Koniec świata / End of the world

(ENG.below) Ostatnie dni były nieco „wyboiste”. Mam na myśli – mało stabilne. Miałam wieczorne niepokoje i lęki, musiałam znów posiłkować się Lorazepamem (choć tym razem w niewielkich, raczej symbolicznych ilościach). Tłumaczenie mojej sztuki na język polski sprawiło – co ciekawe, przy angielskiej wersji nie miało to miejsca – że wróciły do mnie wspomnienia z końca świata sprzed pięciu lat, czyli momentu, w którym choroba uderzyła po raz pierwszy, pozbawiając mnie głowy, a mojego męża – serca.

„Atak choroby psychicznej to taki swoisty koniec świata dla całego systemu rodzinnego” – mówi Doktor, jedna z postaci w mojej sztuce. Przed pięcioma laty przetransformowałam się z atrakcyjnej kobiety sukcesu w rozedrganego, galaretowatego bloba. Mój mąż schudł 11 kg w miesiąc. Moi rodzice i rodzeństwo długo nie mogli się otrząsnąć – poza tym jak tu się otrząsnąć, skoro koszmar nadal trwa. Moi przyjaciele i znajomi nie mogli wyjść ze zdumienia i nie mieli pojęcia, jak ze mną rozmawiać. Lekarze jeszcze wtedy byli pełni pomysłów i dobrych myśli. „Może Pani wypić kieliszek wina na Sylwestra, nic się nie powinno stać. Proszę po prostu próbować wieść normalne życie” – pamiętam ich rady z czasów pierwszej hospitalizacji. Choć tego wtedy nie wiedziałam, przeczuwałam, że nigdy już nie będzie „normalnego życia”. „Błąd nr 1: nie ma powrotu” – mówi Elżbieta, jedna z bohaterek w sztuce.

Jeśli masz w swoim kręgu rodziny i znajomych kogoś, kto przeżył załamanie psychiczne, proszę, zachowuj się tak, jakby przeżył koniec świata. A jak sobie może wyobrażasz, takie doświadczenie jest a)traumatyczne b)zmienia wszystko. Jest jak anty-ceremonia, anty-rytuał; zamiast umożliwiać ci wejście na nowy poziom życia, rozwoju i przynależności, macha radośnie koślawą łapką z ruin wszystkiego, co znałaś. Oczywiście, by coś nowego mogło powstać, stary porządek musi odejść – ale sposób, w jaki odchodzi w trakcie ataku choroby psychicznej nie jest… dobry. Nie mamy czasu na pożegnanie z tym, co było, bo choroba dosłownie zmiata nam to spod nóg. Nie mamy siły zastanawiać się, co teraz, bo zbyt jesteśmy zajęci próbami przetrwania. Nie możemy planować, bo choroba ma swój własny plan. Nie myślimy nad tym, na co teraz jest miejsce i przestrzeń, na jaki nowy ład i nową ścieżkę, bo stoimy samotnie w samym środku szalejącego tsunami.

Czego zatem w takich chwilach potrzebujemy?

Odważnej obecności. Troskliwej opieki. Wyrozumiałości. Wytrzymałości.

Trzymania za rękę i zamiast zapewniania, że będzie dobrze, szeptania: choć wydaje ci się, że cały świat cię opuścił, nie jesteś sam.

I choć chory będzie myślał, mimo wszystko, że JEST sam – bo nikt nie rozumie tego, przez co przechodzi – ciepła dłoń i otwarte oczy wiele zmienią.

Obiecuję.

The last days were a bit „bumpy”. I mean – not very stable. I had evening anxieties and fears, I had to use Lorazepam again (although this time in small, rather symbolic doses). Translation of my theatre piece into Polish language meant – interestingly, it did not happen with the English version – that memories of the end of the world from five years ago came back to me. The moment when the disease struck for the first time, depriving me of my  head, and my husband – of his heart.

„An attack of a mental illness is a kind of end of the world for the whole family system” – says Doctor, one of the characters in my piece. Five years ago, I transformed myself from an attractive successful woman into a shaky, gelatinous blob. My husband lost 11 kg in a month. My parents and sibling could not believe what was happening, for a long time. My friends and acquaintances could not get over their astonishment and they had no idea how to talk to me. At that time, doctors were full of ideas and wishful thinking. „You can drink a glass of wine on New Year’s Eve, nothing should happen. Just try to lead a normal life” – I remember their first hospitalization advice. Although I didn’t know it at the time, I sensed that there would never be a „normal life.” „Mistake # 1: there is no return,” says Elżbieta, one of the heroines in my theatre piece.

If you have a family member or a friend who has experienced a mental breakdown, please act as if he/she survived the end of the world. And as you can imagine, such an experience is a) traumatic b) changes everything. It’s like an anti-ceremony, anti-ritual; instead of letting you enter a new level of life, development and belonging, the illness smiles and waves a crooked paw from the ruins of everything you knew. Of course, for something new to arise, the old order must go away – but the way it goes away during an attack of mental illness is not … good. We don’t have time to say goodbye to what happened, because illness literally sweeps it away from us. We don’t have the strength to wonder what now, because we’re too busy trying to survive. We cannot plan because the disease has its own plan. We do not think about what is now the place and space, what new order and new path, because we stand alone in the middle of a raging tsunami.

So what do we need in such moments?

Brave presence. Tender care. Resilience. Strength.

Holding our hand and instead of ensuring that it will be all right (what we would not believe anyway), whispering: although you think the whole world has left you, you are not alone.

And despite the patient will think, nevertheless, that he/she IS alone – because no one understands what he/she is going through – a warm hand and open eyes will change a lot.

I promise.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.