Dorosły specjalnej troski / Special needs adult

(ENG.below) Gdy depresja atakuje, wszystko wydaje się bardzo, bardzo ciężkie, trudne i niewykonalne: wyjście z psem, przygotowanie posiłku, czytanie, nawet wstanie z łóżka. Mam takie napady każdego dnia; przez kilka godzin po prostu mnie nie ma – a jeśli jestem, wymagam opieki. Ten stan przychodzi i odchodzi – nie da się do niego przygotować, zrobić zapasów, napiąć się, nastroić pozytywnie, by go jak najszybciej przeżyć. Zwykle zakopuję się wtedy w łóżku i płaczę z bezradności i zmęczenia. Wyobraź sobie teraz takie życie przez kilka miesięcy bądź lat. Mojej wyobraźni brakuje, by objąć obraz chorego w chronicznej depresji. Można powiedzieć, że mam szczęście, bo moja depresja przychodzi i odchodzi, by za chwilę znów wrócić, ale nie dręczy mnie non stop. To tylko kilka godzin dziennie. To się da znieść, prawda?…Jednakże gdy spadam w ciemność, cały mój umysł podpowiada mi, że dłużej tego nie zniosę, tego rollercoastera góra-dół, który przyprawia o mdłości. Nie mam siły znów się podnosić. Jestem wyczerpana. Mimo wszystko ten stan, na który składają się, oprócz słabości fizycznej, także emocje (żal, lęk, smutek, bezradność, rozdzierający ból) i przekonania (nie dam rady, już nie mogę, nie mam siły, to się nigdy nie skończy), mija, a ja siadam przy biurku i piszę bądź rysuję.

W czasach pandemii staram się robić minimum dziennie, by nadmiernie się nie napinać ani nie zużywać wybrakowanych już zasobów wewnętrznych. Tak jak nakazał lekarz, usiłuję zminimalizować liczbę bodźców emocjonalnych. Uważam bardzo na momenty, w których czuję, że zaczynam się spinać i próbuję jakoś je „rozcieńczyć”. Piję mniej kawy, nie muszę się do niczego mobilizować, zmniejszam oczekiwania wobec siebie; prowadzę się za rękę, jak dziecko specjalnej troski. To pomaga. Wyrozumiałość i troska nigdy nie były moją mocną stroną – uczono mnie raczej mobilizacji, ciągłego zmotywowania i napierdalania do przodu; tym bardziej jestem dumna z tego, że próbuję się sama wspierać, i że czasem mi to wychodzi.  Odciąża to także mojego męża, który nie jest przecież oddziałem ratunkowym, psychiatrą ani pielęgniarzem, chociaż w takiej roli spędził przy mnie wiele lat – i często wciąż spędza wiele chwil, lecz tym razem stawiamy granice wsparcia i zdarza się, że muszę sobie radzić sama, płakać sama, trwać sama. Zmusza mnie to, zamiast panicznego sięgania po pomoc, do zwrócenia oczu na siebie i trzymania się za rękę. Jak dorosłą – specjalnej troski.

When depression attacks, everything seems very, very hard, difficult and impossible to do: walking the dog, preparing a meal, reading, even getting out of bed. I have such seizures every day; I’m just gone for a few hours – and if I am there, I need care. This condition comes and goes – you can’t prepare for it, make supplies, strain, think positively and tune in to survive it as quickly as possible. I usually bury myself in bed and cry from helplessness and fatigue. Imagine such a life now for several months or years. My imagination is missing to embrace the image of a patient in chronic depression. You can say that I am lucky because my depression comes and goes, to come back again in a moment, but I am not bothered by it all the time. It’s only a few hours a day. It is bearable, right? … However, when I fall into the darkness, my mind tells me that I can’t take it anymore, this rollercoaster that makes me sick. I don’t have strength to rise again. I’m exhausted. After all, this state, which consists of, apart from physical weakness, also emotions (sorrow, fear, sadness, helplessness, excruciating pain) and beliefs (I can’t do it, I can’t bear it any longer, I have no strength, it will never end), passes, and I sit at the desk and write or draw.

In times of pandemics, I try to do a minimum a day so as not to over-stretch or use up my scarce internal resources. As the doctor ordered, I am trying to minimize the number of emotional stimuli. I am very careful about the moments when I feel that I am beginning to feel tense and try to „dilute” them somehow. I drink less coffee, I don’t have to mobilize myself for anything, I reduce my expectations for myself; I hold my own hand like a child with special needs. It helps. Forbearance and caring have never been my strength – I have been taught to mobilize, constantly motivate and push forward; therefore I’m proud that I’m trying to support myself, and that sometimes I am able to make it. It also relieves my husband, who is not an emergency department, psychiatrist or nurse, although he has spent many years with me in this role – and he often spends many moments still, but this time we set limits on support and it happens that I have to cope alone, cry alone, stay alone. It forces me, instead of panicking for help, to look at myself and hold my hand. As an adult with special needs.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.