O wariatach i psach / About crazy people and dogs

(ENG.below)  Pewnego dnia, kilka lat temu, jadąc samochodem przez Francję zobaczyłam na poboczu najcudowniejszą istotę. Była malusieńka i łaciata jak mikrokrowa. Zatrzymaliśmy samochód, żeby do niej podejść bliżej.

Tak zaczęła się moja przygoda z chihuahua.

Od tego momentu myślałam intensywnie o tym, jak zorganizować sobie takiego pieska. Mój mąż potraktował to najpierw jako niezłośliwą szajbę (jest to ułatwione zwłaszcza w przypadku zdiagnozowanego wariata). Kiedy po roku szajba nie zniknęła, zaczął dopuszczać myśl, że on, zdeklarowany kociarz, może musieć znosić w domu obecność „głupiego, śmierdzącego” psa. Postawił szereg warunków: to ma być mój pies, ja będę się nim zajmować, ja rozeznam się we wszystkich formalnościach, ja uzbieram pieniądze (co było wtedy łatwiejsze – pracowałam w specjalnym programie przystosowawczym dla wariatów na ¼ etatu).

Stefan (pies tak się nazywa, nie mąż) ma teraz prawie rok. Mój mąż oszalał na jego punkcie – z wzajemnością. Ja jestem po prostu „nice to have”.

Co ciekawe, wszyscy moi opiekunowie zachęcali mnie do posiadania psa. Będę miała obowiązki, strukturę; nawet z depresją będę MUSIAŁA wyjść z domu, żeby pies mógł załatwić swoje potrzeby; ktoś będzie mnie kochał bezwarunkowo, ja będę ćwiczyć swój wpływ – uczyć go nowych rzeczy…i wiesz co?

Dziś Stefek jest absolutnie najsłodszym elementem mojej – naszej – codzienności. To, ile czułości wzbudza (nie tylko w nas), to, jak bardzo jest przytulański, kochany, niesforny, radosny…

Oczywiście bałam się, że pies osoby zwariowanej sam po jakimś czasie będzie zwariowany. Że wykrzywię go tak, jak choroba wykrzywia mnie. Lecz Stefan, oprócz tego, że słucha nas tylko wtedy, kiedy jest naprawdę skupiony, nie okazuje żadnych oznak szaleństwa. Okazuje za to sporo empatii. Kiedy płaczę, podbiega by zlizać moje łzy. Kiedy muszę się położyć i przespać popołudniu, kładzie się razem ze mną. Przesypia też całe noce. Porankami rozkręca się powoli, zupełnie jak mój mąż. Świetnie się ma w górach, na długich spacerach, daleko mu do bycia jedynie „pupilem domowym” (to figuruje w akcie kupna).

Gdybym miała wybierać „życie bez Stefana” vs „życie ze Stefanem”, wybrałabym jeszcze raz to drugie.

I dziękuję mikrokrowie, że pojawiła się te kilka lat temu w moim życiu.

One day, a few years ago, driving a car through France I saw the most wonderful creature on the roadside. It was very small and spotted like a micro-cow. We stopped the car to get closer to it.

That’s how my adventure with chihuahua began.

From that moment, I was thinking intensely about how to organize such a dog. My husband treated it first as a benign crazyness (it is easier especially in the case of a diagnosed crazy person). When this inclination did not disappear after a year, he began to think that he, the definitive catlover, might have to endure the presence of a „stupid, smelly” dog at home. He set a number of conditions: it is supposed to be my dog, I will deal with it, I will get to know all the formalities, I am collecting money (which was easier then – I worked parttime in a special adaptation program for mentally ill).

Stefan (the dog’s name, not my husband’s) is now almost a year old. My husband went crazy about him – with reciprocity. I’m just „nice to have”.

Interestingly, all my caregivers encouraged me to have a dog. I will have duties, a structure; even with depression I will have to leave the house so that the dog can ease his needs; someone will love me unconditionally, I will practice my influence – teach him new things … and you know what?

Today, Stefek is absolutely the sweetest element of my – our – everyday life. It’s how much affection it arouses (not only in us), how cuddly, beloved, unruly, joyful he is…

Of course, I was afraid that the dog of a crazy person would become crazy after a while. That I will distort him as disease distorts me. But Stefan, except that he listens to us only when he is really focused, does not show any signs of madness. However, it turns out he has a lot of empathy. When I cry, he runs to lick my tears away. When I have to lie down and sleep in the afternoon, he lays down with me. He also sleeps through the whole night. In the mornings he warms up slowly, just like my husband. He feels great in the mountains, on long walks, he’s far from being just a „home pet” (as it’s written in his documents).

If I had to choose „life without Stefan” vs. „living with Stefan”, I would choose the second one again.

And thank you, micro-cow, that you appeared a few years ago in my life.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.