Póki śmierć nas nie rozłączy / Until death separates us

(ENG.below) Po podwyższeniu dawki Klozapiny do 600mg/dzień, z niewielką pomocą Zyprexy i Seroquela wychodzę na prostą. Oczywiście nie mam pojęcia, na jak długo, i czy to nie przypadek. W ciągu ostatnich kilku dni miałam dużo mniej symptomów niż w zeszłym tygodniu.

Odzywa się za to moje ciało. Gorączka lub spadek temperatury do 35,0; zmęczenie, słabość; podobno wirus. Wydawało mi się, że potrafię już chorować, będąc od kilku lat w schizoafektywnym ciągu. Jednakże chorowanie fizyczne różni się od psychicznego, choć niełatwo określić mi tę różnicę. Fizyczna dolegliwość ma swój koniec, lub chociaż horyzont czasowy dni, tygodni. Choroba psychiczna nie poddaje się nigdy; ona po prostu tam jest., zawsze, na stałe, jak niechciany współlokator.

Będąc osłabiona i wymagająca pomocy (znowu) przerabiam (od nowa) zagadnienia bezsilności, cierpliwości, przyjmowania i nie wnoszenia niczego do świata. Jednakże tym razem nie traktuję choroby jako przerwy w egzystencji (i nie mogę się doczekać jej końca) – traktuję ją jako ELEMENT egzystencji, pełnoprawny aspekt życia, wpisany w mój portret – o, taki. Dzięki temu choruję z dużo mniejszym poczuciem winy. A dużo większym – akceptacji.

 Zasypiając, odmawiam antylitanię:

Wiem, że jestem chora.

Wiem, że nie zawsze tak było, lecz już zawsze tak będzie.

Mogę śnić o uzdrowieniu,

które nigdy nie nastąpi; może

przyjdzie przeczekanie, zwłoka, przerwa

ale ona zawsze wróci, królowa

bezimienna, bezlitosna. Głaszcze

mnie po policzku, mówiąc:

teraz będziemy już razem, przez następne lata,

póki nas śmierć nie rozłączy.

 

After increasing the dose of Clozapine to 600mg / day, with a little help from Zyprexa and Seroquel I’ve been recovering a bit. Of course, I have no idea for how long, and whether or not it is a mere coincidence. In the last few days I had much less symptoms than last week.

Meanwhile, my body has started to speak up. Fever or temperature drop to 35.0; fatigue, weakness; supposedly a virus. It seemed to me that I was already able to go through a sickness, having been in dominated by a schizoaffective illness for several years. However, physical illness differs from the mental one, although it is not easy for me to tell the difference. The physical ailment has its end, or at least the time horizon of days, weeks. Mental illness is never surrendered; she’s just there, always, permanently, like an unwanted roommate.

Being weakened and in need of help (again) I am processing (again) the issue of helplessness, patience, accepting and bringing absolutely nothing to the world. However, this time I do not treat the disease as a break in existence (when I can not wait for its end) – I treat it as an element of existence, a full-fledged aspect of life, inscribed in my self-portrait. Thanks to this, I am suffering with a much smaller sense of guilt. And much more – acceptance.

Falling asleep, I say my anti-prayer:

I know I’m sick.

I know it was not always like that, but it will always be like that.

I can dream about healing,

which will never happen; maybe

there will be a delay, a break

but she will always come back, the queen

unnamed, merciless. She strokes

my cheek, saying:

now we will be together for the incoming years,

until death separates us.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.