Kopciuszek / Cinderella

(ENG.below) I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko się odmieniło. Oczywiście nadal jestem chora i to momentami ciężko. Ale wszechświat zaczął do mnie uporczywie machać, a ja wciąż próbuję się zorientować, czy to na pewno do mnie.

Mam wrażenie, że moje życie czasem jest filmem o apokalipsie zombie, a czasem bajką o Kopciuszku. Wczoraj zdecydowanie przesunęło się w tym drugim kierunku. Do atelier przyjechał bowiem międzynarodowej sławy kolekcjoner sztuki outsiderów i spędził ze mną mnóstwo czasu; kupił dwie moje prace i zapowiedział kolejną wizytę za miesiąc, gdy skończy się moja wystawa – jest bowiem zainteresowany kupnem następnych. Okazało się też, że moje dwie inne wystawione prace już się sprzedały. Powinnam skakać z radości pod niebo, prawda? Tymczasem w moim mózgu puzzle szczęścia nie chciały wskoczyć na swoje miejsce – byłam głównie zestresowaną galaretą, nieudolnie próbującą negocjować ceny i brać udział w miłych rozmowach. Chciałam zniknąć, zapaść się pod ziemię. To było za dużo. W głowie dzwoniły mi wszystkie możliwe dzwony mojego psychiatry, by unikać stresu, w tym stresu pozytywnego. Byłam na granicy derealizacji. Nieoceniona koleżanka, C., trzymała mnie pod stołem za rękę, a następnie wyjaśniła, że być w kolekcji tego pana to jak wygrać los na loterii – co za bardzo nie pomogło, bo wystraszyłam się potencjalnych konsekwencji – wystaw, wernisaży, pytań, kontaktów.

Wiesz, zawsze zabiegałam o uznanie. A kiedy już przyszło, i to w takim mocnym wydaniu, jestem małym zwierzątkiem z dużymi oczami.

Najlepsze jest to, że to nie koniec, bo uaktywnił się także promotor mojej sztuki z Polski. Będzie rozmawiał z dwoma potencjalnymi miejscami wystaw w Krakowie.

A gdyby tego było mało, mój jednoaktowy „Trik” zrobił bardzo pozytywne wrażenie i otrzymałam feedback treści „we love it!”

Czuję się tak, jakby coś rozpierało mnie od środka, próbując się zmieścić w granicach mojego ja, co jednak nie najlepiej wychodzi. Muszę się rozciągać, mentalnie, fizycznie, by pomieścić tyle nowych wrażeń. Szukać punktów oparcia w sobie, uelastycznić się zamiast zastygnąć. Przecież tego wszystkiego właśnie chciałam, prawda? Chwały, glorii, popularności, uznania.

No właśnie. Teraz sama już nie wiem.

Wydaje mi się, że powinny istnieć jakieś kursy przygotowawcze do szczęścia. Może to doświadczenie i tobie jest bliskie – dostać to, co chcesz; spełnia się najlepszy scenariusz, szóstka w totka, a ty chodzisz oszołomiona i nie wiesz, jak się do tego wszystkiego ustawić. Myślenie, że „powinienem się cieszyć” nie pomaga, gdy czujesz dysonans i obawy, bo tylko nakręca poczucie winy – przecież należy być wdzięcznym!

Postaram się jakoś uporządkować mój koszyczek darów i nie dać się zalać emocjom. Pomalutku. Krok za krokiem. Albo jeden krok przed następnym krokiem, jak mawiają tu, gdzie mieszkam.

And suddenly, as if by magic, everything changed. Not entirely of course, I’m still sick and sometimes life is hard. But the universe began to wave at me persistently, and I’m still trying to figure out if it’s really at me.

I have the impression that my life is sometimes a movie about the zombie apocalypse, and sometimes a fairy tale about Cinderella. Yesterday it has definitely moved in this second direction. An internationally renowned outsider art collector came to the atelier and spent a lot of time with me; he bought two of my works and announced another visit in a month when my exhibition will end – he is interested in buying more. It also turned out that my two other exhibited works were already sold. I should jump high under the sky, right? Meanwhile, in my brain, the puzzle of happiness did not want to click into place – I was mainly a stressed jelly, ineptly trying to negotiate prices and take part in nice conversations. I wanted to disappear, collapse underground. It was too much. All my bells from my psychiatrist rang in my head: to avoid stress, including positive stress. I was on the verge of derealization. The invaluable friend, C., held my hand under the table, and then explained that being in this man’s collection is like winning a lottery ticket – which did not help much, because I was afraid of the potential consequences – exhibitions, vernissages, questions, contacts.

You know, I’ve always sought recognition. And when it came, and in such a powerful version, I am a small animal with big eyes.

The best part is that this is not the end, because the promoter of my art from Poland has become active. He will talk to two potential exhibition locations in Krakow.

And if that wasn’t enough, my one-act „Trick” made a very positive impression and I received feedback saying „we love it!”

I feel like something is tearing me apart from the inside, trying to fit within my own limits, which, however, doesn’t work well. I have to stretch, mentally, physically, to contain so many new experiences. Look for support points, make myself more flexible instead of freezing. I wanted all this, right? Glory, popularity, recognition?…

I don’t know anymore.

I think there should be some preparation courses for happiness. Maybe this experience is close to you – getting what you want; the best scenario comes true, you score high on a lottery, and you are stunned and you don’t know how to settle it all. Thinking that „I should be happy” does not help when you feel dissonance and fear, because it only makes you feel guilty – you should be grateful!

I will try to organize my gift basket somehow and not get overwhelmed with emotions. Slowly. Step by step. Or one step before the next, as they say here where I live.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.