Oswajanie ślimaka / Taming a snail

(ENG.below) Dwa bardzo stresujące dni. Moja odporność na stres wynosi jakieś minus trzysta procent, więc musiałam się ratować Lorazepamem. Najpierw zachorował mój pies – nie chciał nic jeść, pić, ani się ruszać. W końcu wizyta u weterynarza przyniosła trochę jasności – nawracające zapalenie trzustki. Podaliśmy leki, jest lepiej. Jednakże chwilę później na loterii niespodziewanych zmartwień wylosowaliśmy kolejny los – kostka spuchła mi jak balon. Czarne wizje zakrzepicy i innych potencjalnie śmiertelnych zagrożeń prześladowały mnie niemiłosiernie, aż w końcu życzliwa lekarka zgodziła się mnie przyjąć i orzekła zapalenie stawów. Tego jeszcze nie przerabiałam, choć w tym roku już dwa razy miałam zapalenie mięśni; może powinnam się oswoić z pewnymi dolegliwościami?…Powód: za dużo, za często, za intensywnie biegam. Teraz nie mogę więc biegać w ogóle. Moja ulubiona, wydaje się – niezastąpiona strategia radzenia sobie ze stresem i niepokojem, poczucia siły i wpływu idzie w odstawkę. Czuję się trochę tak, jakby grunt usunął mi się spod nóg. A to kolejny stres.

Ja wiem, ja wiem. To nie są poważne problemy; ludzie cierpią i umierają naprawdę, a nie tylko metaforycznie – z lęku i niepokoju. Trudność polega na tym, że w moim wykrzywionym, chorobowym świecie (a może w twoim podobnie?) nawet najmniejszy stresor urasta do niemożliwych rozmiarów, a ja czuję się tak, jakbym miała pęknąć z niepokoju. Nie potrafię się uspokoić, nie potrafię pomieścić niewiadomych, połączyć racjonalnych kropek, wytłumaczyć sobie, nastawić się na pozytywny scenariusz. Zamiast tego po prostu zamieram jak jeleń w świetle reflektorów i zaczynam się trząść. Nie potrafię się na niczym skupić, myślę tylko o tym, jak przetrwać.

Dziś dołożyłam sobie sama kolejny stresujący bodziec: mojemu psychiatrze tak podobają się moje rysunki, że postanowił coś ode mnie kupić. Na sesji przerabialiśmy więc na żywo scenariusz, który za dobrze znam: zawstydzenie, niepewność, pragnienie bycia gdzie indziej; bycie ocenianą i w centrum uwagi. Jeśli chcę sprzedawać lub choćby prezentować swoje obrazy, muszę się z tą mieszanką oswoić – a może i przekuć ją w coś mniej drenującego. Mogłabym przecież się cieszyć, że ktoś chce oglądać moje prace. Że na kimś robią wrażenie. Że tak się komuś podobają i tak nie dają mu spokoju, że chce na nie patrzeć, we własnym domu czy gabinecie. Tym razem oprócz ogromnego stresu przeżywałam również odrobinę ekscytacji, z tychże właśnie powodów. Zadowoleniem i nawet pewną dawką radości uzupełniłam mroczną mieszankę ze wstydem na czele. Być może w miarę zdobywania doświadczenia w osobistym eksponowaniu swojej pracy – eksponowaniu intymnej, najbardziej poruszającej części mnie, staniu za sobą, wytrzymywania oceny innych osób – będzie mi towarzyszyło coraz więcej radości i podekscytowania?

Gdy wieszam swoje rysunki w mediach społecznościowych, nie przeżywam takich emocji. Jest coś innego w opublikowaniu obrazka i zapomnieniu o nim, a byciem obecną w trakcie jego odbioru, oceny, interpretacji, wrażeń.

Co ciekawe, gdy byłam zdrowa, moja praca polegała właśnie na eksponowaniu siebie, głównie przed nieznanymi osobami i grupami; byłam psycholożką biznesową prowadzącą szkolenia z przeróżnych umiejętności. Od czasu, gdy zachorowałam, ta umiejętność zamieniła się w drugi biegun: schować się, schować jak najszybciej.

Ten proces rozwojowy nazwę chyba „oswajaniem ślimaka”.

Brzmi wystarczająco wariacko.

Two very stressful days. My stress resistance is about minus three hundred percent, so I had to save myself with Lorazepam. First, my dog ​​got sick – he didn’t want to eat, drink or move. Finally, a visit to the vet brought some clarity – recurrent pancreatitis. We gave him medicine, it is better. However, a few hours later in the lottery of unexpected worries we drew another card – my ankle swelled like a balloon. Black visions of thrombosis and other potentially deadly threats haunted me mercilessly, and finally a kind doctor agreed to see me in person and diagnosed arthritis. I haven’t had that one yet, although I have had myositis already twice this year; maybe I should get used to some conditions like that? … Reason: I jogg too much, too often, I jogg too hard. So now I can’t run at all. My favorite, it seems – irreplaceable strategy of coping with stress and anxiety, a sense of strength and influence is, for some time at least, gone. I feel a bit like the ground has been washed away from under my feet. And this is another stress.

I know, I know. These are not serious problems; people really suffer and die, not just metaphorically from fear and anxiety. The difficulty is that in my crooked, sick world (or maybe yours as well?), even the smallest stressor grows to an impossible size, and I feel like I’m bursting with anxiety. I can’t calm down, I can’t contain the unknown, connect rational dots, explain things to myself, set a positive scenario. Instead, I just freeze like a deer in the headlight and start shaking. I can’t focus on anything, I just think about how to survive.

Today I served myself another stressful stimulus: my psychiatrist likes my drawings so much that he decided to buy something from me. So during the session we were reworking a script that I know too well: embarrassment, uncertainty, desire to be elsewhere; being judged and in the spotlight. If I want to sell or even present my paintings, I have to get used to this mixture – and maybe transform it into something less draining. I could be glad that someone wants to see my work. That he/she is impressed. That someone likes my paintings so much that they bother him/her, that he/she wants to look at them, in his/her own home or office. This time, apart from tremendous stress, I was also a bit excited. I supplemented the dark mixture with shame at the forefront with satisfaction and even a certain dose of joy. Perhaps as I gain experience in personal displaying of my works – displaying the intimate, most moving part of me, standing by my own side, enduring the assessment of others – I will be accompanied by more and more joy and excitement?

When I hang my drawings on social media, I don’t experience such emotions. There is something different in publishing a picture and forgetting about it, and being present during its reception, evaluation, interpretation, questions, likes and unlikes.

Interestingly, when I was healthy, my job was to display myself, mainly to unknown people and groups; I was a business psychologist conducting trainings on various skills. Since I got sick, this skill has turned into the other pole: hide, hide as soon as possible.

I think this development process will be called „taming the snail”.

Sounds crazy enough.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.