Pieprz się, dobra rado / Fuck you, good advice

(ENG.below) Wczoraj przeżyłam jeden z najbardziej depresyjnych dni w mojej chorobowej historii. Byłam tak słaba, że nie miałam siły wstać z łóżka; wydawało mi się, że się do niego wysikam, bo nie dam rady dopełznąć do toalety. Mój mąż chciał mi pomóc zdalnie, zamawiając pizzę, żebym cokolwiek zjadła, ale podejście do drzwi po jej odbiór było po prostu niewykonalne. Temperatura ciała spadła mi do 35,1. Myśli samobójcze goniły się w mojej głowie jak myszy po pustym strychu, ale na szczęście nie miałam dość siły, by cokolwiek przedsięwziąć. Spałam; budziłam się tylko po to, by się modlić o kolejną fazę snu, bo rzeczywistość wydawała się być nie do zniesienia. Samo bycie, życie, trwanie – jak zbędny balast, niepotrzebny wydatek energii, marnotrawstwo uwagi wszechświata, błędna inwestycja, z której świat na pewno chętnie by się wycofał. Absolutny brak jakiejkolwiek iskry, od której cokolwiek mogłoby się rozpocząć – rysowanie, pisanie, sprzątanie choćby, obejrzenie czegoś, przeczytanie. Nic. Popiół. Bez żaru.

Zelżało pod wieczór, jak to zwykle w depresji bywa.

Przypominam sobie teraz różne tak zwane dobre rady, którymi ludzie tak zwanej dobrej woli i z, nazwijmy to, dobrymi intencjami próbują zreanimować depreśnika. Ich pomysły nie są złe, lecz nadają się, jeśli w ogóle, to wyłącznie do lekkiej fazy depresji. Zrozum i zapamiętaj: ja prawie posikałam się do łóżka. Naprawdę myślisz, że rzucę się na uprawianie sportu, spotkania z ludźmi, i zacznę myśleć pozytywnie?… Jeśli chodzą ci po głowie takie idee, to oznaczać może jedynie, że, przepraszam za brzydkie słowo, gówno wiesz o głębokiej depresji. O jej zabójczej niemocy. O jej podejściu anty-life i pro-death. O tym, że siada obok mnie na balkonie żuczek, a ja obwołuję go przewodnikiem do krainy zaświatów. Że analizuję, który nóż najbardziej się nada i czy nie wziąć wcześniej przeciwbólowych, by mieć pewność, że ból nie zatrzyma mnie przed cięciem. Plus ile Temesty wziąć naraz, by wpaść w śpiączkę. I tak dalej.

Jeśli więc zechcesz, nie mogąc poradzić sobie z własną bezradnością i lękiem, zaserwować depreśnikowi jakieś złote rady, bądź świadom, że on/ona WŁAŚNIE WALCZY O ŻYCIE. I że twoje Endomondo, gry towarzyskie i pozytywne poradniki są tu po prostu NIEADEKWATNE. Przekonaj go/ją raczej, by wziął/wzięła leki i poszedł/poszła na jakiś czas do kliniki, gdzie otrzyma fachową pomoc i opiekę.

Ja nie żartuję.

I, choć wolałabym, by było inaczej…wiem, co mówię.

Yesterday I experienced one of the most depressing days in my history. I was so weak that I had no strength to get out of bed; it seemed to me that I’m gonna pee there, because I can’t cope to get out and crawl to the toilet. My husband wanted to help me remotely by ordering a pizza, so that I would eat something, but approaching the door to pick it up was simply impossible. My body temperature dropped to 35.1. Suicidal thoughts were chasing each other like mice in an empty attic, but luckily I didn’t have enough strength to do anything. I was sleeping; I only woke up to pray for the next phase of sleep, because reality seemed unbearable. Just being, living, lasting – like unnecessary ballast, unnecessary energy expenditure, waste of attention of the universe, wrong investment, from which the world would certainly gladly withdraw. The absolute lack of any spark from which anything could start – drawing, writing, cleaning, even watching something, or reading. Nothing. Ash. No heat.

It got better in the evening, as it usually happens in depression.

I remember now various so-called good advice, with which people of so-called good will and so-called good intentions try to resuscitate the depressive person. Their ideas are not bad, but they are suitable, if at all, only for the light phase of depression. Understand and remember: I almost peed into my own bed. Do you really think that I will start doing sports, meeting people, and thinking positively? … If you have such ideas in mind, it can only mean that, sorry for the bad wording, you know shit about deep depression. About her deadly powerlessness. About her anti-life and pro-death approach. About the fact that a beetle sits there next to me on the balcony, and I call him my guide to the underworld. That I analyze which knife is best suited and whether to take painkillers before, to make sure that the pain will not stop me from cutting deep enough. Plus how many pills of Lorazepam to take at once to fall into a coma. And so on.

So if you want, unable to deal with your own helplessness and anxiety, serve the depressed person some priceless advice, be aware that he/she is now FIGHTING FOR HIS/HER LIFE. And that your Endomondo, party games and positive guides are simply INADEQUATE here. Rather convince him/her to take medication and go to the clinic for some time, where he/she will receive professional help and support.

I am not joking.

And, although I would prefer it to be different … I know what I am saying.

 

3 odpowiedzi do “Pieprz się, dobra rado / Fuck you, good advice”

  1. Poczułam takie ciepło, że ktoś w końcu skomentował sprawę tak, jak należy. Choć wydaje się, że ja w tym pokoju na łóżku nic nie robię to w rzeczywistości walczę o życie.

  2. Dziękuję, że jesteś i że mam zaszczyt czytać tego bloga, czuję się rozumiana. Mam nadzieję, że i ja będę mieć jeszcze więcej siły do mówienia o moich problemach psychicznych, a inni niech robią co chcą – chorzy psychicznie istnieją i przestańmy to w końcu ukrywać i demonizować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.