oduczanie / unlearning

(ENG.below) Oduczanie się tego, czego było się nauczoną całe życie, to nie lada gratka. Dopóki nie zachorowałam, żyłam zgodnie z duchem produktywności, efektywności, osiągnięć i kolejnych celów. Choroba przewróciła ten model do góry nogami – ale nie wywróciła pewnego sposobu myślenia, doprowadzając mnie do frustracji w momentach, gdy byłam słaba, zależna, bezradna, „nieczynna” i zupełnie nie-tak-jak-należy. Można wręcz powiedzieć, że byłam sfrustrowana przez większość czasu, nie spełniając „własnych”, wyuczonych wymagań. Bardzo powoli i bardzo nieśmiało staram się rozciągać umysł w kierunku mniejszych wobec siebie wymagań, a co za tym idzie – mniejszej niechęci wobec samej siebie. Dziś jest doskonały dzień do tego, bo zupełnie się nie wyspałam i na nic nie mam siły. Udało mi się co prawda wyjść z psem, pozmywać po nocnych osiągnięciach kulinarnych męża i umyć okno, lecz przez większość dnia po prostu leżę w łóżku. Jako że nie potrafię zasnąć, ale też nie mam siły czytać, a w oglądanie niczego nie chce mi się wciągać, leżenie to jest całkowicie nieproduktywne. Jednakże towarzyszy mu, zamiast toksycznego ględzenia, że jestem do niczego, jakiś radosny chichot, że w końcu udaje mi się być pogodzoną z tym, że nic nie wnoszę. Pomalutku – i naprawdę nieśmiało – próbuję zaakceptować fakt, że nie pasuję do większości, tylko jestem członkinią pewnej mniejszości, wobec której wymagania stawiane są nieco inaczej. Czy udało ci się dziś wstać? Brawo. Czy wzięłaś prysznic? Bingo! Czy zrobiłaś sobie śniadanie? Super. A może znalazłaś w sobie siłę, by zabrać psa na półgodzinny spacer? Medal! Czy odpoczywałaś w ciągu dnia? Słusznie. Czy robiłaś to, do czego udało ci się zmotywować? – jeśli nie, to znaczy, że nie miałaś na to siły, więc nic się nie stało. I tak dalej. Małe kroczki, jak uczyli mnie różni dobrzy ludzie spotykani na mojej drodze chorowania.

Gdy dorastałam, w moim domu bardzo popularne było sformułowanie „stracony dzień”. Trzeba było robić wszystko, by do tego zdarzenia nie dopuścić. Liczyły się nawet ruchy pozorne, byle by był jakiś ruch „do przodu”. Mam wrażenie, że teraz uczę się raczkować – i przemianowywać „stracone dni” na „sfrustrowane dni”, przy czym te drugie pojawiają się nie wtedy, gdy nie mam siły, tylko gdy mam zbyt wysokie wobec siebie oczekiwania.

Co ciekawe, w tym niemal całkowitym nicnierobieniu sprzedały się trzy moje prace, a ostatnie kilka dni było dla mnie bardzo twórczo aktywnych. Wciągnęłam się w pewną artystyczną grupę dyskusyjną, od której dostaję dużego rysunkowego kopa. Oczywiście zawsze, gdy mam coś na niej opublikować, czuję się jak skończona idiotka („z czym do ludzi, żartujesz chyba, nie ośmieszaj się”), ale po pierwsze, publikuję mimo lęku i zahamowań, a po drugie – pracuję nad tym na terapii i mam nadzieję wkrótce spisać efekty moich rozmyślań.

Do przeczytania zatem 🙂

Unlearning what you’ve been taught your whole life is a real treat. Until I got sick, I lived in a spirit of productivity, effectiveness, achievements and subsequent goals. The disease turned this model upside down – but it did not overturn a certain way of thinking, leading me to frustration at times when I was weak, dependent, helpless, „inactive” and completely not-as-I-should. You could even say that I was frustrated most of the time, not meeting my „own”, learned requirements. Very slowly and very shyly I try to stretch my mind towards smaller demands towards myself, and thus – to less self-loathing and self-despising. Today is a perfect day to do it because I didn’t get enough sleep and I have no strength for anything. I managed to go out with the dog, wash the dishes after the night’s culinary achievements of my husband and clean the window, but for most of the day I just lie in bed. Since I can’t sleep, but I also don’t have the energy to read, and I don’t want to get caught up in watching anything, this lying is completely unproductive. However, it is accompanied, instead of toxic barking that I am useless, by some kind of a  joyful giggle that I am finally reconciled with the fact that I bring nothing. Little by little – and really shyly – I am trying to accept the fact that I do not fit in with the majority, but I am a member of a minority, whose requirements are set slightly differently. Did you manage to get up today? Bravo. Did you take a shower? Bingo! Did you make breakfast? Cool. Or maybe you found the strength to take your dog for a half-hour walk? Medal! Did you rest during the day? Correct! Did you do what you were motivated to do? – if not, it means you didn’t have the strength to do it, so nothing bad happened. And so on. Little steps, as I was taught by various good people I met on the path of my illness.

When I was growing up, the phrase „lost day” was very popular at home. You had to do everything to prevent this from happening. Even apparent movements were important, as long as there was a „forward” direction. I have the impression that now I am learning to crawl – and renaming „lost days” to „frustrated days”, the latter appear not when I have no strength, but when I have too high expectations for myself.

Interestingly, in my doing-almost-nothing, three of my works were sold, and the last few days have been very visually creative. I involved myself in an artistic discussion group, from which I get a big kick. Of course, whenever I publish something on it, I feel like a complete idiot („don’t make a fool of yourself, you must be kidding me, they don’t want to see it”), but first of all, I publish despite fear and inhibitions, and secondly – I’m working on it on therapy and I hope to write down my reflections soon.

See you then 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.