Will you be able to get up, talk, will you be paralyzed by fear, will you be turned on or out of touch with reality, or maybe this time in good shape.

Imagine that any of your plans could collapse at the last minute because there would be an attack of disease. Meeting friends, going out, shopping, excursions, sports – it’s all up in the air.

Imagine that you don’t know what your day will be like because there is no willpower to overcome mental illness.

Imagine that wherever you go and whoever you hang out with, you can get a psychotic attack and lose touch with reality.

Try to imagine it all – and live anyway.

My body survived 4 days without symptoms until a Monday visit to a psychiatrist, then, having reported well-being and saying goodbye to the stay at the clinic, it broke for one day in an attack of persistent suicidal thoughts. I took one pill after another until I exceeded the maximum dose; I finally fell asleep. The next day I realized how much fear motivated me to function. Still alert, still restless, fearful. I felt that I wanted to change it, that there had to be an alternative path. I thought about all my relatives and how much I love them and that they don’t need my worries and tensions at all, but my peace and strength. That suicide or euthanasia, which I think about so often, would break their lives, and I don’t want to persistently think about it anymore. I want to be guided by love. Try to. Be strong, but also understanding toward myself. Find a place in myself that has consent to what is happening.

Say yes to how I am.

jak oszaleć i przeżyć / how to go crazy and survive

(ENG.below) Minęło siedem lat od mojej pierwszej hospitalizacji. Jakoś nie mogę uwierzyć, że aż tyle. Pamiętam swoje życie sprzed choroby – wydaje mi się piękne i niemal beztroskie, jak idylliczne dzieciństwo. Oczywiście to iluzja, miałam swoje zmartwienia i trudności, ale w porównaniu z życiem obecnym tamto wygląda jak bajka. Depresyjne symptomy wciąż nie ustępują, choć psychotyczne zniknęły. Wczoraj wieczorem miałam atak paniki dotyczący tego, że jestem chora i że już zawsze będę chora. Że jestem uwięziona, zniewolona przez chorobę, która dyktuje swoje plany, wpływa na moje emocje, poziom energii, motywację, myśli i przekonania. „Ta choroba będzie już z Panią zawsze”, jak powiedział mój ulubiony psychiatra. Pozostają mi dwa wyjścia – albo zniknąć albo nauczyć się z nią żyć. Ale jak uczyć się żyć z halucynacjami, urojeniami, depresją, manią? Jaka szkoła uczy radzić sobie z egzystencjalnym bólem nie do zniesienia? Gdzie nauczyć się nie sięgać po żyletkę, nie bać się wybuchu nuklearnego, nie podejrzewać męża o chęć otrucia mnie? Może kiedyś, kiedy już się tego wszystkiego nauczę, założę szkołę przetrwania dla wariatów. Myślę, że byłoby to bardzo potrzebne.

Mimo wszystko przez te siedem lat nauczyłam się kilku rzeczy. Tego, że sztuka mnie ocala, a codzienne rysowanie czy malowanie uspokaja. Tego, żeby zawsze nosić przy sobie leki. Że bieganie mi pomaga, oraz kontakt z naturą i przyjaciółmi. Że każda faza prędzej czy później mija – oczywiście tylko po to, by wrócić za jakiś czas.

„Jak oszaleć i przetrwać”, tak się będzie nazywała ta szkoła.

It’s been seven years since my first hospitalization. Somehow I can’t believe it’s that much. I remember my life before my illness – it seems beautiful and almost carefree to me, like an idyllic childhood. Of course it’s an illusion, I had my worries and difficulties, but compared to the present life that one looks like a fairy tale. The depressive symptoms still persist, although the psychotic symptoms have disappeared. Yesterday evening I had a panic attack about being sick and being sick forever. That I am trapped, enslaved by the disease that dictates my plans, affects my emotions, energy levels, motivation, thoughts and beliefs. „This disease will be with you forever,” said my favorite psychiatrist. I have two options – either disappear or learn to live with it. But how do you learn to live with hallucinations, delusions, depression, mania? What school teaches you to deal with unbearable existential pain? Where to learn not to reach for a razor blade, not to be afraid of a nuclear explosion, not to suspect your husband of wanting to poison you? Maybe someday, when I learn all this, I’ll start a madness survival school. I think it would be very necessary.

After all, during these seven years, I learned a few things. Art – it saves me and everyday drawing or painting calms me down. Always carry your medication with you. That running helps me as well as contact with nature and friends. That each phase will pass sooner or later – only to come back some time, of course.

„How to go crazy and survive”, that’s what this school will be called.