Potrzebujemy normalnej osoby / We need a normal person

(ENG.below the image) Śniło mi się, że wylądowałam w Himalajach, będąc do tego absolutnie nieprzygotowana. Brak jedzenia, kremu z filtrem, leków na chorobę wysokościową i nawet namiotu. Byłam wściekła na osobę, której powierzyłam przygotowanie. Wiedziałam, że to nie tylko głupie i nieodpowiedzialne, ale i śmiertelnie niebezpieczne. Jako że wypad w góry był tylko fragmentem większej wycieczki, ulgę przynosił fakt, że mieliśmy tam spędzić tylko dwie doby. „Jakoś to będzie” – myślałam, próbując wydać resztkę pieniędzy na batoniki energetyzujące.

Tak, zespół odpisał – właśnie po dwóch dobach. Nie chcą ze mną dalej współpracować. W pierwszej chwili pomyślałam: uff, a więc sprawa jasna i koniec wyzwania. W drugiej chwili pomyślałam: boże, to koniec tego twórczego projektu, tak naprawdę koniec; nikt już niczego ode mnie nie potrzebuje. Potem poczułam, jakbym z pozycji stojącej uderzyła nagle tyłkiem w ziemię. „Już nigdy nie będziesz na scenie. Ludzie nie chcą z tobą współpracować, bo jesteś dziwadłem. Nie nadajesz się nawet do tego, co przynosi ci radość.” – walił mój Wewnętrzny Krytyk bez pardonu. Chciało mi się płakać, ale byłam zbyt obolała, by to zrobić.

Na co liczyłam w głębi serca? Że odpiszą „Nie ma sprawy, bejbe, jakoś to będzie! Zależy nam na tobie i wspólnie pokonamy każdą przeszkodę!” Może. Tymczasem między słowami czytam: POTRZEBUJEMY NORMALNEJ OSOBY. A ty nią nie jesteś. Sorry.

Myślę, że przetrwałam wczorajszą wiadomość od zespołu między innymi dlatego, że – co zdarza mi się jakoś raz na dwa lata – zaprosiłam do domu gości, na moje spóźnione urodziny. Pamiętasz może odwołaną oficjalną imprezę urodzinową. Nieoficjalnie zrobiłam to, z czym czułam się na siłach: odwiedziny moich dwóch najbliższych koleżanek,z którymi znamy się od czasu mojego pierwszego pobytu w klinice kilka lat temu. Wariackie mikro-party, kończące się wtedy, gdy większość normalnych imprez się zaczyna, bo każda z nas musi chodzić rozsądnie spać. Było…wspaniale. Bez „ojej, chyba tego nie powiem, bo zepsuję komuś humor”; „tego nie powiem, bo nie chcę ich straszyć”; „nie, to za duży hardcore”; „co o mnie pomyślą, jak to powiem”, i tak dalej. Było i wzruszająco („to zwykłe rzeczy sprawiają, że jestem szczęśliwa; możliwość pracy, dach nad głową, pieniądze na farby”), i poważnie („większość osób, które pamiętam z pierwszego pobytu w szpitalu już nie żyje; zapili się na śmierć albo popełnili samobóstwo”), i zabawnie („gdybym była zwierzęciem, to pewnie byłabym jakimś dinozaurem”); dużo chichrania i prawie trzy godziny wspólnego bycia bez cenzury.

Nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, ile wariaci mają autocenzury!

Po wyjściu gości mówię do męża: „Wiesz, znów odkrywam, że najlepiej czuję się w towarzystwie innych wariatów.”

On: „To dobra czy zła wiadomość?…”

Znowu przegrałaś. Wstawaj i nakurwiaj dalej.

I dreamed that I landed in the Himalayas, being absolutely unprepared for it. No food, no sunblock, no altitude sickness medicine or even a tent. I was angry at the person I entrusted with the preparation. I knew it was not only stupid and irresponsible, but could also be deadly. As a trip to the mountains was just a part of a larger journey, it was a relief that we had to spend only two days there. „We will make it, somehow” I thought, trying to spend the rest of the money on energy bars.

Yes, the rock band wrote back – after two days. They don’t want to continue working with me. At first I thought: phew, so it’s clear now and the challenge is over. At the second moment I thought: god, this is the end of this creative project, really nothing more to do; no one needs anything from me anymore. Then I felt as if from a standing position I suddenly hit in the ground with my butt. „You’ll never be on stage again. People don’t want to work with you because you’re a weirdo. You are not even good at what brings you joy. „- my Inner Critic was pounding without pardon. I felt like crying but I was too sore to do it.

What did I count on in my heart? That they would write, „No problem, baby, we will make it, somehow! We care about you and together we will overcome every obstacle!” Maybe. Meanwhile, between the words I read: WE NEED A NORMAL PERSON. And you are not. Sorry.

I think I survived yesterday’s message from the band because – which happens to me every two years or even more seldom – I invited guests home for my late birthday. You may remember a canceled official birthday party. Unofficially, I did what I felt up to: organized a visit of my two closest friends whom we had known since my first visit to the clinic a few years ago. A crazy-ladies-micro-party, ending when most normal events start, because each of us must go to sleep reasonably. It was great. Without „oh dear, I don’t think I will say this because I will ruin someone’s day”; „I won’t say this because I don’t want to scare anyone;” „No, it’s too big hardcore”; „What will they think of me, how do I say that” and so on. It was deeply moving – in a very positive way („ordinary things make me happy; I have the opportunity to work, a roof over my head, money for acrylic paints”), and serious („most people I remember from my first hospital stay are dead; they drank themselves to death or they committed suicide „), and fun (” if I were an animal, I would probably be some kind of dinosaur”); a lot of giggling and almost three hours of being uncensored together.

You can’t imagine how much self-censorship crazy people have daily!

After the guests leave, I say to my husband:

– You know, I discover again that I feel best in the company of other crazy people.

He responds:

– Is this good or bad news? …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.