już nie sama / not alone anymore

(ENG.below) Nie wiem, jak wyobrażacie sobie ośrodek interwencji kryzysowej – pewnie zależy to od tego, w jakim kraju mieszkacie. Tu, gdzie ja żyję, to jedno z najbardziej przyjaznych i przytulnych miejsc we wszechświecie. Jest nas zaledwie kilka osób. Do każdego z nas przypisane są na stałe: dwie pielęgniarki, z którymi zawsze można porozmawiać, psycholożka, psychiatrka, plus raz w tygodniu widzimy się z szefową całego ośrodka na spotkaniach indywidualnych. Kobiecy team jest tak uśmiechnięty i wspierający, jak tylko można sobie wymarzyć. Nie ma głupich pytań, nie ma „nie mam czasu” czy „za chwilę”, jest za to „jak możemy Pani pomóc”, tu jest telefon całodobowy, a tu telefon bezpośredni, do 16:00 ktoś z nas zawsze odbierze. Zajęcia grupowe rozciągają się od radzenia sobie z emocjami, relaksacji, radzenia sobie w kryzysie, po muzykoterapię, terapeutyczne pisanie i ceramikę. Można wybierać. Można wychodzić w trakcie. Można rezygnować, jest zaciemniony pokoik z łóżkiem do spania. Trzy razy dziennie mamy rundkę grupową, by monitorować stan każdego z nas. To jest państwowy ośrodek, opłacany z podstawowego ubezpieczenia. O pysznym jedzeniu nie wspomnę.

Dziś miałam poważny kryzys, ale zajęli się mną szybko i sprawnie; upewnili, że nic sobie nie zrobię, dali woreczek na ewentualne wymioty (z napięcia), spędzili godzinę na zmiany siedząc przy mnie i podając kolejne chusteczki. Po powrocie do domu miałam wykonać jeszcze kontrolny telefon do psycholożki – jak się mam w domu, jak nastrój, jaki plan na popołudnie. Zgodzili się, bym trzy razy w tygodniu zwalniała się wcześniej z zajęć i szła pływać.

Czuję się tak, jakby co najmniej kilka par rąk podtrzymywało mnie jednocześnie, żebym nie upadła; a gdy upadam, jak dziś rano, pomogło mi się podnieść. Wszystkie te ręce i ramiona należą do kobiet – nawet tutaj mniej opłacanych niż mężczyźni za tę samą pracę.

Wiem, że tak nie będzie zawsze. Wiem, że to pobyt czasowy. Wiem, że muszę się skoncentrować, by jak najwięcej się nauczyć, przeprocesować, nabrać sił. Maksymalnie skorzystać z tej otulającej obecności życzliwych profesjonalistek. Nie wiem, jak to robią, ale mam nieustające wrażenie, że wykazują prawdziwą troskę, że im na mnie zależy, że jestem dla nich ważna – tak jak każdy inny uczestnik programu kryzysowego. Skutecznie rozbija to iluzję samotności i konieczności radzenia sobie za wszelką cenę.

Oczywiście, nie byłabym sobą gdybym nie nosiła na grzbiecie mojego Wewnętrznego Krytyka. Wczoraj i dziś rano był bardzo aktywny. „To nic nie zmieni”, „twoja sytuacja pozostanie taka sama”, „to nikogo nie wyleczy”, „jesteś słaba i taka już będziesz”, „nie poradzisz sobie z tym, co cię czeka”, i tak dalej. Gdy jednak staje się aktywny, staram wizualizować sobie cały zespół wsparcia i wiem, że Wewnętrzny Oprawca może mnie w dupę pocałować, bo gówno wie, a nie jest przecież jasnowidzem.

A tymczasem – nie jestem sama.

I don’t know how you imagine a crisis intervention center – it probably depends on what country you live in. Here where I live, it is one of the most friendly and cozy places in the universe. There are only a few of us, participants. To each of us are assigned permanently: two nurses with whom you can always talk, psychologist, psychiatrist, plus once a week we see the head of the entire center at individual meetings. The women’s team is as smiling and supportive as you can ever dream of. There are no stupid questions, there is no „I have no time” or „in a moment”, but there is „how can we help you”, here is a 24-hour telephone, and here a direct telephone, until 16:00 some of us will always answer. Group activities range from dealing with emotions, relaxation techniques, dealing with crises, to music therapy, therapeutic writing and ceramics. You can choose. You can leave during. You can opt out, there is a darkened room with a bed to sleep on. We have a group round three times a day to monitor each of us. This is a state center, paid for with basic insurance. I will not mention delicious food.

Today I had a serious crisis, but they took care of me quickly and efficiently; they made sure that I wouldn’t do anything to myself, gave a pouch for possible vomiting (out of tension), spent an hour changing shifts sitting next to me and handing more wipes. After returning home, I was supposed to make a check-up call to a psychologist – how am I at home, how is the mood, what plan for the afternoon. They agreed that I would be free from few classes three times a week and go swimming.

I feel like at least a few pairs of hands are supporting me at the same time so that I don’t fall down; and when I fall, like this morning, they help me up. All these hands and arms belong to women – even here less paid than men for the same work.

I know that this will not always be the case. I know it’s a temporary stay. I know I need to concentrate to learn as much as possible, reprocess, gain strength. Make the most of this supportive presence of friendly professionals. I don’t know how they do it, but I have the constant impression that they show real concern, that they care about me, that I’m important to them – just like any other participant in the crisis program. It effectively breaks the illusion of loneliness and having to cope at all costs.

Of course, I wouldn’t be myself if I didn’t carry my Inner Critic on my back. Yesterday and this morning he was very active. „It will not change anything”, „your situation will remain the same”, „it will not cure anyone”, „you are weak and you will be like that”, „you will not cope with what awaits you”, and so on. However, when he becomes active, I try to visualize the entire support team and I know that the Inner Tormentor can kiss my ass because he knows shit and is not a clairvoyant.

And in the meantime – I’m not alone.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.