fale / waves

(ENG.below) Od pewnego czasu śni mi się ocean lub morze – z falami wysokimi jak domy. Patrząc na nie z daleka bardzo się boję, a jednocześnie niezmiernie chcę popływać bądź chociaż zanurzyć się w wodzie. Kiedyś te sny bardzo mnie niepokoiły, lecz od kilku miesięcy pojawia się w nich nowy element: pływacy lub surferzy, którzy świetnie sobie z tymi gigantycznymi falami radzą. Patrzę na nich we śnie i myślę sobie: a więc to możliwe. A więc da się. Nie trzeba się bać.

Według niektórych teorii dotyczących snów i śnienia każdy element snu jest w nas, pochodzi z nas. Fale są więc mną (łatwo mi myśleć, że są to moje wahania nastrojów czy ekstremalnie silne przeżycia), lecz najlepsza wiadomość jest taka, że mam też w sobie umiejętności surfowania czy unoszenia się na nich. Jest ich na razie niewiele, ale są! Dwa czy trzy lata temu w snach traciłam grunt pod nogami, morze mnie porywało, zalewało mnie lub plażę, musiałam uciekać. Sny mówią do mnie, że…zrobiłam postęp.

Czytam aktualnie książki o traumie i odkrywam, że to, jak moja terapeutka od ciała (tak, mam taką) ze mną pracuje, kwalifikuje się jako metoda „Somatic Experiencing”, u podłoża której leży założenie o cielesnej pamięci traumy. Na terapii „mówionej” możemy opowiadać o traumatycznych wydarzeniach, ale dopóki nie uwolnimy ich na poziomie fizycznym, niewiele się zmieni – jak twierdzą twórcy tej metody. Pani T. powtarza mi więc: tak, to puka stara historia. Ale jest też w tobie siła i miejsce na nową.

Każdego dnia stoi więc przede mną wybór – uwierzyć w jej słowa bądź poddać się rozpaczy. Ostatnio skłaniam się ku temu pierwszemu rozwiązaniu.

For some time now I have been dreaming about the ocean or the sea, with waves as high as houses. Looking at them from a distance I am very scared, but at the same time I want to swim or at least dive into the water. In the past, these dreams used to bother me a lot, but since a few months a new element has appeared in them: swimmers or surfers who can handle these gigantic waves very well. I look at them in my dream and think to myself: so it’s possible. You can master it. There is no need to be afraid.

According to some theories about dreams and dreaming, every element of the dream is in us, comes from us. So the waves are me (it’s easy for me to think that they are my mood swings or extremely strong experiences), but the best news is that I also have within me the ability to surf or float on them. They are few of these parts for now, but they are there! Two or three years ago, in my dreams I was losing ground, the sea was grabbing me, flooding me or the beach, and I had to run away. The current dreams are saying to me that…I have made progress.

I am currently reading books on trauma and discovering that how my bodywork therapist (yes, I have one) works with me qualifies as a 'Somatic Experiencing’ method, underpinned by the assumption of bodily memory of trauma. In „talking” therapy, we can talk and talk about traumatic events, but until we release or embrace them on a physical level, not much will change, according to the creators of this method. So Mrs T. repeats to me: yes, this is an old story knocking. But there is also strength in you and room for a new one.

So every day I am faced with a choice – to believe her words or to give in to despair. Lately, I have been leaning towards the former.

leczący gniew / healing anger

(ENG.below) Dawno nie pisałam – a ściślej, nie pisałam tutaj, bo zajmowałam się głównie właśnie pisaniem. Do początku listopada mam zamiar skończyć książkę, która ukaże się w przyszłym roku, pod na razie roboczym tytułem „Artystka przetrwania. Symptomy i strategie.” Jednocześnie rozpoczęły się przesłuchania do napisanej przeze mnie sztuki, która zostanie wystawiona w marcu, oraz pomagałam w przygotowaniach do wystawy (wernisaż w najbliższą sobotę), w której prezentowane będzie około 20 moich prac.

Oczywiście, gdybym była zdrowa, działałabym pewnie na turbodoładowaniu, ekscytacji i radości. Tymczasem jestem – oprócz momentów, gdy biorę głęboki oddech i dociera do mnie, ile właśnie osiągam – głównie spięta, niespokojna, zmartwiona, przerażona, przejęta; wczoraj nastąpiła wielka kumulacja i odpłynęłam najpierw w atak paniki, a następnie symtomy psychotyczne. Nie wiedziałam, czy jestem w domu (byłam), czy na wernisażu (nadchodzi dopiero), czy mam atak psychotyczny na wernisażu albo na przesłuchaniach i wydaje mi się tylko, że jestem w domu; czy mój mąż jest przy mnie (był), czy to kolejne urojenie, i tak dalej. Wzięłam na noc dużą dawnę Olanzapiny i rano obudziłam się spokojniejsza. Byłam w stanie pojechać powiesić resztę moich prac na wystawowym poddaszu.

Równocześnie zachodzi we mnie ciekawy proces, któremu przyglądamy się z moim psychiatrą z dużym zainteresowaniem. Otóż – przez większość czasu czuję się wkurwiona. To naprawdę duża nowość, bo w moim życiu wkurzałam się dotychczas prawie wyłącznie na siebie. A tu nagle – zwrot akcji. Wkurzam się na przyjaciół, na tak zwanych partnerów biznesowych, znajomych, organizatorów, opiekę społeczną, rząd, psa, inne psy goniące bez smyczy; czego się nie dotknę, tam czuję złość. Z tej złości – w tej złości – podejmuję różne działania, których o dziwo się nie boję, jak do tej pory. Staram się jednocześnie myśleć racjonalnie i dokonywać takich wyborów, których nie będę żałować. Jednak ten przypływ mocy, związany z gniewem, jest…hmm. Energetyzujący!

To naprawdę fajne uczucie.

I haven’t written in a while – or, more accurately, I haven’t written here, because I’ve been mostly just writing. By the beginning of November, I intend to finish my book that will be published next year, under the working title for now, „Survival Artist. Symptoms and Strategies.” At the same time, auditions have begun for a play I’ve written and that will be performed in March, and I’ve been helping to prepare an exhibition (opening this Saturday) that will feature about 20 of my works.

Of course, if I were healthy, I’d probably be operating on turbocharged excitement and joy. In the meantime, I am – apart from moments when I take a deep breath and realise how much I have just achieved – mostly tense, anxious, worried, frightened, preoccupied; yesterday there was a great accumulation and I drifted off first into panic attack and then psychotic symtoms. I didn’t know whether I was at home (I was) or at the opening of the exhibition (it is coming in two days), whether I was having a psychotic attack at the opening or at the auditions and it only seemed to me that I was at home; whether my husband was with me (he was) or whether it was another delusion, and so on. I took a large dose of Olanzapine overnight and woke up calmer in the morning. I was able to go and hang the rest of my works in the exhibition loft.

At the same time, an interesting process is taking place in me which my psychiatrist and I are watching with great interest. Well – most of the time I feel pissed off. This is a really big novelty, because so far in my life I have been pissed off almost exclusively at myself. And then suddenly there’s a twist. I’m pissed off at my friends, at so-called business partners, acquaintances, organisers, social services, government, my dog, other dogs chasing me without a leash; whatever I touch, I feel anger there. Out of this anger – in this anger – I take various actions which, surprisingly, don’t scare me out like before. At the same time, I try to think rationally and make choices that I will definitely not regret. However, this surge of power associated with anger is…hmm. Energising!

And it feels so good.

kamyczki / pebbles

(ENG.below) Antydepresant zaczyna działać, choć w połączeniu z Lamotryginą daje mocne skutki uboczne – słabość, zmęczenie, senność. Nie ma takiego leku psychiatrycznego, który nie niósł by ze sobą jakichś konsekwencji. Na szczęście tym razem nie jest to przyrost masy ciała (na Zyprexie przytyłam kilka lat temu 30kg). Choć nie jestem teraz w stanie pójść na dłuższą wycieczkę, przynajmniej nie patrzę już w oczy próżni, a one nie patrzą na mnie. W głowie układają się plany i zadania do zrobienia, kolejne projekty, ale nie pędzą w niepokojący sposób, po prostu machają swoimi łapkami, dając o sobie znać.

Staram się robić codziennie po kilka razy ćwiczenia oddechowe, które sprawiają, że zaczynam czuć się w swoim ciele jak w domu. Zauważyłam, że takie „lądowanie” we własnej fizyczności bardzo mnie uspokaja. Tak, jakbym zaczynała czuć własne granice, zamiast zlewać się z otoczeniem, z własnymi myślami i ocenami, gadającym wciąż umysłem. Bla bla bla – na chwilę stop.

Wczoraj pływałam w rzece, i było to również bardzo medytacyjne doświadczenie. Nigdy nie miałam serca do opisów przyrody, ale może spróbuję:

Zimna, przejrzysta woda w kolorze szmaragdowym.

Kamienie na dnie są jak masaż stóp, muszę wchodzić powoli.

Słyszę tylko delikatny dźwięk liści, spadających do wody. Lądują tuż obok mnie – pływam pośród liści, wystawiając twarz do słońca.

Kładę się na plecach, w uszach słyszę łagodny szum prądu rzeki, przesuwający najmniejsze kamyczki po dnie.

Patrzę w górę i widzę głowy drzew, niektóre już w połowie łyse, inne jeszcze trochę zielone. Gdy powiewa wiatr, liście lecą w moim kierunku.

Wychodzę z wody i czuję zapach ogniska, słyszę jego trzeszczącą melodię. Przyda mi się jego ciepło. Nad ogniskiem gotuje się woda na herbatę.

Pies wygrzewa się w słońcu, mokra sierść, bo wszedł za mną do wody, chociaż bardzo tego nie lubi.

Spokój.

The antidepressant starts to work, although in combination with Lamotrigine it gives strong side effects – weakness, fatigue, drowsiness. There is no psychiatric drug that would not have any consequences. Fortunately, this time it is not a weight gain (on Zyprex I gained 30 kg a few years ago). Even though I am now unable to go on a longer trip, at least I don’t look into the eyes of the void anymore, and they don’t look at me. Plans and tasks to be done, subsequent projects get arranged in my head, but they do not rush in a disturbing way, they just wave their little hands, making themselves known.

I try to do some breathing exercises every day that make me feel at home in my body. I noticed that such a „landing” in my own physicality calms me down a lot. It is as if I am beginning to feel my own boundaries, instead of merging with the environment, with my own thoughts and judgments, the still talking mind. Blah blah blah – stop for a moment.

Yesterday I was swimming in the river and it was also a very meditative experience. I have never had a heart for nature descriptions, but maybe I’ll try:

Cold, clear water emerald in color.

The stones on the bottom feel like a foot massage, I have to go in slowly.

All I can hear is the soft sound of leaves falling into the water. They land right next to me – I swim among the leaves, my face exposed to the sun.

I lie on my back, in my ears I can hear the gentle hum of the river current, moving the smallest pebbles along the bottom.

I look up and see the heads of the trees, some half bald, others a little green. When the wind blows, leaves fly towards me.

I get out of the water and smell the fire, hear its crackling melody. I need its warmth. Water for tea is boiling over the fire.

The dog is basking in the sun, his fur is wet because he followed me into the water, although he does not like it very much.

Peace.

czarno-białe / black and white

(ENG.below) Pierwszy stabilny dzień od tygodnia. Jak zwykle, po raz wielotysięczny, zastanawiam się, jak długo potrwa ta zbalansowana faza. Czy to przypadek? Chorobowy wypadek przy pracy, przysnęła sobie na chwilę? A może to zasługa podwyższenia Lamotryginy? A może po prostu, tak jak ciężkie fazy przychodzą, kiedy chcą, tak samo robią stabilne?…Po siedmiu latach chorowania powinnam chyba już wiedzieć. A jednak nie.

Koleżanka pisze: podziwiam cię, że tworzysz nawet wtedy, gdy się źle czujesz. Nie rozumie, że ja MUSZĘ tworzyć. Malowanie i rysowanie jest jak podawanie sobie samej ręki w momentach, gdy tonę. Pomaga – bo rysowane przeze mnie postaci przejmują część moich emocji, albo ich brak, w związku z czym staję się lżejsza, lub bardziej ugruntowana, bądź też w większym kontakcie ze sobą.

Ostatnio mój psychiatra złapał mnie na gorącym uczynku borderline’owego, czarno-białego myślenia. Chcę czuć wszystko, intensywnie i dramatycznie, bo wtedy tylko, jak mi się wydaje, żyję pełnią życia – albo nie czuję nic. Czytanie mojej sztuki, po którym dostałam bardzo pozytywny feedback, zakwalifikowało się do kategorii „nic”, ponieważ ani się nadmiernie nie zestresowałam, ani nie uniosłam jak maniakalny balonik pod niebo, ani nie popłakałam, ani…”Czyli nic nie czułaś” – podpowiada czarno-biały system. Satysfakcja, radość, duma – nie kwalifikują się jako „pełnia życia”. Popadam więc w smutek i głód, spragniona brzegowych, granicznych, borderline’owych przeżyć.

Tymczasem życie płynie i mnie omija, zatroskaną, że nie biorę w nim udziału.

The first stable day in a week. As always, for a thousand time, I wonder how long this balanced phase will last. Is it a coincidence? The illness had an accident at work, she dozed for a moment? Or is it due to the increase in Lamotrigine? Or maybe just like the hard phases come when they want, so do the same stable ones? … After seven years of being ill, I should probably already know. And yet not.

My friend writes: I admire you, that you create even when you feel bad. She doesn’t understand that I MUST create. Painting and drawing is like lending myself a hand when I’m drowning. It helps – because the characters drawn by me take over some of my emotions, or the lack of them, and therefore I become lighter, or more grounded, or more in touch with myself.

Recently, my psychiatrist caught me red-handed in borderline black and white thinking. I want to feel everything, intensely and dramatically, because then only, as it seems to me, I live my life to the fullest – otherwise I don’t feel anything. Reading my theatre play, after which I got a very positive feedback, qualified for the „nothing” category, because I neither got overly stressed, nor lifted myself up to the sky like a maniacal balloon, nor did I cry, nor … – welcome to the black and white system. Satisfaction, joy, pride – do not qualify as the „fullness of life.” So I fall into sadness and hunger, craving for borderline, liminal experiences.

Meanwhile, life goes by and passes me by, me worried that I am not taking part in it.

zamiast / instead

(ENG.below) Dla osoby zlewającej się w bliskich relacjach niemalże bez granic spędzenie trzynastu godzin w ciągu dnia w samotności przyprawia o ciarki. Lęk. Co będzie, jeśli przyjdzie atak psychotyczny? A co z myślami samobójczymi? Co jeżeli napięcie będzie tak nie do zniesienia, że znów się samookaleczę? Mnóstwo obaw przed możliwymi czarnymi scenariuszami, które tylko napędzają stres i napięcie właśnie. W dodatku mój psychiatra jest na trzytygodniowym urlopie i nie znalazł dla mnie zastępstwa…Niedziela przed samotnym poniedziałkiem – tyle niepokoju, że płaczę. Płakanie przynosi ulgę. Nie oswaja jednak strachu.

Przychodzi Straszny Poniedziałek. Najdłuższy samotny dzień od nie pamiętam już kiedy – okazał się krótszy, niż myślałam. Spotkałam się z ludźmi, spacerowałam z psem, rysowałam i wycinałam, czytałam książkę, rozmawiałam z rodziną, pisałam maile – odkryłam, że moje dni wcale nie muszą być przerażająco puste, a ja nie muszę cierpieć na BOREOUT, czyli zdemotywowanie nudą. Nie muszę też histerycznie poszukiwać aktywności, napinać się z tego powodu; mogę znaleźć równowagę między „robić” a „nie robić”. Bardzo pomogła mi w tym piątkowa sesja pracy z ciałem. Odkryłam, że udręczam się niemiłosiernie – pijąc po pięć kaw dziennie, szukając zajęcia za wszelką cenę, przejmując się moją samotnością, przeforsowując się podczas biegania. Zrobiłam więc kilka małych kroczków we właściwą stronę. Zamiast biegania do utraty tchu – biegomarsz. Odstawienie kawy. Sięganie do ludzi zamiast zamartwiania się, że to oni do mnie nie sięgają. Szukanie zajęcia nie z napięcia, ale z ciekawości. Głębokie oddychanie i podążanie za potrzebami ciała: tworzyć – czytać – leżeć i głaskać psa – wyjść na zewnątrz – poruszać się, i tak dalej.

Podjęłam także decyzję o tym, by poszukać dla siebie menedżera sztuki – który z procent od sprzedanych prac pomógłby mi w marketingu i promocji moich obrazów.

Jeśli znasz kogoś takiego lub sam/a jesteś taką osobą, napisz do mnie: zuzanna.koronska.itten@gmail.com

Do usłyszenia !

For a person that blends in close relationships with almost boundlessness, spending thirteen hours a day alone can be a creepy feeling. Fear. What if a psychotic attack comes? What about suicidal thoughts? What if the tension is so unbearable that I will hurt myself again? Lots of fear of possible black scenarios that only fuel stress and tension. In addition, my psychiatrist is on a three-week vacation and has not found a replacement for me … Sunday before lonely Monday – so much anxiety that I cry. Crying brings relief. However, it does not tame fear.

It’s Terrible Monday at last. The longest lonely day since I can’t remember when – turned out to be shorter than I thought. I met people, walked the dog, drew and cut, read a book, talked to my family, wrote e-mails – I discovered that my days don’t have to be terribly empty, and I don’t have to suffer from BOREOUT, i.e. demotivation from boredom. I also don’t have to hysterically seek activity, get tense because of it; I can find a balance between „doing” and „not doing”. The Friday session of bodywork helped me a lot. I discovered that I was tormenting myself mercilessly – drinking five coffees a day, looking for a job at all costs, worrying about my loneliness, overwhelming myself while running. So I took a few small steps in the right direction. Instead of running until you are out of breath – marching plus jogging. Put the coffee aside. Reaching out to people instead of worrying that they aren’t reaching to me. Seeking work not out of tension, but out of curiosity. Deep breathing and following the needs of the body: create – read – lie down and pet the dog – get outside – move, and so on.

I also made a decision to find an art manager for myself – who for a percentage of the works sold would help me in the marketing and promotion of my paintings.

If you know someone like that or you are such a person yourself, write to me: zuzanna.koronska.itten@gmail.com

Until next time!

trzeźwa / sober

(ENG.below) Brak mi słów, brak mi słów. Dziś wielkie oczy bo dużo zmartwień. Ojciec chory, matka chora, mąż zestresowany na granicy torsji, pies uszkodził sobie łapki, proces przyznawania mi renty może zakończy się w tym roku, a może nie; nie sprzedałam moich obrazów więc nic nie zarobiłam, wystawa się zakończyła, druga też, i trzecia, bez efektu poza dumą i chwilowym uniesieniem. Z początku radzę sobie dziś nieźle, lecz z każdą godziną jest coraz gorzej, jakby ktoś wsiadł mi na plecy i zaczynał dusić. Wiem, martwienie się nikomu i niczemu nie pomaga; może to po prostu mój sposób na bezsensowne wydatkowanie energii? Działa paraliżująco, zamiast mobilizująco. Trzęsawka. Lorazepam. Piłeczka do ugniatania, na nerwy. Chciałabym głęboko odetchnąć, ale nie potrafię. Mam wrażenie, że jeśli to zrobię, zemdleję albo pęknie mi klatka piersiowa. W tym stanie wolę chyba mieć ją zapadniętą. Cała jestem zapadnięta.

Wczoraj zdałam sobie sprawę, że Abilify od dwóch miesięcy uniemożliwia mi ucieczkę od rzeczywistości w stan psychotyczny. Ciągle jestem „trzeźwa”, muszę wszystko znosić „na trzeźwo”. Mój mózg unieruchomiony skutecznie – w końcu – przez ten lek antypsychotyczny nie może odpocząć w dziwacznym stanie urojeniowo-halucynacyjnym. Nigdy nie myślałam, że będzie mi tego brakowało. Świadomość, czujność, bezustanność tych dwóch stanów…jest jednocześnie darem i zarazem przekleństwem. Jestem dojrzała, w kontakcie i…zmęczona. Piję po pięć kaw dziennie. Gdybym tak mogła, choć na chwilę, choć na kilka godzin się odłączyć…sama nie wierzę w to, co właśnie piszę.

Mój psychiatra chwali mnie za autentyczność i dojrzałość. Tak, to zasługa Abilify, mojego porannego syropku. Nie wydaje mi się, że to jakiekolwiek moje osiągnięcie. Po prostu – na mój mózg założono w końcu skuteczny kaganiec. Nie może się nigdzie uciec.

Wielkie oczy, trzeźwe oczy, bezsenne oczy.

I have no words, I have no words. Big eyes today because I have a lot of worries. My father is sick, my mother is sick, my husband is stressed on the verge of vomiting, my dog ​​has damaged his paws, the process of granting me a pension may end this year, or maybe not; I didn’t sell my paintings so I didn’t earn anything, the exhibition ended, the second and the third too, with no effect except for pride and a momentary excitement. At first I’m doing fine today, but it gets worse with every hour, as if someone has climbed on my back and started choking me. I know, worrying doesn’t help anyone or anything; maybe it’s just my way of senseless energy expenditure? It is paralyzing, not mobilizing. Trembling. Lorazepam. Relaxing ball to calm my nerves. I’d like to take a deep breath, but I can’t. I have a feeling that if I do this, I will pass out or my chest will burst. In this state, I think I’d rather have it sunken. I’m all sunken.

Yesterday I realized that Abilify has been preventing me from escaping reality into a psychotic state for two months now. I am still „sober”, I have to endure everything „sober”. My brain, effectively – finally – immobilized by this antipsychotic drug cannot rest in a bizarre delusional-hallucinatory state. I never thought that I would miss it. Awareness, vigilance, ceaselessness of these two states … is both a gift and a curse at the same time. I am mature, in touch and… tired. I drink five coffees a day. If I could, even for a moment, for a few hours, just dettach… I don’t believe what I’m writing right now.

My psychiatrist praises me for authenticity and consciousness. Yes, it is thanks to Abilify, my morning syrup. I don’t think that’s any achievement of mine. Quite simply – an effective muzzle was finally put on my brain. It can’t run anywhere.

Big eyes, sober eyes, sleepless eyes.

nie martw się / don’t worry

(ENG. below) Ach, jaki cudowny dzień przeżyłam wczoraj. Na placu w centrum miasta, w którym mieszkam, otwarto wystawę plakatów artystów żyjących z diagnozą psychiatryczną. Znalazła się na niej także moja praca. Wystawa nie jest duża, ale obrazy – niesamowicie zróżnicowane, bo każdy z twórców ma swój niepowtarzalny styl.

Przez pandemię zapomniałam już, że potrafię być zwierzęciem społecznym. Że cieszą mnie small talks, uśmiechy, pozowanie do zdjęć, rozmowy z przyjaciółmi, którzy przyszli na otwarcie, chwila małej „chwały” i „popularności”. To moja pierwsza wystawa w samym centrum stolicy, na zewnątrz, ogólnie dostępna. Może ją zobaczyć każdy, kto wraca z pracy transportem publicznym –  po prostu nie da się na nią nie natknąć.

Oczywiście, jeśli jesteś osobą cierpiącą na dysregulację emocji, takie wydarzenia nie pozostają bez echa w twoim mózgu. W noc poprzedzającą otwarcie nie mogłam zasnąć z ekscytacji i poruszenia. W noc po wystawie – podobnie. Pomagałam sobie tabletkami nasennymi, które jednak nie do końca potrafiły pomóc mi wyhamować. Popełniłam też podręcznikowy błąd, wypijając cztery łyki piwa z myślą, że może pomoże mi zasnąć. Poranek następnego dnia był naprawdę bardzo ciężki.

Na szczęście mała dawka Abilify (Aripiprazol), którą zażywam od tygodnia, skutecznie blokuje objawy psychotyczne. Mimo wielu emocji udało mi się więc nie zdysocjować ani nie zderealizować. Ten lek powoduje jednak, że waham się pomiędzy pobudzeniem a zmęczeniem, ale zgadzam się na to z uwagi na brak symptomów psychotycznych.

Na koniec jeszcze jedna dobra wiadomość z wczoraj: mój obraz znajdzie się na okładce katalogu kolejnej wystawy i na zaproszeniach wysyłanych do tysiąca potencjalnych odwiedzających. I znów – wielka radość. I znów – obawa, że stanę się zbyt nakręcona i pojawią się objawy manii. Lecz jednocześnie – medytacyjne przypomnienie: podobnie jak trudne emocje, i te cudowne przemijają, bo taka jest ich „falowa natura”. Nie ma więc co martwić się na zapas.

(ENG.) Ah, what a wonderful day it was yesterday. An exhibition of posters by artists living with a psychiatric diagnosis has opened on the square in the center of the city where I live. It also includes my work. The exhibition is not large, but the paintings – incredibly diverse, because each of the creators has their own unique style.

Due to the pandemic, I have forgotten that I can be a social animal. That I enjoy small talks, smiles, posing for photos, chatting with friends who came to the opening, a moment of little „glory” and „popularity”. This is my first exhibition in the very center of the capital, outside and open to the public. It can be seen by anyone who returns from work by public transport – it is simply impossible not to come across it.

Of course, if you are an emotionally disturbed person, such events do not go unnoticed in your brain. The night before the opening I couldn’t sleep because of excitement. On the night after the exhibition – similarly. I was helping myself with sleeping pills, which, however, were not quite able to help me slow down. I also made a textbook mistake of drinking four sips of beer thinking it might help me sleep. The next morning was really hard.

Fortunately, the small dose of Abilify (Aripiprazole) I’ve been taking for a week has been effective in blocking my psychotic symptoms. So despite many emotions, I managed not to dissociate. This medication, however, causes me to swing between agitation and fatigue, but I agree to it due to the lack of psychotic symptoms.

Finally, one more good news from yesterday: my painting will be on the cover of the catalog of the next exhibition and on invitations sent to 1,000 potential visitors. And again – great joy. And again, fear of getting too turned on and beginning of manic symptoms. But at the same time – a meditative reminder: just like difficult emotions, these wonderful ones pass, because this is their „wave nature”. So there is no need to worry in advance.

staraj się bardziej / try harder

(ENG.below) Uspokoiło się. Wczoraj brak symptomów, za to słabość fizyczna, która skończyła się kilkoma godzinami spędzonymi w łóżku. Mam hipotezę, że moje ciało dostało sygnał: już nie musisz walczyć, możesz odpocząć.

Oczywiście, odpoczynek nie jest moją mocną stroną. Z godziny na godzinę frustrowałam się coraz bardziej, ponieważ moje oczekiwania dotyczące tego, jak mogłoby i powinno być różniły się diametralnie od tego, jak jest. Znane od zarania dziejów „powinnaś coś robić”, „bądź produktywna”, „nie marnuj czasu”, a na nich narastające wtórne przekonania „powinnaś już dac sobie spokój z tymi nakazami”, „przecież miałaś akceptować rzeczywistość taką, jaka jest”, „no co, to ta medytacja w końcu ci nie pomaga, prawda?” Wewnętrzny Krytyk ma się jak pączek w maśle, a ja znajduję się w samym środku kołowrotku emocji i przekonań.

Dawno temu, kiedy byłam zdrowa, prowadziłam warsztaty pracy z Wewnętrznym Krytykiem. Uczyłam tego, że można jego głos „wyciszyć”, będąc empatyczną dla siebie i wyłuskując z jego bezustannego krytycznego bełkotu ziarna prawdy. Próbuję zastosować do siebie własne nauki sprzed lat, ale wychodzi mi to średnio. Wiem bowiem, że krytyczny głos we mnie ma nuklearną broń, którą lubi stosować, a po której niewiele odżywczych składników zostaje wewnątrz mnie: „jesteś zepsuta bo jesteś chora”.

Nie jest więc łatwo, ale usiłuję negocjować: tak, jestem chora, ale się staram. Nie dość się starasz, odparowuje Krytyk. Mam prawo do słabości, mówię ja. Ale ileż można! – mówi on. Komunikat „staraj się bardziej” nie ma końca. Zawsze przecież można starać się bardziej, i nigdy nie dość się starać.

Uruchamiam więc medytacyjną radykalną akceptację. Próbuję nią objąć również Krytyka. Zamiera ze zdumienia, bo przecież był przygotowany na wymianę ognia.

A tu – niespodzianka.

It calmed down. Yesterday – no symptoms, but a physical weakness that ended with several hours in bed. My hypothesis is that my body got the signal: you don’t have to fight anymore, you can rest.

Of course, rest is not my forte. Hour by hour I became more and more frustrated because my expectations of how it could and should be were diametrically different from what it is. Known since the dawn of time, „you should do something”, „be productive”, „don’t waste your time”, and on them growing secondary beliefs „you should give up on these dictates”, „after all, you were supposed to accept reality as it is”, ” what, this meditation doesn’t help you after all, right? ” The Inner Critic feel great, and I am right in the middle of the spinning wheel of emotions and beliefs.

A long time ago, when I was healthy, I conducted workshops concerning the Inner Critic. I taught that you could “mute” his voice by being empathetic to yourself and extracting a grain of truth from his constant critical gibberish. I try to apply my own teachings from years ago, but it doesn’t seem to work well. For I know that the critical voice within me has a nuclear weapon that he likes to use, that leaves little nutrients inside of me: „you are broken because you are sick.”

So it’s not easy, but I try to negotiate: yes, I’m sick, but I’m trying. You’re not trying enough, says the Critic. I have a right to weakness, I say. But how can you be weak so often! – he says. The message „try harder” is endless. You can always try harder, and never try enough.

So I activate meditative radical acceptance. I am trying to extend it to the Critic as well. He freezes in amazement, because he was prepared for a firefight.

And here – a surprise.

akuszerka / midwife

(ENG.below) Dwa lata temu napisałam konspekt książki „Jak zwariować i przeżyć”. Wydawało mi się wtedy, że jestem uprawiona do udzielania porad w tym zakresie. Kiedy patrzę na to dzisiaj, mam w sobie albo więcej pokory, albo mniej pewności siebie; wiem jednak, że takiej książki pisać nie chcę. Potem pojawił się pomysł fabuły – pięć koleżanek poznaje się na kursie gotowania i odkrywa, że ma ze sobą więcej wspólnego, niż myślały; zakładają więc kanał „Kuchnia specjalnej troski”. Zdecydowałam jednak, że fabuła nie jest moją mocną stroną i ten pomysł też umarł śmiercią naturalną.

Od kilku dni wiedziałam, że coś się we mnie wykluwa. Nie potrafiłam tego złapać, określić; wydawało mi się tylko, że jest we mnie jakaś cisza, charakteryzująca fazę inkubacji, czyli dojrzewania pomysłów, która odbywa się w zasadzie poza udziałem świadomości. Trochę się niecierpliwiłam, bo wydawało mi się, że w zasięgu ręki mam jakieś marzenie, jakiś cel, ale nie mam pojęcia, jak go dosięgnąć.

Wtedy przyszła pomoc. Akuszerka pomysłów. Koleżanka z daleka, która pracuje jako psycholożka i czyta tego bloga. Podprowadziła mnie, pokazała możliwy kierunek działania, odpowiedziała na moje wezwanie, chociaż wcale nie musiała. Co więcej, jest gotowa przetłumaczyć książkę na zagraniczny rynek – który, jak mówi ona, niezmiernie jej potrzebuje.

Konspekt napisałam w kwadrans, tak jakby cały pomysł już dawno był w mojej głowie, czekał tylko na właściwe warunki i czas narodzin. Sformułowanie „zaufaj życiu” czy „zaufaj procesowi” nigdy nie wydało mi się bardziej trafne. Moja wdzięczność dla J. jest ogromna.

Teraz muszę uważać.

W moim stanie bardzo łatwo mi się nakręcić tak, że nie dam rady wyhamować, lub znajdę się nagle na przeciwległym biegunie bezradności i nie-czucia. Wizualizuję sobie swoją amygdalę, ośrodek emocji w mózgu, i głaszczę ją uspokajająco. Chcę się cieszyć, chcę być podekscytowana, lecz moje zaburzenie polega na dysregulacji emocji i boję się, że nie będę w stanie ich pomieścić. Pomaga mi jedzenie tego tortu po małym kawałeczku, skupienie się na idei planu i planowania, rozciąganie perspektywy na tygodnie, miesiące, myślenie w kategoriach dostosowywania tempa do wyzwania. Przychodzą medytacyjne sformułowania o cierpliwości, wyrozumiałości, akceptacji tego, co czuję, co się ze mną dzieje. Nie przywiązywania się do swoich uczuć, sięgania do świadomości, która je obserwuje i pozwala im przypływać i odpływać. Pomaga równoległe czytanie książki o mindfulness, którą staram się trawić pomalutku, wbrew mojej tendencji do pożerania wszystkiego bez przeżuwania. Tę lekturę traktuję jako medytację samą w sobie.

Łapię się też na uzależniającym przekonaniu o „byciu potrzebną”. Miód na moje serce. Jak łatwo mi wpaść w przekonanie, że mam do spełnienia ważną misję – uderzające w narcystyczny rys mojej osobowości. Zawracam więc nadmuchane myśli w miejsce „chcę po prostu napisać autentyczną książkę”. Jakie to ożywcze i uziemiające.

Teraz przede mną ćwiczenie uważności, bo chciałabym, żeby książka powstała właśnie z takiego miejsca – jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, skromnego i uważnego.

Trzymaj kciuki.

(ENG.) Two years ago I wrote an outline of the book „How to go crazy and survive”. At the time, it seemed to me that I was entitled to advise in this regard. When I look at it today, I have either more humility or less self-confidence; I know, however, that I do not want to write such a book. Then came the idea of ​​the plot – five friends meet in a cooking class and discover that they have more in common than they thought; so they set up the channel „Special Care Kitchen”. However, I decided that the plot was not my forte and this idea also died of natural causes.

For several days now I knew that something was hatching inside me. I couldn’t catch it, I couldn’t define it; it just seemed to me that there was a certain silence in me that characterizes the phase of incubation, that is, the maturation of ideas, which takes place basically outside the participation of consciousness. I was a bit impatient because it seemed to me that I had a dream or a goal within reach, but I have no idea how to reach it.

Then help came. Midwife of ideas. A friend from afar who works as a psychologist and reads this blog. She led me, showed me the possible course of action, answered my call, although she did not have to. Moreover, she is ready to translate the book into an overseas market – which, she says, is in dire need of it.

I wrote the outline in a quarter of an hour, as if the whole idea had long been in my head, waiting only for the right conditions and time of birth. The phrase „trust in life” or „trust the process” never seemed more accurate to me. My gratitude to J. is immense.

Now I have to be careful.

In my state, it is very easy for me to wind myself up so that I cannot stop, or find myself suddenly at the opposite extreme of helplessness and insensitivity. I visualize my amygdala, the brain’s emotional center, and stroke it soothingly. I want to be happy, I want to be excited, but my disorder means emotional dysregulation and I’m afraid I won’t be able to contain my feelings. It helps me to eat this pie one piece at a time, focus on the idea of ​​plan and planning, extend my perspective over weeks, months, and think in terms of adjusting the pace to the challenge. There are meditative phrases about patience, forbearance, acceptance of what I feel, what is happening to me. Not getting attached to my feelings, reaching for a consciousness that observes them and allows them to come and go. Reading a mindfulness book at the same time helps, and I try to digest it little by little, against my tendency to devour everything without chewing. I treat this reading as a meditation in itself.

I also catch the addictive notion of „being needed”. How easy it is for me to believe that I have an important mission to fulfill – striking the narcissistic trait of my personality. So I turn my inflated thoughts back to „I just want to write an authentic book”. How refreshing and grounding it is.

Now, before me is an exercise in mindfulness, because I would like the book to be created from such a place – however strange it may sound, humble and mindful.

Keep your fingers crossed.

„życie jest relatywnie głupie” / „life is relatively stupid”

(ENG.below) Od piątku czuję się jak w emocjonalnej pralce. Na horyzoncie pojawiły się, nazwijmy to roboczo, duchy przeszłości – które zadziałały na mnie tak, jakby ktoś wcisnął we mnie czerwony guzik z napisem „ALARM, wszystkie emocje na pokład!” Czuję więc ogromny lęk, napięcie, frustrację, nadzieję, oparcie w sobie, brak oparcia w sobie, strach przed utratą kontroli, zaufanie, że potrafię się kontrolować i obejmować swoje emocje, przepuszczać je przez siebie, nie, że jednak mnie porwą, że zrobię coś głupiego, że zrobię komuś lub sobie krzywdę…Taki miszmasz, jak w pralce właśnie, w której jestem jedną z kolorowych skarpetek nie do pary.

Na sesji terapeutycznej, która na szczęście miała miejsce dzisiaj, rozmawialiśmy o kontroli. Ja o tym, że chciałabym panować nad wszystkimi możliwymi scenariuszami wydarzeń i skierować życie w ten najbardziej mi pasujący, mój psychiatra zaś – naprowadzał mnie mniej lub bardziej skutecznie na myśl, że życia absolutnie nie da się kontrolować. To, że zaczęłam przygodę z medytacją, pomaga mi nie dać się wessać przez odpływ w pralce. Jestem skarpetką nie do pary, ale skarpetką świadomą, hahaha.

Na pożegnanie mój psychiatra uraczył mnie piosenką. Nie byle jaką. Refren brzmi tak: „życie jest relatywnie głupie, jesteś tu i nie wiesz dlaczego”. Naprawdę chciałabym zrozumieć, co chciał mi przez to powiedzieć…Może takie trochę „nie martw się, nic nie ma bowiem większego sensu ani znaczenia”?…Po pierwszym szoku, że specjalista uważa za cenną informację „życie jest relatywnie głupie”, myślę sobie…że to w sumie…uwalniające z powagi, napięcia; pomocne.

Czytam aktualnie książkę o mindfulness (Jon Kabat-Zinn) i natrafiłam na ciekawe zdanie: „nie traktuj swoich myśli osobiście”. Twoje myśli to nie ty, pisze autor; ty jesteś świadomością, która może je obserwować. Nie wiem, czy sam był świadomy, że dla osób z tendencją do derealizacji i dysocjacji może to być trudne do ogarnięcia. Jeśli nie jestem swoimi myślami, nie jestem swoimi emocjami, a nie potrafię się skontaktować ze swoją świadomością – kim jestem? Co zostaje?…

Mimo wszystko próbuję. Dzieje się rzecz niesamowita: wnętrze mnie się śmieje. Śmieje się z uwikłania w dramaty z przeszłości, śmieje się z prób skontrolowania rzeczywistości i wszystkich scenariuszy, śmieje się z gigantycznego napięcia, a nawet z mojej „skarpetkowości w pralce”; lecz śmieje się życzliwie, choć prawdę mówiąc dość nieubłaganie. Wszystkie moje rozterki wydają się po prostu „relatywnie głupie”, niepotrzebne i zdecydowanie nie są mną. Po prostu chwilowo się zaplątałam. A mój środek się śmieje.

(ENG.) Since Friday, I feel like in an emotional washing machine. On the horizon appeared, let’s call it this way, ghost of the past – which event influenced me as if someone had pressed a red button inside me with the words „ALARM, all emotions on board!” So I feel a huge fear, tension, frustration, hope, self-support, lack of support in myself; fear of losing control, trust that I can control myself and embrace my emotions, let them pass through me; that they will kidnap me, that I will do something stupid, that I will hurt someone or myself … Such a mishmash as in a washing machine in which I am one of the colorful mismatched socks.

In the therapy session that thankfully took place today, we talked about control. I said that I would like to control all possible scenarios of events and direct my life to the one that suits me best, and my psychiatrist – led me more or less effectively to the idea that life is absolutely beyond control. The fact that I have started my adventure with meditation helps me not to get sucked in by the drain in the washing machine. I’m a mismatched sock, but a conscious sock – hahaha.

As a farewell, my psychiatrist treated me with a song. Not just any song. The chorus goes like this: „Life is relatively stupid, you are here and you don’t know why.” I would really like to understand what he meant to me by that … Maybe something like „don’t worry, because nothing makes much sense or importance”? … After the first shock that the specialist considers the message „life is relatively stupid” as valuable, I’m thinking…that it is actually… releasing – seriousness, tension; it’s helpful.

I am currently reading a mindfulness book (Jon Kabat-Zinn) and I came across an interesting sentence: „don’t take your thoughts personally”. Your thoughts are not you, writes the author; you are the consciousness that can observe them. I don’t know if he himself was aware that for people with a tendency to derealization and dissociation it can be difficult to grasp. If I am not my thoughts, I am not my emotions, and I cannot contact my awareness – who am I? What’s left? …

I’m trying anyway. An amazing thing is happening: my interior is laughing. It laughs at being entangled in past dramas, laughs at attempts to control reality and all scenarios, laughs at the enormous tension, and even at my „sock in the washing machine”; but he laughs kindly, though quite relentlessly to tell the truth. All my dilemmas just seem „relatively stupid”, unnecessary, and definitely not me. I just got confused for a moment. And my center, my “wise mind”, is laughing.