Powołująca do Życia / Calling to Life

(ENG.below) Pomaga mi Seroquel – brany na noc. Ścina po pół godzinie, odsyła w krainę na pograniczu snu i jawy, a następnie głębokiego snu. Mogę dzięki niemu przespać 7 godzin i wypocząć. Oczywiście, jak to z lekami antypsychotycznymi bywa, to wypoczęcie ma nieco inny smak, bo po przebudzeniu jestem spokojna lecz zarazem, na jakimś fizjologicznym poziomie, zmęczona. Lepsze jednak to niż gonitwa myśli o drugiej w nocy, kompulsywne zakupy czy plany dotyczące przygodnych stosunków seksualnych.

Byłam wczoraj w ośrodku interwencji kryzysowej omawiać mój kolaż sprzed kilku tygodni – Vision Board, jak go tu nazywają, czyli w moim bardzo wolnym tłumaczeniu Osobistą Mapę. W samym jej centrum znajduje się obraz, który symbolizuje mnie: Duchowa Wojowniczka.

Powstawaniu i omawianiu kolażu towarzyszyło pytanie „kim jestem?” To dla mnie jedno z najtrudniejszych pytań życiowych. Łatwo odpowiedzieć mi, kim byłam: psycholożką, profesjonalistką, osobą, na której można polegać, odpowiedzialną, wnikliwą i wspierającą. Gdy wybuchła choroba, stałam się bliżej nieokreśloną istotą bez granic i tożsamości. Wiesz, to naprawdę bolesne, stracić siebie – a może tylko obraz siebie?… – nie potrafić siebie narysować, opisać, określić. Lecz w końcu, na szczęście, zaczął się proces zdrowienia, choć nie wiem, czy to właściwe słowo; proces macania tego bezgranicznego tworu, w celu określenia, kim aktualnie jest. I jakkolwiek bluźnierczo by to nie zabrzmiało, dzięki chorobie znalazłam się bliżej swojej esencji, bliżej niż kiedykolwiek: tą esencją jest tworzenie.

Opowiadałam wczoraj pani B. o tym, że idę teraz drogą artysty, choć wciąż brak mi odwagi, by się artystką nazwać, choć wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerują, że nią właśnie jestem. To tabu, ten zakazany owoc, któremu przez całe życie przeciwstawiałam odpowiedzialność, intelekt, racjonalność i strukturę, stanowi teraz mój codzienny pokarm. Rysunki, obrazy, glina, pisanie, śpiew – są dla mnie jak oddychanie, jak najbardziej naturalny i niezbędny do życia proces. Powiedziałam pani B., ścierając ukradkiem łzę z policzka, że nie wyobrażam sobie życia bez twórczości. Nie wyobrażam sobie cierpienia w milczeniu, z zasznurowanymi ustami i dłońmi. Dzięki sztuce – choć to słowo brzmi obco i nadęcie, i obiecuję, że znajdę dla niego ekwiwalent – mogę, po pierwsze, istnieć nie zapadając się w katatonii, a po drugie, opisywać swoje istnienie na wiele sposobów, dzięki czemu mam szansę mu się przyglądać, nabierając perspektywy; transformować je, a także, być może, pomagać innym w procesie zdrowienia.

Kiedy byłam małą dziewczynką, rodzice zdali sobie sprawę, że mam nietuzinkowe zdolności muzyczne, i chcieli wysłać mnie do szkoły muzycznej. Zmienili jednak zdanie, z intencją zapewnienia mi „lepszego startu”. To poczucie, że gdzieś całkiem niedaleko funkcjonuje świat przemawiający wprost do mojej duszy, towarzyszyło mi jakieś 30 lat. W międzyczasie uczyłam się przystosowania, naginania i mieszczenia w ramkach, wyrywając sobie ochłapy rzeczywistości alternatywnej w postaci zajęć artystycznych, zespołu rockowego czy nocnego malowania. Lecz teraz mówię: dość. Odwracamy bieg rzeki.

Mam na imię Powołująca Do Życia.

PS. Czytam ten wpis przed publikacją – jak zwykle – i przygryzam wargę, wstydząc się własnej śmiałości. A cholera, może to dobry znak.

Seroquel helps me – taken at night. After half an hour it knocks me out, sending back to the land on the border between sleep and waking, followed by a deep sleep. Thanks to it I can sleep 7 hours and rest. Of course, as it happens with antipsychotic drugs, rest has a slightly different taste, because after waking up I am calm but at the same time, at some physiological level, tired. Feels better, however, than the race of thoughts in the middle of the night, compulsive shopping or plans for a casual sexual intercourse.

Yesterday I was at the crisis intervention center to discuss my collage from a few weeks ago – Vision Board, as they call it here. In the center of it there is a picture that symbolizes me: a Spiritual Warrior.

The creation and discussion of the collage was accompanied by the question „who am I?” This is one of the most difficult life questions for me. It’s easy to answer who I was: a psychologist, a professional, a reliable person, responsible, insightful and supportive. When the disease broke out, I became an indefinite being without boundaries or identity. You know, it’s really painful to lose yourself – or maybe just a picture of yourself? … – unable to draw your contours, describe yourself, define. But finally, fortunately, the healing process began, though I do not know if this is the right word; the process of touching this boundless creature to determine who she is right now. And no matter how blasphemous it sounds, thanks to the illness I found myself closer to my essence, closer than ever: this essence is creation.

I told Mrs. B. yesterday that I am now following the artist’s path, although I still lack the courage to call myself an artist, though all the signs in heaven and earth suggest that I am. This taboo, this forbidden fruit, which I have opposed with responsibility, intellect, rationality and structure throughout my life, is now my daily food. Drawings, paintings, clay, writing, singing – are for me like breathing, the most natural and necessary process in life. I told Mrs. B., between one and the second a tear on my cheek, that I could not imagine my life without creativity. I can’t imagine suffering in silence, with laced lips and bundled hands. Thanks to art – although this word sounds foreign and bloated, and I promise that I will find an equivalent for it – I can, first of all, exist without falling into catatonia, and secondly, describe my existence in many ways, so I have a chance to look at it from a perspective; transform it, and perhaps also help others in the healing process.

When I was a little girl, my parents realized that I had unusual musical skills and wanted to send me to a music school. However, they changed their minds with the intention of providing me with a „better start”. This feeling that there is a world somewhere not far away that speaks directly to my soul has accompanied me for about 30 years. In the meantime, I learned to adapt, bend and frame, ripping myself the scraps of this alternative reality in the form of artistic activities, writing songs or night painting. But now I say: enough. We reverse the flow of the river.

My name is Calling to Life.

PS. I read this post before publication – as usual – and bite my lip, ashamed of my own boldness. And damn, maybe that’s a good sign.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.