Pasywno agresywne karate / Passive-agressive karate

(ENG.below) Pisałam już o tym kiedyś: wraz z chorobą przyszła do mnie nadwrażliwość na bodźce, zwłaszcza emocjonalne. To tak, jakbym nie miała grubej skóry – w zasadzie żadnej skóry – i pewne sytuacje, które dawniej oddaliłabym machnięciem ręki, palą mnie jak żywy ogień.

Mój mąż, a zarazem główny opiekun, mimo całej miłości do mnie miewa czasem dni, kiedy ma wszystkiego dosyć (to mnie nie dziwi); to był właśnie ten dzień. Jako mistrz pasywno-agresywnego karate postanowił wbić mi dziś kilka szpil. Problem w tym, że nie jestem „zwykłą żoną“ (nie wiem, czy są takie, ale sobie wyobrażam), która coś odszczeknie, kopnie w jaja, roześmieje się, zbędzie coś lekceważącym ruchem dłoni, wespnie się na szczyty empatii. Niestety. Jestem żoną kruchą jak wydmuszka, mimo zapewnień mojego psychiatry o tym, jaka jestem silna i jak dobrze daję radę. Zawoalowane sugestie dotyczące tego, że przeze mnie potrzeby drugiej strony nie są zaspokajane, bo wciąż trzeba mnie „ratować“ , karmią moje i tak już przerośnięte poczucie winy, a za nim czają się myśli samobójcze. Ta antycypowana ulga, że już nikomu nie będę ciężarem…ach.

W tym samym czasie wciąż nieprzytomna leży w szpitalu Z., która, nie wiem tego, ale mogę podejrzewać – też miała dość bycia „utrudnieniem“ w życiu kilku osób. Myślę o niej wciąż, nie potrafię wzbić się na racjonalny poziom, zdobyć na trzeźwy osąd, dystans. Część mnie tkwi przy jej łóżku i czuwa.

Może dlatego jestem taka niespokojna i zmęczona.

I have already written about it once: along with the disease, hypersensitivity to stimuli, especially emotional ones, has come to me. It’s as if I do not have a thick skin – basically no skin at all – and certain situations that I would have dismissed by a wave of my hand, presently burn me like fire.

My husband, and also the main caregiver, despite all his love for me sometimes has days when he has enough of everything (what does not surprise me); it was this day. As a master of passive-aggressive karate, he decided to punch me a few pins today. The problem is that I’m not an „ordinary wife” (I do not know if there are really wives like that, but I imagine), who will cut something off, kick in the balls, laugh, turn something off with a slight gesture of the hand. Unfortunately. I am a fragile wife – like a shell, despite the assurances of my psychiatrist about how strong I am and how well I manage. Veiled suggestions that because of me the other side cannot satisfy his own needs, because he still has to „save me”, feed my already overgrown sense of guilt, and behind it – the thoughts of suicide are already lurking. This anticipated relief that I will not be a burden for anyone anymore … oh well.

At the same time, Z. is still unconscious, lying in the hospital; I do not know, but I can suspect – she was also fed up with being „a hindrance” in the lives of several people. I still think about her, I can not rise up to a rational level, catch objective judgment, distance myself, cut off. Part of me is stuck by her bed and is awake.

Maybe that’s why I’m so restless and tired.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.