ogień i lód / fire and ice

(ENG.below)

Ostatni tydzień spędziłam w depresji. Brzmi jak nazwa nieprzyjaznej miejscowości – i tak też się czułam. Zwinięta w kłębek, na lekach uspokajających, ledwo mówiąc, leżąc, leżąc, leżąc, nie kontaktując się z przyjaciółmi, okazjonalnie coś rysując, gdy już udało mi się wstać. Ograniczona do dwóch myśli – kiedy przyjdzie ulga i jak spowodować własną śmierć.

W chorobie dwubiegunowej czy schizoafektywnej leczenie stanów depresyjnych antydepresantami niesie ze sobą ryzyko, że chory wpadnie w manię. Psychiatrzy nastawiają się raczej na stablizatory nastroju, przy czym w moim przypadku nie chronią mnie przez tygodniową – czy dłuższą – depresją. Co ciekawe, bez tych leków miewałam krótsze, ale i częstsze stany depresyjne. Zaryzykowaliśmy więc przed kilkoma dniami z antydepresantem i oto już szóstego dnia chodzę wyprostowana, mam jakiekolwiek potrzeby, plany i marzenia. Muszę tylko uważać, żeby nie zmieniły się w obsesję. Czuję, że jest blisko.

Choroba dwubiegunowa jest jak stąpanie po cienkiej linie, która nazywa się stabilność. Co rusz wpadamy w któryś z biegunów lub w ogóle spadamy w ciemność urojeń (tak było wczoraj; wydawało mi się, że jestem samą głową, a rzeczywistość jest ukartowana). Żadne leki, jakie znam, nie chronią mnie przed atakami choroby w sposób, który mogłabym nazwać długofalowym. Cierpię albo bo marznę w unieruchamiającej depresji, bądź też płonę ogniem manii, lub wielkimi  psychotycznymi oczami patrzę na to, co przecież zwyczajnie oswojone i znane.

Między tym wszystkim staram się tworzyć, staram się uczyć, biegać, wychodzić z psem, rozmawiać z rodziną, utrzymywać siebie i mieszkanie w porządku.

Bardzo to wszystko męczące.

I spent the last week in depression. It sounds like the name of an unfriendly town – and that’s how I felt. Curled up, on sedatives, barely speaking, lying down, in bed, not making contact with friends, occasionally drawing something once I was able to get up. Limited to two thoughts – when will relief come and how to cause my own death.

In bipolar or schizoaffective disease, treating depressive states with antidepressants carries the risk of falling into mania. Psychiatrists tend to use mood stabilizers, but in my case they do not protect me from a week-long – or longer – depression. Interestingly, without these medications, I had shorter but more frequent depressive states. So we took a risk a few days ago with the antidepressant and on the sixth day I am walking upright, I have some needs, plans and dreams. I just have to be careful that they don’t turn into an obsession. I feel it is close.

Bipolar disorder is like walking on a fine rope called stability. Every now and then we fall into one of the poles or even fall into the darkness of delusions (it was yesterday; it seemed to me that I was just the head, and reality is made up). No drugs I know protect me from attacks of the disease in a way that I could call long-term. I suffer either because I freeze in immobilizing depression, or I burn with the fire of mania, or I look at what is simply tame and known with my big psychotic eyes.

Between all of these, I try to create, I try to learn, run, go out with the dog, talk to my family, keep myself and my apartment in order.

It is all very tiring.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.