centrum kryzysowe / crisis center

(ENG.below) Przedwczoraj – kryzys. Nie wychodziłam z łóżka, nie wyszłam z domu. Wczoraj pod wieczór – atak psychotyczny. W końcu się go doczekałam. Skradał się już kilkukrotnie, ale za każdym razem ostatecznie mnie omijał, przez całe szesnaście dni. Tym razem wydawało mi się, że mój talerz z kolacją jest pełen robaków; że muszę jeść robaki i martwe ciało. Było to odrażające; nie potrafiłam się przełamać; przestawałam jeść by wytłumaczyć sobie, że to tylko złudzenie, że kolację przygotował mąż, że to kukurydza, a to fasola, a to wcale nie mech tylko tymianek…Przywoływałam też słowa mojego psychiatry, że mam przecież plan na każdy wypadek, więc szybko łyknęłam Zyprexę oraz Temestę i poszłam się położyć. Nikogo nie było w domu. Włączyłam tutoriale kraula i zaczęłam oglądać pływaków. Z momentu na moment coraz bardziej się uspokajałam, a gdy już wszystko się skończyło, byłam – w końcu – bez napięcia, jakby wielki ciężar spadł mi finalnie z pleców.

Miałam nadzieję, że popsychotyczny luz utrzyma się i dzisiaj, ale niestety napięcie postanowiło chyba zamieszkać we mnie na stałe. Rano znów Lorazepam, by wyjść z domu na spacer. Dziewięć rytmicznych kilometrów marszu, podczas którego o niczym nie myślę, tylko patrzę na rzekę i słucham żab. Pomaga.

Podjęłam w końcu decyzję o pójściu do ośrodka interwencji kryzysowej – jestem na liście oczekujących, pewnie potrwa to ze dwa tygodnie. Taki ośrodek to świetne miejsce dla osób, które nie są aż tak chore, by iść na odział stacjonarny, a jednocześnie nie dość zdrowe, by radzić sobie samodzielnie. Centrum kryzysowe zapewnia wiele aktywności po kilka godzin dziennie, popołudniu wraca się do domu; są i relaksacje, i mindfullness, i arteterapia, i warsztat pracy z gliną, a nawet twórcze pisanie terapeutyczne. W tymże ośrodku byłam już raz, ponad rok temu. Ważyłam wtedy 15kg więcej i brałam dużo więcej leków. Zajęcia, spotkania z ludźmi, prowadzący i ekipa medyczna bardzo mi wtedy pomogli. Mam wielką nadzieję, że i tym razem tak będzie. Plusem jest też to, że na miejsce mam 20min drogi na nogach.

Jednakże jakoś te dwa tygodnie muszę przetrwać, a wyczerpałam już wszystkie znane sobie strategie. Prawdopodobnie nie będę się rozstawać z Lorazepamem – ani z pływaniem. Psychiatra wspiera mnie terapeutycznie, bym szukała tego, na co mam wpływ, a całą resztę bohaterstwa, na które mnie nie stać, którego nie trzeba i które mi zupełnie nie służy schowała gdzieś, gdzie diabeł mówi dobranoc. Ostrzegał mnie, że w trudnych rodzinnych sytuacjach każdy wpada w dawno dawno temu przydzieloną sobie rolę; ja jestem ratownikiem i cheerleaderką. Niemoc, bezradność, niepewność sprawiają, że nie mogę tych ról wypełniać, a zagubienie rozkłada mnie na łopatki, bo przecież „nic innego nie potrafię robić”. Pieprzcie się, schematy, powtarzam sobie dla kurażu i płaczę z napięcia.

The day before yesterday – a crisis. I didn’t leave the bed, I didn’t leave the house. Yesterday evening – a psychotic attack. It finally got me. It had crept closer several times, but each time it eventually avoided me, for sixteen days. This time it seemed to me that my dinner plate was full of worms; that I have to eat worms and a dead body. It was disgusting; I couldn’t help myself; I stopped eating to explain to myself that it was only a delusion, that my husband prepared dinner, that it is corn and this is bean, and that one is a thyme and not some moss… I also recalled the words of my psychiatrist that I had a plan for every accident, so I quickly took Zyprexa and Temesta and went to bed. Nobody was home. I turned on the freestyle swimming tutorials and started watching swimmers. With every passing moment, I was calming down more and more, and when everything was over, I was – finally – without tension, as if a great weight had finally fallen from my back.

I was hoping that the after-psychotic slack will continue today, but unfortunately the tension probably decided to live in me permanently. In the morning I had to take Lorazepam again to leave the house for a walk. Nine rhythmic kilometers of march, during which I don’t think about anything, just look at the river and listen to frogs. It helps.

Finally, I decided to go to the crisis intervention center – I’m on the waiting list, it will probably take about two weeks. Such a center is a great place for people who are not so sick to go to a stationary ward, but not healthy enough to cope alone. The crisis team provides a lot of activity for several hours a day, in the afternoon you return home; there are relaxation techniques, mindfullness, art therapy, and clay workshop, plus even creative therapeutic writing. I have been to this center once, over a year ago. I weighed 15kg more and took a lot more medicine. Structure, meetings with people and the medical team helped me a lot. I very much hope it will be like this also this time. Another advantage is that I have only 20 minutes on foot to get there.

However, somehow I have to survive these two weeks, and I have already exhausted all the strategies I know. I probably won’t part with Lorazepam – nor swimming. The psychiatrist supports me therapeutically, so that I would look for what I have influence on, and give up all the rest of the heroism that I can’t afford, which I don’t need, and which is of no use at all now. He warned me that in difficult family situations everyone falls into their long ago assigned role; I am a rescuer and a cheerleader. Impotence, helplessness and uncertainty mean that I can’t fulfill these roles, and being lost feels like a knockout, because „I can’t do anything else”. Fuck schemes, fuck roles, I tell myself for courage, crying from tension at the same time.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.