Dzień czekania / A day of waiting

(ENG.below) Wczoraj dzień był wspaniały. Odwiedziłam koleżankę, z którą jak zwykle rozmowy były i głębokie, i zabawne; zgodziła się na podjęcie się tłumaczenia kilku moich wpisów na niemiecki, by mogły zostać opublikowane w niemieckojęzycznym czasopiśmie (jeden tekst pojawi się w nim wkrótce) – bardzo mnie to ucieszyło i przepełniło wdzięcznością. Ponadto przez kilka godzin poprawiałam moją recenzję książki z pogranicza terapii, filozofii i sztuki dla pewnego czasopisma. Bardzo lubię takie intelektualne wyzwania, gimnastykę dla mózgu. Oczywiście, żebym mogła się skupić niezbędne są określone warunki wewnętrzne, a mianowicie mój mózg nie może być zajęty panicznym lękiem, niepokojem, kombinowaniem, jak zejść z tego świata albo urojeniami wielkościowymi, a to nie zdarza się co dzień. Okazał się jednak dla mnie łaskawy i mogłam popracować.

Wczoraj odbyło się też spotkanie lokalnego teatru, dotyczące wystawienia mojej pierwszej sztuki. Nie dostałam jeszcze informacji zwrotnej. Z nerwów nie mogłam zasnąć, a gdy już mi się udało, sny, które przyszły, sprawiły, że obudziłam się jeszcze bardziej niespokojna. Jak powiedział mój psychiatra, idę wąską granią, a każda destabilizacja grozi popadnięciem w prawo, w epizod maniakalny, albo w lewo, w epizod depresyjny. Szukanie swojego kroku, odnajdywanie spokoju w powolnym poruszaniu się do przodu to wyzwanie mojego aktualnego życia. Paniczne „co zrobię, jeśli zechcą ją wyprodukować?” oraz równie paniczne „co zrobię, jeśli nie zechcą jej wyprodukować?” nie pomagają w przywracaniu równowagi. Sama nie wiem, czego chcę, czego się bardziej boję. Moje oczy robią się coraz większe, jak w bajce „Krzesiwo”, i są już wielkości młyńskich kół. Lorazepamie, przybywaj. Nie potrafię się uspokoić.

Na osłodę dostałam wzruszającą wiadomość od jednej z koleżanek z Polski, dotyczącą mojej twórczości. Napisała:

W pewnym momencie dotarło do mnie, że to jest sposób trzymania się na powierzchni, pielęgnowania tego ja opowiadającego, ja narratora, ja rysującego, ja piszącego. Tych fragmentów stabilnych, bezpiecznych i przewidywalnych. Porusza mnie Twoja walka, Twoja odwaga, żeby mówić głośno, pokazywać siebie. Być. Bardzo Ci jestem za to wdzięczna. Bo przecież w życiu nie chodzi o to, co nam się przydarza, ale o to, co z tym robimy. Jak potrafimy to objąć, wziąć na bary, jak się z tym pokłócić albo pogodzić. I czy w tym całym galimatiasie jest miejsce na autentyczność.

Wklepuję te słowa jak balsam. Uspokajają, koją. Dodają sił. A te będą mi potrzebne na dzisiaj, dzień czekania.

Yesterday was a great day. I visited a friend with whom, as usual, talks were both deep and funny. She agreed to translate some of my texts into German so that they could be published in a German-language journal (one text will appear soon) – I was very happy and grateful. In addition, for several hours I was improving my book review for a certain magazine, touching the areas of therapy, philosophy and art. I really like such intellectual challenges, gymnastics for the brain. Of course, in order for me to focus, certain internal conditions are necessary, namely my brain cannot be occupied with panic fear, anxiety, combining how to get off this world, or delusional trips, and this does not happen every day. However, he turned out to be kind to me and I could work.

There was also a local theater meeting yesterday about the staging of my first play. I haven’t received feedback yet. I couldn’t sleep because of anxiety, and when I finally succeeded, the dreams that came made me wake up even more anxious. As my psychiatrist said, I tread a narrow ridge, and any destabilization threatens to my falling right, into a manic episode, or left into a depressive phase. Searching for your rhythm, finding peace in slowly moving forward is a biggest challenge in my current life. Feeling frantic over „what will I do if they want to produce it?” and equally panicking over „what will I do if they don’t want to produce it?” do not help to find balance. I don’t know what I want, what I fear more. My eyes are getting bigger and bigger, like in the tale „Tinder”, and they are already the size of mill wheels. Lorazepam, come here. I can’t calm down.

To sweeten my internal state, I received a touching message from one of my friends from Poland about my work. She wrote:

At some point, I realized that this is a way of sticking to the surface, nurturing this narrator, who is drawing and writing. These fragments that are stable, safe and predictable. Your struggle moves me, your courage to speak loudly and show yourself. Being there. I am very grateful for that. Because life is not about what happens to us, but about what we do with it. How we can embrace it, arm wrest with it, how to argue with it or come to terms with it. And if there is room for authenticity in this whole mess.

I tap these words like a balm. They calm me down down, soothe me. They give me strength. And these will be needed for today, the day of waiting.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.