Niewidoczne inwalidztwo / Invisibly disabled

(ENG.below) Moja mama: ty chyba jesteś na kolonii!

Nie do końca, ale jest dobrze.

Choć nie podjęto jeszcze żadnych przełomowych decyzji dotyczących mojego leczenia, spędzam dni na ożywiających, orzeźwiających i ugruntowujących aktywnościach. Dziś – muzykoterapia. W trakcie półtoragodzinnych zajęć możemy myszkować po atelier i bawić się różnymi instrumentami; wiele z nich jest dla mnie nowych, nie znam nawet ich nazw; inne wyglądają znajomo – bębny, gongi, cymbałki, akordeon, gitara, instrumenty afrykańskie…Improwizujemy razem, gdy tymczasem pani prowadząca robi chętnym masaż na monokordzie. Leżysz na instrumencie, a pod tobą opiekun na nim gra; dźwięki cudownie rezonują z twoim ciałem. Wiem, że na dłuższą metę nie odgoni to psychozy, ale pomaga się uspokoić i wrócić do tego, co tu i teraz; oddzielam się od swoich zmartwień i czuję silniejsza. Doszłam do wniosku, że muzyka jest absolutnie zmysłowa; dotykanie instrumentów, badanie jakie wywołują dźwięki, rezonowanie ciała w reakcji na nie…prawdziwa, namacalna magia.

Na popołudniowych zajęciach-pogadance „jak najlepiej przeżyć pierwszy tydzień po wyjściu z ośrodka/kliniki“ już przysypiałam – jednak kilka godzin słuchania i adekwatnego reagowania w trzecim języku jest dla mnie trudne. Dotarło do mnie jednak, że badania kliniczne wskazują pierwszy tydzień „w domu“ jako najtrudniejszy czas zdrowienia; dlatego rozmawiamy o planie po wyjściu, strukturze dnia, balansie między wysiłkiem a odpoczynkiem i momentach szczęścia.

Jutro czekają mnie zajęcia „Troska o samego siebie“. Brzmi…użytecznie.

*

Kiedy stoję w trakcie przerw na schodach i palę (a wraz ze mną przeważająca większość naszej grupy, niezależnie od wieku), patrzę na ludzi chodzących ulicą i mijających nasz ośrodek. Każdy z nich wydaje się zmierzać dokądś, do jakiegoś miejsca, celu, może do pracy, może do dziecka, może na rozmowę rekrutacyjną, kto wie. My zaś – w niewidoczny sposób niepełnosprawni – czekamy na zajęcia z gliny albo leżenie na monokordzie. W takich chwilach ogarnia mnie tęsknota, doświadczam ścisku w sercu, marząc o tym, by móc najzwyczajniej w świecie chodzić do pracy, mieć zadania, koleżanki i nowe, fascynujące projekty. Tymczasem palę i czekam razem z innymi, by porozmawiać o tym, jak łapać momenty szczęścia – mimo wszystko.

My mom: you are probably on a youth camp!

Not really, but it’s quite good.

Although no breakthrough decisions regarding my treatment have yet been made, I spend days on revitalizing, refreshing, and grounding activities. Today – music therapy. During one-and-a-half hours of classes, we can search the studio and play with various instruments; many of them are new to me, I do not even know their names; others look familiar – drums, gongs, cymbals, accordion, guitar, African instruments… We improvise together while the leading lady is doing a monochord massage. You lie on the instrument, and under you the caretaker plays on it; the sounds wonderfully resonate with your body. I know that in the long run it will not chase away psychosis, but it helps to calm me down and return to what is happening here and now; I separate myself from my worries and feel stronger. I came to the conclusion that music is absolutely sensual; touching instruments, searching for the sounds, with body resonating in response to them … real, tangible magic.

In the afternoon – a talk, classes on „how to survive the first week after leaving the center / clinic”. I almost fell asleep – a few hours of listening and adequately responding in the third language is challenging for me. It occurred to me, however, that clinical trials indicate the first week „at home” as the most difficult recovery time; that’s why we talk about the plan after leaving, the structure of the day, the balance between effort and rest and moments of happiness.

Tomorrow, I am waiting for the „Caring for Yourself” classes. Sounds … useful.

*

When I am standing on the stairs and smoking (and with me the vast majority of our group, regardless of age), I look at people walking down the street and passing our center. Each of them seems to be going somewhere, to some place, purpose, maybe to work, maybe to a child, maybe for a recruitment interview, who knows. In turn, we – invisibly disabled – wait for classes of playing in clay or lying on the monochord. In such moments I am overcome by longing, I experience a heartbreak, dreaming about being able to go to work in the outside world, having tasks, colleagues and new, fascinating projects.

Instead, I smoke and wait with others to talk about how to catch moments of happiness – after all.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.