Gorzka pigułka / Bitter pill

(ENG.below) Poszłam wczoraj z przyjaciółką na urodzinową kawę. Okazało się, że mój mózg, po kilku ostatnich atakach psychotycznych nie obejmuje rzeczywistości „przebywanie w kafejce pełnej rozmawiających ze sobą osób”. Ilość bodźców sprawiała, że było mi boleśnie i niedobrze, dosłownie, fizycznie. Musiałyśmy stamtąd uciekać. Ponadto odkryłam, że mam tak zmęczony umysł, iż skupianie się na wypowiedziach mojej przyjaciółki pochłaniało tyle zasobów wewnętrznych, ile – co najmniej – egzamin roczny z psychologii rozwojowej na studiach. Muszę pamiętać, że po zniknięciu objawów psychotycznych mózg wraca do „normalnego” funkcjonowania (w cudzysłowie, gdyż nie jest normalny) dopiero po kilku dniach.

Poszłam dziś na basen i okazało się, że nadal nie jest dobrze – dwie kobiety rozmawiające pod prysznicem (jak się domyślasz, dość głośno, by przekrzyczeć strumień wody) stanowiły taką dawkę bodźców, jakby ktoś walił mi młotkiem w czaszkę przez kilka dobrych minut. Gdy już się zebrałam, by im powiedzieć, żeby tak nie krzyczały, woda przestała lecieć. Nie zareagowałam natychmiast, bo…przecież nie mogę powiedzieć: panie, zamknijcie się, do kurwy nędzy, bo jestem osobą specjalnej troski i wasza krzykliwa pogadanka odsyła mnie na krańce mojej wytrzymałości; albo – panie, jestem nadwrażliwą, chorą psychicznie osobą po przejściach, więc nie drzyjcie się z łaski swojej; czy też – panie, cholera, miałam trzy dni temu epizod psychotyczny i mój mózg nie funkcjonuje normalnie, więc zamknijcie usta; nie, tego wszystkiego nie mogłam powiedzieć. Wymyśliłam w końcu komunikat pod tytułem: „proszę mówić ciszej bo boli mnie głowa”. Lecz gdy już się zebrałam, one przestały szczekać do siebie. Co za ulga. Nie muszę uprawiać rzeczywistości alternatywnej.

Mimo wszystko uprawiam ją tu i ówdzie. Odwołując imprezę urodzinową, piszę do baru: „mam nawracającą depresję”. Sąsiadka pyta, co u mnie, ja: „miewam depresyjne fazy”. Tęsknię czasem za taką realnością, w której mogę po prostu powiedzieć: jestem chora psychicznie, a odmiana choroby dwubiegunowej, którą mam, jest ciężka i nieuleczalna. Moi rozmówcy pokiwaliby ze zrozumieniem głową, wiedząc, o czym mówię, i zapytali, czy coś mogą dla mnie zrobić.  Lecz tak nie jest…świadomość dotycząca chorób psychicznych i stereotypy na temat chorych skutecznie mnie powstrzymują od powiedzenia, jak się NAPRAWDĘ miewam. A „depresja” to taki wytrych. Niby mówię ciut prawdy, w wersji strawnej i oswojonej, ale nie ujawniam się całkowicie. Rozgryzam w ustach gorzką pigułkę „nie strasz ludzi”, i idę dalej.

I went for a birthday coffee with my friend yesterday. It turned out that my brain, after several psychotic attacks lately, does not embrace the reality of „being in a cafe full of people talking to each other.” The amount of stimuli made me feel painful and sick, literally, physically. We had to run away. In addition, I discovered that my mind was so tired that focusing on my friend’s talking consumed as much internal resources as – at least – the annual exam in developmental psychology on university fifteen years ago. I must remember that after the disappearance of psychotic symptoms, the brain returns to „normal” functioning (in quotation marks, because it is not normal) after a few days.

I went to the swimming pool today and it turned out that it was still not good – two women talking in the shower (as you can guess, loud enough to shout over a stream of water) were such a dose of stimuli, as if someone banged my skull with a hammer for a few good minutes. When I finally decided to tell them not to shout like that, the stream of water stopped. I did not react immediately because … I can’t say: ladies, shut up, for fuck’s sake, because I am a person of special care and your extremely loud talk sends me to the limits of my capabilities; or – listen up, I am a hypersensitive, mentally ill person after a rough time, so shut up, please; or – damn, I had a psychotic episode three days ago and my brain is not functioning normally, so close your mouth; no, I couldn’t say all that. Finally, I came up with a message „please keep your voice down because I have a headache”. But when I finally decided to intervene, they stopped barking to each other. What a relief. I don’t have to practice building an alternative reality.

After all, I practice it here and there. Canceling a birthday party, I write to the bar: „I have a recurring depression.” The neighbour asks me how I’m doing, I say  „I have depressive phases”. I sometimes miss such a reality in which I can simply say: I am mentally ill and the variation of bipolar disorder I have is hard and incurable. My interlocutors would have nodded their heads with understanding, knowing what I was talking about, and asked if they could do anything for me. But this is not so … awareness concerning mental illnesses and stereotypes about the sick are effectively stopping me from telling how I REALLY am. And „depression” is such a nice and tamed notion. I am saying a little truth, in a digestible and good-looking version, but I do not reveal myself completely. I swallow the bitter pill „don’t scare people”, and go on.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.