końce świata / ends of the world

(ENG.below) Niedziela bez symptomów – prezent od choroby. Jeszcze kilka tygodni temu liczyłam taki czas w tygodniach, teraz pozostają dni.

Zanim choroba uderzyła po raz pierwszy, i po raz pierwszy byłam w klinice psychiatrycznej, miałam sen o Wielkiej Katastrofie, którą ledwo przeżyłam. Było to tsunami, w którym zatonęli wszyscy moi klienci. Od tej pory dość systematycznie śni mi się apokalipsa; co ciekawe, pamiętam podobne sny z dzieciństwa. Wczorajszej nocy przyszedł do mnie sen, w którym przekraczam granicę – a powrót „do domu” będzie bardzo trudny. Znajduję się w brudnym hotelu, gdzie jedynie malowanie, papier, farby pozwalają mi zapomnieć o otaczającej mnie, odrażającej rzeczywistości. Ciekawe, jaką rzeczywistość na jawie zapowiada ta noc; jaką granicę przekroczę lub przekraczam. Granicę wytrzymałości? Granicę między manią a depresją? Atakami a remisją?…

Wczoraj, jak zwykle w weekend, byliśmy na wycieczce w górach. Moje samopoczucie i związany z nim lęk sprawia, że nie wybieram się na dłuższe eskapady sama. Od ostatniego napadu psychotycznego w trakcie spaceru z psem minęło kilka dni, ale pamięć tamtego przerażenia jest we mnie tak silna, że staram się nie oddalać sama od domu. Drepczę z moim chihuahua po okolicy, a gdy idę biegać, biegam okrążenia wokół stadionu oddalonego kilka minut od naszego lokum. Atak choroby w naturze, w niewinnym, liściasto-rdzawym miejscu, które zwykle mnie koi, ciągnie za sobą konsekwencje – tak jakby był czymś więcej, niż tylko atakiem; staje się wspomnieniem lęku, napięcia oraz bólu, i wywołuje niechęć do podobnych eskapad. Znów znajduję się w rzeczywistości, w której wycieczki odbywać wolę tylko „z obstawą”. I choć pamiętam ten czas sprzed kilku tygodni, kiedy wędrowałam sama w górach, jestem świadoma, że teraz „czas się zmienił”, zmieniły się warunki, a ja jestem…no cóż. Ciężko chora.

W trakcie niedzielnej wycieczki uświadomiłam sobie, jak trudno przyjąć mi do wiadomości, że jestem w głębokim kryzysie. Próbuję funkcjonować „jak zwykle” – a przecież co dzień pochłaniam tony leków, jestem słabsza, mam bardziej ograniczony kontakt z rzeczywistością, cierpię na zaburzenia snu i nastroju. Mąż zapytał mnie, czy doświadczałam w dzieciństwie wsparcia, gdy byłam chora. Tak, ale choroba musiała być „wymierna” – zwykle mierzona wysokością temperatury. Moja aktualna choroba nie jest tak wymierna. Wyglądam normalnie. Funkcjonuję w granicach „normalności”. Wykonuję codzienne czynności i przeżywam z dnia na dzień. A jednak jestem ciężko chora. Jak trudno to zaakceptować! Jak trudno odpocząć w tej świadomości, wyluzować się, przyjąć pomoc, odsapnąć, zamiast udowadniać, że daję radę pomimo wszystko.

Że jestem dzielna.

Trudne słowo, niosące ze sobą skojarzenia zaciśniętych zębów.

Zamiast być dzielna, wolałabym być realistyczna.

z wczoraj/from yesterday

Symptom-free Sunday – a gift from the illness. A few weeks ago I counted such time in weeks, now days remain.

Before the disease hit the first time, and I ended up in a psychiatric clinic the first time, I had a dream about the Cataclysm which I barely survived. It was a tsunami in which all my clients sank. Since then, I have been dreaming about the apocalypse quite systematically; interestingly, I remember similar dreams from my childhood. Last night, a dream came to me in which I was crossing the border – knowing it would be very difficult to come back „home”. I end up in a dirty hotel, where only painting, paper and paints allow me to forget about the repulsive reality that surrounds me. I wonder what the waking reality this night portends; what border I will cross or am crossing. Endurance limit? The line between mania and depression? Attacks and remission? …

Yesterday, as usual at the weekend, we went on a trip to the mountains. My well-being and the fear associated with it prevent me from going on longer trips alone. Several days have passed since my last psychotic attack while walking my dog, but the memory of that terror is so strong in me that I try not to go far from where we live alone. I walk with my chihuahua around the neighborhood, and when I go for a run, I run laps around the football pitch a few minutes from our place. An attack of disease in nature, in an innocent, leaf-rusty place that usually soothes me, has consequences – as if it were more than just an attack; it becomes a memory of fear, tension and pain, and causes reluctance to such escapades. Again, I find myself in a reality in which I prefer to make trips only „with bodyguard”. And although I remember the time from a few weeks ago, when I was hiking alone in the mountains, I am aware that now „time has changed”, conditions have changed, and I am … well. Seriously ill.

During the tour on Sunday, I realized how difficult it is for me to acknowledge that I am in a deep crisis. I try to function „as usual” – and yet I consume tons of drugs every day, I am weaker, I have more limited contact with reality, I suffer from sleep and mood disorders. My husband asked me if I had any support during my childhood when I was sick. Yes, but the disease had to be „measurable” – usually measured by high body temperature. My current disease is not so quantifiable. I look normal. I function within the limits of „normal”. I do my daily activities and experience it day by day. And yet I am seriously ill. How hard it is to accept! How difficult it is to rest in this awareness, relax, accept help,, instead of proving that I can do everything, anyway.

That I am brave.

A difficult word, bringing with it associations of clenched teeth.

Instead of being brave, I’d rather be realistic.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.