Pogromcy mitów / Mythbusters

(ENG.below) Za mną kolejny dzień w głębokiej depresji. Jestem wykończona. Doprawdy, nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak można tak funkcjonować miesiącami. A w przypadku choroby dwubiegunowej o powolnej zmianie faz tak to właśnie wygląda. Moja odmiana – tak zwany rapid cycling – dawała mi dotychczas nadzieję, że faza potrwa kilka dni i zniknie. Tymczasem trwa już tydzień. Ostatnim razem tak długo nawiedzała mnie dwa lata temu; skończyło się hospitalizacją.

We wtorek rano mam już umówione spotkanie w klinice.

Decyzja o udaniu się na oddział psychiatryczny, jak się pewnie domyślasz, nie należy do najłatwiejszych typu „rosół czy pomidorowa”. Opuszczasz swoich bliskich, zwierzątko, własne łóżko, każdy kąt, który znasz, roślinki balkonowe, sympatycznych sąsiadów; zostajesz przeszczepiona na biały grunt jasnych korytarzy i pokoi z oknami, w które wstawiono szyby pancerne. Nie jest to miejsce dobre na wczasy wypoczynkowe, lecz potencjalnie – ratujące życie, a tego aktualnie potrzebuję. Tendencje samobójcze są we mnie aktualnie bardzo silne, po prostu NIE MOGĘ zostawać sama w domu na dłużej. Dziergamy więc usilnie poweekendową rzeczywistość: dopóki mój mąż nie wróci z pracy wczesnym popołudniem, biorąc home office, będzie ze mną mój asystent psychiatryczny.

Decyzję o hospitalizacji podejmuję również mając na uwadze dobrostan mojego męża. Będzie spokojny wiedząc, że jestem bezpieczna pod fachową opieką, zamiast sama w domu, ze swoimi pomysłami na zakończenie życia. Szpital to takie jakby dobrowolne (w moim przypadku) więzienie, mające na celu odizolować niebezpieczną jednostkę (mnie) od potencjalnej ofiary (również mnie). To profilaktyka życia, strategia pro-life, i, jak myślę o tym, to się uśmiecham, również anti-choice. Nie będę się już zastanawiać, czy sznurek, nożyk, leki, rzeka, samochód czy pociąg. Wszyscy odetchną z ulgą i będą spać spokojnie, a martwić się będą – nie nadmiernie, bo profesjonalnie – mili panowie i panie w białych kitlach.

Jako że będzie to mój siódmy pobyt w klinice, zastanawiam się nad nakręceniem serialu „Pogromcy Mitów” na temat szpitala psychiatrycznego. Dotarłam ostatnio do danych, które sprawiły, że ziemia usunęła mi się spod nóg: 40% Polaków nie chce mieć za sąsiada osoby chorej psychicznie, a 30% wolałoby odebrać im (nam!) prawa obywatelskie. Coś we mnie pękło, muszę ci wyznać. Podejrzewam, że ten ogromny jak dla mnie procent nie miałby problemu z wysłaniem nas do łagrów, w kosmos albo z dymem; byle dalej od „normalnych”; precz z nam oczu; fuj. Ja wiem, że tu winę ponosi brak edukacji, świadomości oraz wieki demonizowania osób takich jak…takich jak ja…….

A może faktycznie powinnam milczeć, schować się i nie psuć swoim widokiem niedzielnego grilla?…

„Ja toleruję, ale przecież oni nie muszą się z tym publicznie obnosić.”

Tak to chyba brzmi, prawda?…

Another day in deep depression behind me. I’m exhausted. I can’t really imagine how one can function like this for months. And in the case of bipolar disorder with slow phase change, this is what it looks like. My type – the so-called rapid cycling – has given me hope that the phase will last two, three days as usual and will disappear. Meanwhile, it is there already a week. Last time she’d haunted me for so long was two years ago; I ended up in psychiatric hospital then.

I have an appointment at the clinic on Tuesday morning.

The decision to go to a psychiatric ward, as you probably guess, is not the easiest one like „chicken soup or tomato soup”. You leave your loved ones, your pet, your own bed, every corner you know, balcony plants, nice neighbors; you are transplanted to white ground of bright corridors and rooms with windows equipped with armored panes. This is not a good place for a vacation, but potentially – a life-saver, which I currently need badly. Suicidal tendencies are very strong in me right now, I just CAN’T stay alone at home for long. So we knit the post-weekend reality: until my husband returns from work early in the afternoon, taking a home office, my psychiatric assistant will be with me.

I also make a decision about hospitalization with my husband’s well-being in mind. He will be calm knowing that I am safe under professional care, instead of at home alone, with my ideas for ending my life. A hospital is like a voluntary (in my case) prison, designed to isolate a dangerous individual (me) from a potential victim (me). It’s life prevention, pro-life strategy, and, I think about it with a smile, an anti-choice movement. I will no longer wonder if it’s going to be the string, knife, pills, river, car or train. Everyone will breathe a sigh of relief and sleep soundly, whereas worrying – not excessively, because professionally – will be in hands of nice gentlemen and ladies in white coats.

As this will be my seventh stay in the clinic, I am thinking about making a series „Mythbusters” about a psychiatric hospital. I have recently reached the data that scared the shit out of me: 40% of Poles do not want to have a mentally ill neighbor, and 30% would prefer to deprive them (us!) of citizenship rights. Something has broken in me, I must admit. I suspect that this huge percentage would have no problem sending us to gulags, into space or make us „gone with the wind”. I know that the lack of education, awareness and centuries of demonizing people like … like me … is to blame here. Nevertheless, I feel disgusted and deeply scared.

Thus, maybe I should be silent, hide and not spoil someone’s Sunday barbecue? …

„I tolerate them, but they don’t have to show publicly.”

Isn’t it how it goes?…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.