Dwie boginie / Two goddesses

(ENG.below) Poranki są znośne, wieczory trudne. Wieczorami myślę, że jednak nie dam rady. Zaczynam się bać, że nie zapanuję nad sobą i coś sobie zrobię, gdy już nie będę w stanie wytrzymać bólu. Kiedy jednak wyśpię się w miarę dobrze, na jednej tylko tabletce nasennej, nie potrójnej dawce, kolejny dzień wydaje się możliwy do przeżycia, a nawet – przeżycia godnego. Pomaga płakanie. Pomaga bycie w kontakcie z mężem, siostrą i szwagrem, chociaż ten pierwszy ciągle pyta, jak może mi pomóc, a ja ciągle odpowiadam, że nie wiem; siostra twierdzi, że nie ma pojęcia, co wspierającego napisać, ale sam fakt, że jest wirtualnie blisko, przynosi ulgę – poza tym dużo się dzięki niej śmieję, a to także ogromny prezent.

Idę dziś do mojego psychiatry, będziemy ustalać dalszą strategię działania, choć przypomina to raczej bezustanne błądzenie w labiryncie – tylu już interwencji próbowaliśmy, że niewiele nam zostało. Na elektrowstrząsy się nie nadaję – one pomagają w ciężkiej depresji, a ja BYWAM „jedynie” depresyjna; te stany zresztą szybko potrafią się przerodzić w nakręt. Przedwczoraj wieczorem tak właśnie było; najpierw bezradność, płacz i uporczywe myśli samobójcze, zmęczenie, wyczerpanie, a po trzech godzinach eksplozja aktywności i twórczości. O 20:00 byłam w łóżku, nie mając siły na nic, nawet mówienie, o 23:00 farbowałam brwi i robiłam kolaże (sztuk pięć). Mój biedny małżonek był w panice. Boi się najbardziej właśnie szybkich zmian faz. A co będzie kolejnego dnia? Co będzie w następnym tygodniu? Jaka będę? Którą sobą będę? Czy będzie trzeba mnie reanimować czy hamować? Przytulać czy doradzać spokojnie, bym się w końcu położyła? Jako że ze względu na epidemię mąż pracuje z domu, ma mnie teraz w okolicy non stop. Bardzo mi go żal. Staram się odpędzać poczucie winy – że jestem przyczyną jego napięcia, stresu i lęku; to przecież nie moja wina, że jestem chora. Ale czyja zatem? Tak ciężko zaakceptować wersję, że niczyja, i że to wszystko jest bez sensu, ale mimo wszystko – jest. Zawsze gardziłam poszukiwaniem sensu w chorobie, próbami nadania jej znaczenia; wolę pozostać w trudniejszej do zniesienia, ale moim zdaniem dojrzalszej rzeczywistości, która nie ma przyczyny i nie ma sensu.

Wczoraj, bojąc się kolejnego wieczoru i nocy, zrobiłam coś, czego nie robię nigdy: zaczęłam się modlić. Nie do boga jedynego, bo w niego nie wierzę, choć szanuję tych, którzy znajdują w nim bezpieczną przystań. Zaczęłam modlić się do dwóch bogiń: hindustkiej Shakti i polinezyjskiej Pele, której mały ołtarzyk mam w sypialni i co dzień zapalam w nim świeczkę. Potrzebna mi była kobieca, silna obecność, wsparcie mocnych, mądrych duchów; poczucie, że nie jestem sama, i że mogę się na kimś oprzeć.

Zasnęłam.

Mornings are bearable, evenings challenging. In the evenings I usually  think I can’t continue living like this anymore. I start to be afraid that I will not be able to control myself and do something to myself because I cannot bear the pain. However, when I sleep fairly well, on one sleeping pill only, not a triple dose, the next day seems doable, and even – a worthy experience. Crying helps. It also helps to keep in touch with my husband, sister and brother-in-law, although the former still asks how he can help me and I still answer that I don’t know; the sister claims that she has no idea what to write, but the fact that she is virtually close brings relief – besides, I laugh a lot thanks to her, and it’s also a huge gift.

I am going to my psychiatrist today, we will establish a further strategy of action, although it resembles rather constant wandering in the maze – we have tried so many interventions that we have not much left. I am not fit for electroshocks – they help in severe depression, and I am „only” depressed from time to time; indeed, these states can quickly turn into a „turned-on” existence. That was the day before yesterday, in the evening; first helplessness, crying and persistent suicidal thoughts, fatigue, exhaustion, and after three hours an explosion of activity and creativity. At 20:00 I was in bed, having no strength for anything, not even talking, at 23:00 I dyed my eyebrows and made collages (five pieces). My poor spouse was in a panic. He is very much afraid of rapid phase changes. And what the next day bring? What will happen the following week? What will I become? Which one will I be? Will I need to be resuscitated or slowed down? Hugged or advised calmly that I would finally go to bed? Since my husband works from home because of the epidemic, he now has me around the clock. I feel very sorry for him. I try to ward off guilt – that I am the cause of his tension, stress and anxiety; It is not my fault that I am sick. But whose is it? It’s so hard to accept the version that it’s nobody’s and that it’s all pointless, but still – it is. I have always despised the search for meaning in an illness, attempts to make sense out of it; I prefer to remain in a more difficult to bear, but in my opinion more mature reality that has no reason and makes no sense.

Yesterday, fearing the next evening and night, I did something I never do: I began to pray. Not to the only god, because I don’t believe in him, although I respect those who find there a safe haven. I began to pray to two goddesses: the Hindu Shakti and the Polynesian Pele, whose small altar I have in the bedroom and I light a candle in it every day. I needed a feminine, strong presence, support of strong, wise spirits; feeling that I’m not alone and that I can lean on someone.

I fell asleep.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.