Czy chciałabyś być normalna / Would you like to be normal

(ENG.below) Miałam dziwny sen, który, mimo, że mógłby być koszmarem, sprawił, że obudziłam się w poczuciu wyzwania. Śniło mi się, że pewna korporacja porywa własne pracownice, zatrudnione w wielu prowadzonych przez nią firmach, a następnie przeprowadza na nich nielegalne eksperymenty. Te, które w wyniku tych działań osuwają się w obłęd, zostają zamordowane. Pamiętam senne wrażenie – zaskoczenie, niedowiarę – związane z tym, że nikt tych kobiet nie szuka, nie zauważa dziwnej korelacji między masowymi zniknięciami pracownic a tym, że firmy, w których pracują, znajdują się pod jednym, korporacyjnym parasolem.

W przeszłości, w erze mojego „zdrowia psychicznego”, całe eony lat temu, jak mi się zdaje – choć minęło ich zaledwie kilka – zajmowałam się marzeniami sennymi profesjonalnie, prowadząc warsztaty, uczestnicząc w kursach i rozwijając się samodzielnie. Stąd zakładam, że wszyscy gracze w moim śnie to części mojej psyche – jestem dla siebie i kobietą-eksperymentem, i cichym zabójcą na usługach zleceniodawcy, i bezwzględną korporacją. Tak jak moje senne ofiary, zniknęłam z rynku pracy, nagle i dość spektakularnie, przenosząc się do podziemi, gdzie próbuję niezliczonych ilości leków, a gdy przychodzi epizod, mam ochotę się zabić – i jakaś część mnie, ta, która ma nadzieję na lepsze jutro, za każdym razem umiera. Mimo to pojawia się kolejna ja, bo, jak mawia polskie przysłowie, nadzieja umiera ostatnia. I ona poddawana jest eksperymentom; rozlicznym olanzapinom, seroquelom, venlafaxynom, lorazepanom, stillnoxom, invegom, risperdalom, i tak dalej (swoją drogą, nazwy niektórych leków mogłyby być imionami co najmniej królów elfów).

Do wczoraj stałam na stanowisku, że gdy chorujesz, powinieneś brać leki, i że lęk o ich destrukcyjnym wpływie na osobowość jest mitem. Lecz mój psychiatra – ponownie – zaskoczył mnie twierdząc, że widzi różnicę między tym, jaka jestem na lekach i bez nich. Bez leków, jak powiedział, intelekt, błyskotliwość i poczucie humoru są moją wizytówką, podobnie jak moja twórczość. Na lekach te predyspozycje ulegają „stępieniu”; wszystko oblewa medyczna mgła, mój świat staje się powolniejszy i bardziej jałowy. Przyznał, iż jest świadomy, że to dość nietypowe słowa z ust psychiatry, lecz będziemy pracować nad tym, by leki brać tylko na wypadek epizodów.

„Twoja emocjonalność jest głęboka i skrajna” – powiedział. „Wiąże się z ogromnie wrażliwym postrzeganiem świata, ale też z wielkim cierpieniem. Myślę też, że napędza twoją twórczość; zwłaszcza kryzysy karmią twoją sztukę. Naprawdę chciałabyś być normalna?…”

Ciekawe czy zgadniesz, co odpowiedziałam.

I had a strange dream that, although it could be a nightmare, made me wake up in a sense of challenge. I dreamed that a corporation kidnaps its own employees, employed in many of its brands, and then conducts illegal experiments on them. Those who, as a result of these actions, fall into insanity, are murdered. I remember the drowsy impression – surprise, disbelief – related to the fact that no one is looking for these women, no one is noticing the strange correlation between mass disappearance of employees and the fact that the companies in which they work are located under one corporate umbrella.

In the past, in the era of my „mental health”, eons ago I think – although only a few years have passed – I have dealt with dreams professionally, conducting workshops, participating in courses and developing myself. Hence, I assume that all the players in my dream are parts of my psyche – I am an experiment for myself, a silent killer at the service of the principal, and a ruthless corporation. Like my sleepy victims, I disappeared from the labor market, suddenly and quite spectacularly, moving to the underground, where I try countless amounts of drugs, and when an episode comes, I want to kill myself – and some part of me, the one that hopes for a better tomorrow every time, dies. Despite this, another self appears, because, as the Polish proverb says, hope dies last. And she is subjected to experiments; numerous olanzapines, seroquels, venlafaxines, lorazepans, stillnoxes, invegas, risperdals, and so on (by the way, the names of some drugs could be the names of, at least, elf kings).

Until yesterday I was of the opinion that when you get sick, you should take medication, and that fear of their destructive effects on personality is a myth. But my psychiatrist – again – surprised me by saying that he sees the difference between how I am on drugs and without them. Without drugs, he said, intellect, brilliance and sense of humor are my business card, just like my art. On drugs, these predispositions are „blunted”; everything is covered in medical fog, my world is becoming slower and more barren. He admitted that he was aware that these were quite unusual words from a psychiatrist’s mouth, but we would work on taking medication only in case of episodes.

„Your emotionality is deep and extreme,” he said. „It is associated with a very sensitive perception of the world, but also with great suffering. I also think it drives your work; especially crises feed your art. Would you really like to be normal? … ”

I wonder if you can guess what I said.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.