Okruszki wiary / Crumbs of faith

(ENG.below) Jeśli chcesz zrozumieć ten wpis lepiej, przeczytaj poprzedni – http://www.bipolarlandscape.com/odzyskac-wolnosc-to-regain-freedom/

Przez ostatnie trzy dni żeglowałam na bardzo wzburzonych wodach, próbując nie zatonąć. Piątkowa sesja terapeutyczna zmieniła mnie w kobietę w kawałkach, rozpaczliwie próbującą jakoś złożyć się w całość, z różnym powodzeniem. Pranie; neurotyczne, ciągłe sprzątanie, odkurzanie, zmywanie, mycie podłóg, kąpiel kilka razy dziennie…byleby tylko być czysta, czysta, czysta. Byle by świat wokół mnie był czysty. Wczoraj wieczorem przypłynęła w końcu depresja, którą przyjęłam ze strachem – bardzo zdecydowane, ukierunkowane myśli samobójcze – ale i z ulgą; przestałam gonić jak kurczak bez głowy, uspokoiłam się na tyle, by móc poczytać książkę. Na napierające myśli o tym, by ściąć włosy, teraz, natychmiast, albo przynajmniej zadać sobie ból, bo ten wewnętrzny jest nie do zniesienia, zareagowałam Lorazepamem. Wyspałam się. Śniło mi się, że na łyso ogoliła się moja najlepsza przyjaciółka. Część mnie, którą I. uosabia, dojrzalsza, mądrzejsza, bardziej zrównoważona i wytrzymała, poddała się rytuałowi oczyszczenia we śnie. Zrobiła to…za mnie. Ta myśl mnie uspokoiła.

Choć wielokrotnie pisałam o depresji i o tym, że w tej fazie głównie NIC się nie czuje, nie byłabym do końca sprawiedliwa, gdybym nie napisała o czuciu bólu – w całej głowie, w całym ciele. Jeśli dochodzi do tego psychotyczny nakręt, podpowiadający, że ulgę przyniesie tylko śmierć, robi się groźnie. Nagle wszystko układa się w całość: że nie damy już rady tak żyć, że tak będzie zawsze, że ból będzie wracał i że nie mamy już na niego siły. Ostatnim wysiłkiem woli skoczymy więc z balkonu albo rzucimy się pod pociąg. Paradoksalnie to wszystko prawda – ale zatrzymana w czasie, bo jutro, pojutrze, za tydzień, za rok możemy tę siłę mieć znów. Przypłynie do nas tak samo, jak przypłynęła beznadzieja. Potem oczywiście znów pozbawi nas swojego towarzystwa, a my znów będziemy chcieli umrzeć, aż ponownie nie zachce nam się żyć i wierzyć, że jednak damy radę.

Gdy przychodzi faza depresyjna, wszystkie drzwi się zamykają: te twórcze, te przyjacielskie, te prowadzące do miasta, na zakupy, do znajomych, do atelier. Uruchamiasz resztki siły woli i idziesz pod prysznic, a potem człapiesz na kolejną sesję terapetyczną licząc, że ktoś cię tam podeprze. Najlepiej by było, gdybyś była przekazywana z jednych troskliwych rąk w kolejne, ale ludzie przecież chodzą do pracy, mają swoje rodziny, swoje zajęcia. Musisz przetrwać na okruszkach wiary, że to przejdzie – bo zawsze przechodzi.

A o tym, że na pewno przyjdzie znowu, pomyślisz innym razem.

If you want to understand this post better, please read the previous one – „To regain freedom”.

For the past three days I have been sailing on very rough waters, trying not to sink. The Friday therapy session changed me into a woman in pieces, desperately trying to somehow pull myself together, mostly unsuccessfully. Washing; neurotic, continuous cleaning, vacuuming, sweeping, floor cleaning, bathing several times a day … just to be clean, clean, clean. Let the world around me be clean. Last night, depression finally arrived, which I received with fear – because of very determined, targeted suicidal thoughts – but also with relief; I stopped running like a chicken without a head, I calmed down enough to read a book. To the pressing thoughts about cutting my hair now, immediately, or at least inflicting myself some pain, because the internal one is unbearable, I reacted with Lorazepam. I slept well. I dreamed that my best friend shaved her head bald. The part of me that she personifies, more mature, wiser, more balanced and tough, has undergone the ritual of purification in a dream. She did it … for me. This thought calmed me down.

Although I have written many times about depression and the fact that in this phase one mainly feels NOTHING, I would not be completely fair if I did not write about the feeling of pain – in the whole mind, in the whole body. If you add to this a psychotic tension, suggesting that only death will bring some relief, it gets dangerous. Suddenly everything goes together: that we can’t live this way anymore, that it will always be so, that pain will come back and that we have no more strength to bear it. So with the last effort of will we will jump from the balcony or throw ourselves under the train. Paradoxically, it’s all true – but frozen in time, because tomorrow, the day after tomorrow, next week, next year we can have the strength to bear all of this again. It will come to us just as hopelessness has arrived. Then, of course, it will deprive us of its company again, and we will want to die again until we want to live again and believe that we can do it.

When the depression phase comes, all the doors close: creative ones, friendly ones, those leading to the city, shopping, to friends, to the atelier. Relying on your will power that remain you get up and take a shower, and then shuffle to the next therapy session hoping that someone will support you there. It would be best if you were passed from one caring hands to the next, but people go to work, have their families, their activities. You must survive on crumbs of faith that it will pass – because it always passes.

And that it will come again, but you will think about it another time.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.