Małpka na palmie / Monkey on a palm tree

(ENG.below) Uniwersytecki warsztat poetycki był jedną z najprzyjemniejszych rzeczy, jaka mi się ostatnio przytrafiła. Oczywiście, zanim się wydarzył, musiałam przedrzeć się przez gęsty żywopłot obaw i lęków, od „mój angielski nie jest dostatecznie dobry”, przez „na pewno się zgubię i nie znajdę lokalizacji”, po „jestem za stara” i tradycyjne „nie jestem dostatecznie dobra, ośmieszę się tylko”. Gdy weszłam do sali pełnej osób, które mogłyby z powodzeniem być moimi dziećmi, przeżułam szybko fakt, że mam czterdzieści lat i zaczęłam się wspólnie z nimi bawić słowami, metaforami, porównaniami i haiku. Było wspaniale. Czuć wspólnotę w radości i twórczości – czego artysta może chcieć więcej? To, co powstaje z połączenia wielu mózgów jest po wielokroć bardziej świeże i zaskakujące niż to, co jestem w stanie wyrzeźbić w samotności.

Samotność była moim wątkiem przewodnim w tym tygodniu – a raczej iluzja samotności; miałam przecież trzy spotkania z psychiatrą, odwiedziny mojego asystenta, kawę z przyjaciółką. Jednakże moja główna podpora – mój mąż – zajęty był, włącznie z nocami, pracą, a następnie cierpieniem wynikającym z zapalenia okostnej. Próbowałam żyć „w pojedynkę” i szło mi miernie. Zdenerwowanie, niepokój, fizjologiczny wręcz głód kontaktu fizycznego – obejmowania, przytulania; zagubienie i niepewność – to wszystko redukowało mnie do kilkulatki z syndromem odstawienia. Dziś przepłakałam 40 minut terapii, bo napięcie zaczęło ze mnie schodzić – mąż poszedł w końcu do lekarza i uzyskał profesjonalną pomoc. Gdy się wyspał, chciałam się na niego wspiąć jak małpka, trzymać i nie puszczać, patrzeć w oczy i mówić o rzeczach zwyczajnych i nic nie znaczących. Nie znam jednak nikogo, kto na dłuższą metę byłby szczęśliwy w roli palmy. I on też nie jest.

Tymczasem jedyna dostępna  (od maja) psychotraumatolog boi się pracować nad traumą z osobą psychicznie chorą, której symptomy pojawiają się często i bez uprzedzenia. Polecono mi klinikę, do której mogłabym się udać na minimum kilka tygodni, a najlepiej dwa miesiące, i tam rozbrajać swoją bombę. Na razie oswajam lęk przed tą możliwością. Klinika to nie miejsce marzeń, jak możesz sobie wyobrazić; to miejsce pełne cierpiących ludzi. Oczywiście bywa wesoło, głównie jest spokojnie, często miejsca takie otacza piękny teren zielony i jeśli nie ma przeciwskazań (np. myśli samobójcze), można się po nim samodzielnie szwędać. Nie trzeba gotować ani sprzątać, poznaje się nowych ludzi, równie lub bardziej pokręconych. Czasem zdarza się u kogoś atak agresji, ale to naprawdę rzadkość. Większość klinicznych „domowników” jest nastawionych pokojowo.

Zobaczymy.

Rousseau na dziś / Rousseau for today

The university poetry workshop was one of the most pleasant things that has recently happened to me. Of course, before it happened, I had to break through the dense hedge of fears and anxieties, from „my English is not good enough”, through „I will definitely get lost and will not be able to find the location,” to „I’m too old,” and traditional „I’m not good enough and I will certainly be mocked at”. When I entered a room full of people who could successfully be my children, I quickly chewed on the fact that I was forty years old and began to play with them with words, metaphors, comparisons and haiku. It was great. Feeling community in joy and creativity – what more could an artist want? What arises from the combination of many brains is many times more fresh and surprising than what I can carve in solitude.

Loneliness was my theme this week – or rather the illusion of loneliness; I had three meetings with the psychiatrist, a visit from my psychiatric assistant, coffee with a friend. However, my main pillar of support – my husband – was busy, including nights, with work, and then suffering from periostitis. I tried to live „alone” and it turned out not so well. Nervousness, anxiety, almost a physiological hunger for physical contact – embracing, hugging; feeling lost and and uncertaint – it all reduced me to a few years old child with a withdrawal syndrome. Today I cried the whole 40 minutes of therapy because finally the tension began to ease off me – my husband went to the doctor and got professional help. After a long nap, when he was awake, I wanted to climb on him like a monkey, hold and not let go, look into the eyes and talk about ordinary and meaningless things. However, I don’t know anyone who would be happy as a palm tree in the long run. And he is not either.

Meanwhile, the only available (since May) psychotraumatologist is afraid to work on trauma with a mentally ill person whose severe symptoms often appear without notice. I was recommended a clinic where I could go for a minimum of a few weeks, preferably two months, and defuse my bomb there. For now I am taming the fear of this possibility. The clinic is not a place from dreams, as you can imagine; it’s a place full of suffering people. Of course, it can be fun, mainly it is peaceful, often such places are surrounded by a beautiful green area and if there are no contraindications (e.g. suicidal thoughts), you can wander around it yourself. You don’t have to cook or clean, you meet new people who are just as crazy as you or more. Sometimes there an attack of aggression can happen, but it really is rare. Most clinical „household members” are peaceful.

We’ll see.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.