My i oni / Us and them

(ENG.below) Mój mąż śpi. Godzina nie jest senna, lecz on wykorzystuje ostatnio każdą wolną chwilę na sen. Ile napisano o rodzinach, opiekunach osób psychicznie chorych? Za mało.

Żyją w ciągłej niepewności i napięciu – jaki przyjdzie dzień, jakie objawy, jakie konsekwencje. Nieustający stres na granicy zniesienia – czy dziś ona sobie coś zrobi, czy to ten dzień, czy rozmyśla nad samobójstwem, ale mi o tym nie mówi, czy zrobi sobie inną krzywdę, czy się potnie, czy naje się leków, a może nie będzie w stanie nic robić, będzie głodna leżała w łóżku, wyłączona ze świata; a może to dziś wyda wszystkie pieniądze, a może nawiąże znajomość erotyczną, może się zakocha, może……KAŻDEGO DNIA. Nie ma od tych rozważań wolnego, gdyż chory – CIĄGLE jest chory. Zdrowsze dni nie są oznaką zdrowienia, tylko kolejną z faz. Nie ma dłuższej perspektywy odpoczynku. Gdy wyjeżdżamy na wczasy, choroba jedzie z nami. Odwiedzamy rodzinę – choroba z nami jest. Nie ma litości.

Mój mąż jest moim głównym opiekunem, reszta rodziny mieszka daleko. Od wielu miesięcy sam leczy się na depresję. Diagnoza nie była dla żadnego z nas zaskoczeniem; „depresja to to, co się z tobą dzieje, gdy za długo i za bardzo się starałeś“. Oprócz permanentnego stresu, niewiadomych oraz prób konstruktywnego dopasowania się do okoliczności dochodzą nieustające starania – co mówić, czego lepiej nie mówić, jak pomóc, jaki humor prezentować, jak być motywującym, kiedy przełączyć się w tryb opiekuna, który posprząta, ugotuje, wyprowadzi psa, pozmywa, wypierze…….Mój mąż zakłada co dzień „wielofunkcyjny kaftan“, tak sobie to wyobrażam, będąc pielęgniarzem, panem domu, terapeutą, mówcą inspiracyjnym, masażystą, i w końcu-mężem.

Pytanie, czy jeszcze wciąż wiemy, co ta ostatnia rola znaczy.

I czy można wciąż mówić o chorobie jednostki, czy też – choruje cały system.

Pamiętam żywo, choć było to 15 lat temu, gdy chorowała moja mama – a z nią wciągał się w chorobę mój ojciec. Moja siostra i ja wkładałyśmy wiele, mnóstwo wysiłku, by ratować sytuację. Było takie jedno popołudnie, gdy rodzice zasnęli…a ja, stojąc przy otwartym oknie, jadłam w ciszy brzoskwinię. Wspominam to tak, jakby to było wczoraj. Ta ulga, ten dar cichego momentu, ten spokój, nie porównywalny z niczym. Ten krótki moment. Oddech. I smak owocu.

My husband is asleep. This is no ordinary time to sleep, but he has recently used every free moment to do it. How much was written about families, caregivers of mentally ill people? Not enough.

They live in constant uncertainty and tension – what kind of day will come, what symptoms and what consequences. Constant stress on the border of collapse – whether she will do something to herself today, whether it’s this day of thinking about suicide, but she does not tell me about it, will she hurt herself, cut herself or take too many drugs, or maybe she will not be able to do anything, she will be hungry, lay in bed, excluded from the world; maybe she will spend all her money today, maybe she will get involved in an erotic relationship, maybe she will fall in love, maybe …… EVERY DAY. He is not free from these considerations because the sick person – is PERMANENTLY sick. There is no longer a long-term perspective of rest. When we leave for holidays, the disease goes with us. We visit the family – the disease is with us. There’s no mercy.

My husband is my main caregiver, the rest of the family lives far away. He has been treated for depression for many months. The diagnosis was not a surprise for either of us; „depression is what happens to you when you tried too much for too long.” In addition to permanent stress, unknowns and attempts to constructively adapt to the circumstances, there are ongoing efforts – what to say, what is better not to say, how to help, what humor to present, how to be motivating, who will clean, cook, walk the dog, … My husband takes on every day a „multi-functional suit,” I imagine; being a nurse, a master of the house, a therapist, an inspirational speaker, a masseur, and finally-a husband.

The question is whether we still know what the last role means.

And – does it still make sense to talk about the individual illness, or the whole system is sick.

I remember vividly, although it was 15 years ago, when my mother was ill – and my father was going down with her. My sister and I have put in a lot of effort to save the situation. It was just one afternoon when my parents fell asleep … and while I was standing by the open window, I ate a peach in silence. I remember it as if it was yesterday. This relief, this gift of a quiet moment, this peace, not comparable with anything. This short moment. Breath. And the taste of the fruit.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.