Dawkowanie / Dosing

(ENG.below) Można dawkować leki, można dawkować wrażenia, wysiłek, a nawet szczęście. Gdyby mój lekarz wiedział (dowie się w piątek), jak próbuję porcjonować sobie ten dzisiejszy tort, żeby nie zemdleć z przesłodzenia, byłby ze mnie dumny. W zasadzie jem tę słodycz od wczoraj, kiedy to dowiedziałam się, że jeden z lokalnych teatrów jest zainteresowany moją sztuką. Dziś natomiast wspomniano o mojej potencjalnej, przyszłej wystawie w Krakowie, Lublinie, „a może i zagranicą”. Nagrałam też rano podcast – bardzo się spodobał osobie, która go zamawiała; chce go użyć w promocji polskiej edycji radia „Świr” (ha!) Zaczęłam także pracę nad nową sztuką, tym razem podchodząc do niej metodycznie, w tym – używając Google Maps do wyliczenia, ile kilometrów przeszedł mój dziadek z wyzwolonego obozu koncentracyjnego do domu (483km. Na nogach. W stanie skrajnego niedożywienia. Tak, to prawda).

Owszem, to będzie sztuka inspirowana historią przodków, przefiltrowana jednak przez moją fantazję i realizm magiczny. Dzisiaj nie naciska na mnie żaden duch, nikt mnie do niczego nie zmusza, nie czuję presji ze strony złego głosu; jem regularnie i robię sobie przerwy w pisaniu, w tym – na jogging w deszczu ze śniegiem i porywającym wichrze. Człap, człap, chlupocące buty; lubię to uczucie związane z wyobrażeniem, że cały wysiłek zakończy się w ciepłym domu, pod ciepłym prysznicem i przy gorącej herbacie. Można by powiedzieć, że biegam właśnie dla takich powrotów.

Dobry dzień, taki jak dziś, bardzo kusi, by wycisnąć z niego maksymalną ilość odżywczych soków. I jeszcze to. I jeszcze tamto. Bo zelżał niepokój, bo potrafię się skupić, bo mam pomysły, bo koncentracja nie szwankuje, bo w głowie otwierają się połączenia zablokowane przez jakiś czas strachem i zmartwieniem. Bardzo łatwo się w taki dzień przemęczyć. Wolałabym napisać „przemęczyć siebie samą”, bo jest taka ja, która moją drugą ja ciągnie od wyzwania do wyzwania, od pomysłu do pomysłu, niestrudzenie. Tymczasem powinnam tę drugą siebie traktować z czułością, pamiętając, że owszem, trening jest ważny, ale odpoczynek równie istotny, jeśli nie istotniejszy. Że nie jestem z gumy ani z diamentu, nie jestem niezniszczalna, a nie dalej jak wczoraj rano musiałam się posiłkować Lorazepamem.

Tak, chcę łapać słońce, ale nie chcę Ikarować. Wolałabym…hmm. Dedalować?…

You can dose drugs, you can dose sensations, effort and even happiness. If my doctor knew (he will find out on Friday) how much I have been trying to slice this awesome cake of success today so as not to faint from the amount of sweetness, he would be proud of me. In fact, I have been showered with sweets since yesterday, when I learned that one of the local theaters is interested in my play. Today, however, in an e-mail exchange my potential future exhibition in Krakow, Lublin, and maybe abroad was mentioned. I also recorded a podcast in the morning – the person who ordered it liked it very, very much and wants to use it for promoting the idea of a Radio for Crazy People. I also started working on a new theatre piece, this time approaching it methodically, including using Google Maps to calculate how many miles my grandfather traveled home ON FOOT – from the liberated concentration camp (483km. On foot. In a state of extreme malnutrition. Yes, that’s true) .

Yes, it will be a play inspired by the history of my ancestors, but filtered through my fantasy and magical realism. Today no spirit pushes me to write it, no one forces me to do anything, I don’t feel pressure from the evil voice; I eat regularly and take breaks in writing, including going out jogging in the rain and snow and a gusting wind. My completely wet shoes make funny sounds; I like this feeling associated with the idea that all the effort will end in a warm home, in a warm shower and with a hot tea. One could say that I run just for such returns.

A good day like today is very tempting when it comes to squeezing the maximum amount of nutritious juices out of it. Because anxiety eased, because I can focus, because I have ideas, because concentration does not fail me, because in my head connections open, blocked for some time with fear and worry. It is very easy to exhaust oneself during such a day. There is one „me” that pulls my other self from challenge to challenge, from idea to idea, tirelessly. Meanwhile, I should rather treat the other self with tenderness, remembering that yes, training is important, but rest is equally important, if not more. That I am not made of rubber or diamond, I am not indestructible, and no more than yesterday morning I had to use Lorazepam to deal with tension.

Yes, I want to catch some rays of sunshine, but I don’t want to burn and fall. I prefer … hmm. Do it „Daedalus way”…?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.