Mam dla ciebie tylko dobre wiadomości / I have only good news for you

(ENG.below the image) „Dasz radę znieść jeszcze kilka dobrych wiadomości?” – pytała wczoraj moja przyjaciółka kilka razy, a ja odpowiadałam: „Spróbuję, Troszeczkę”, po czym ona dzwoniła do mnie, opowiadała chwilę na głośnomówiącym, a mój mąż płakał ze wzruszenia. Okazało się bowiem – na razie to informacja ustna, ale z pierwszej ręki – że moje wystąpienie na konferencji Psychiatria i Sztuka spotkało się z bardzo pozytywną reakcją uczestników i organizatorów. Chcą, bym nagrała podcast, chcą zorganizować moją wystawę w Polsce i chcą, bym dołączyła do stowarzyszenia. Słysząc te wieści rozłożone na raty (Ivi dzwoniła z kolejnymi sukcesami kilka razy), zaczynałam czuć się jak dwuletnia dziewczynka, która chowa się za nogą rodzica, ale jednocześnie z ciekawością wygląda tego, kto mówi. Nie liczyłam na taki odzew; myślałam – dobrze będzie, jeśli mojemu blogowi przybędzie 2-3 słuchaczy. Ale stowarzyszenie? Wystawa? Podekscytowani organizatorzy? Tego się nie spodziewałam.

Moje wystąpienie miało tytuł „Sztuka, która ocala”, i było złożone z dwóch części: opisu śmierci dawnej mnie, która umarła wraz z pierwszym atakiem choroby i pierwszą hospitalizacją, oraz narodzinach nowej mnie, dzięki „sztuce dnia codziennego”, która mnie ocala i pomaga budować tożsamość od podstaw, opartą o inne jakości niż te, które tworzyły moje „ja” do tamtego, przełomowego  momentu.

W międzyczasie zaczęłam czytać „Bohatera o tysiącu twarzy J. Campbella; trochę trudno mi przedzierać się przez post-freudowskie nawiązania, ale staram się trzymać esencji: bohater zostawia życie, jakie znał, udaje się w podróż, w trakcie której pokonuje przeciwności, i wraca odmieniony, by to, czego się nauczył/co zdobył/odkrył, a co zmieniło go na zawsze, spożytkować dla dobra społeczności. Czy mogę o sobie myśleć w takich kategoriach?…Nie wiem, nie jestem pewna. Jeszcze nie.

Postanowiłam załączyć tutaj krótki fragment wystąpienia – dla tych, których na konferencji nie było:

Nic mnie tak nie intryguje, jak ludzkie twarze. Zaczynam rysowanie zwykle od owalu. Potem oczy – często zmęczone, zapadnięte, podkrążone, jakby mówiły: jestem wypalona. Większość twarzy, które rysuję, istnieje tylko w mojej wyobraźni; ożywiam na papierze osoby, które nie istnieją, choć lubię myśleć, że gdzieś tam, może daleko, a może blisko, jednak żyją, spacerują ulicami albo boją się wyjść z domu. W moim studio mam kilka tysięcy portretów, bo rysuję codziennie, tak, jakby te wszystkie postaci chciały się urodzić w świecie widzialnym, a ja im tylko pomagam. Raz w tygodniu jeżdżę malować w atelier Art Brut – Sztuki Wykluczonych. Gromadzi osoby chore psychicznie w czasie remisji, dla których sztuka wizualna, tak jak dla mnie, jest esencją istnienia. Niewiele rozmawiamy. Każdy pracuje nad własnym projektem. Jeśli pojawiają się rozmowy, odbywają się z niesamowitą czułością i zrozumieniem. Bo wszyscy wiemy, jak to jest. Rozumiemy, że w Josef tym tygodniu nie dał rady przyjść. Kiwamy głową na wieść, że Karin poszła do kliniki na jakiś czas. Szklą nam się oczy gdy słyszymy, że Martinowi wróciły symptomy po 13 latach remisji. Nikt nie ocenia. Nikt nie panikuje. Nikt nie dopytuje.

Towarzysze broni. Artyści wyklęci, których sztuka ocala na co dzień, a w trakcie ataku choroby – pomaga przeżyć, przetrwać.

Wraz z moim psychiatrą postanowiliśmy wczoraj również zaeksperymentować z kolejnym lekiem – nazywa się Pregabalina i swoje główne zadanie ma w leczeniu epilepsji, jednak jest także stosowany w przypadkach zaburzenia lękowego uogólnionego. Jako że przez ostatnie dni czułam się jak chodząca, tykająca bomba, i to bezustanne tykanie skutecznie utrudniało mi funkcjonowanie, co najmniej z zainteresowaniem, jeśli nie nadzieją, przyjęłam ten pomysł. Może to przypadek, a może lek faktycznie działa, bo od wczoraj czuję się dużo spokojniejsza.

Teraz pozostaje mi cierpliwe czekanie na maile z Polski.

Hej przygodo.

„Can you handle some more good news?” – my friend asked a few times yesterday and I replied: „I will try, a little bit”, after which she called me, talked for a moment on the speakerphone and my husband cried with emotion. It turned out – for now this is an oral information, but firsthand – that my speech at the Psychiatry and Art conference received a very positive response from participants and organizers. They want me to record a podcast, they want to organize my exhibition in Poland and they would like me to join their association. Hearing this news delivered in installments (Ivi called several times) I began to feel like a two-year-old girl who hides behind her parent’s leg, but at the same time looks curiously at who is speaking. I did not count on such a response; I thought – it would be good if my blog gains 2-3 more readers. But the association? Exhibition? Excited organizers? I didn’t expect that.

My speech was entitled „Art that saves life”, and was composed of two parts: a description of the death of an old me who died with the first attack of the disease and the first hospitalization, and the birth of a new me, thanks to the „art of everyday life” that saves me and helps to build an identity from scratch, based on other qualities than those that created my „self” up to that crucial moment.

In the meantime, I began to read „A Hero with a Thousand Faces” of J. Campbell; it is a bit difficult for me to go through s omany post-Freudian references, but I try to hold on to the essence of the story: the hero leaves the life he knew, goes on a journey in which he overcomes obstacles, and returns changed so that what he learned / what he gained / discovered and what changed him forever, can be used for the good of the community. Can I think of myself in such categories? … I don’t know, I’m not sure. Not yet.

I decided to attach a short fragment of my speech here – for those who were not at the conference:

Nothing intrigues me as much as human faces. I usually start drawing with an oval. Then the eyes – often tired, sunken, darkened, as if they were saying: I’m burned out. Most of the faces I draw exist only in my imagination; I bring people who do not exist on paper, although I like to think that somewhere, maybe far or maybe close, they live, walk the streets or are afraid to leave the house. In my studio, I have several thousand portraits, because I draw every day, as if all these characters wanted to be born in the visible world, and I am only helping them. Once a week I go to paint in the Art Brut atelier. It gathers mentally ill people during remission, for whom visual art, as for me, is the essence of existence. We don’t talk much. Everyone is working on their own project. If conversations arise, they go on with incredible tenderness and understanding. Because we all know what it is like. We understand that Josef could not come this week. We accept the news that Karin has gone to the clinic for some time. Our eyes are glazed when we hear that Martin’s symptoms have returned after 13 years of remission. Nobody judges. Nobody panics. Nobody asks.

Brothers in arms. Artists cursed, whose art saves their life on a daily basis, and during an attack of disease – helps to survive.

Together with my psychiatrist, we also decided to experiment with a new medication yesterday – it’s called Pregabaline and its main task is to treat epilepsy, but it is also used in cases of generalized anxiety disorder. Since in recent days I felt like a walking, ticking bomb, and this constant ticking effectively hindered my functioning, at least with interest, if not hope, I accepted this idea. Maybe it’s an accident, or maybe the drug actually works, because I’ve been feeling a lot calmer since yesterday.

Now I have to wait patiently for e-mails from Poland.

Hello adventure.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.