poza granice / beyond the limits

(ENG.below) Wczoraj do południa wszystko było dobrze. Przyszedł mój asystent psychiatryczny, rozmawialiśmy o sztuce i o lękach, trochę się nawet pośmialiśmy. Czułam się zmęczona, obolała i postanowiłam zrobić dzień przerwy od sportu. Potem poszłam na spotkanie z koleżanką i też wszystko było w porządku. Wróciłam do domu i nagle, z minuty na minutę, napięcie zaczęło się we mnie piętrzyć. Bo muszę wyjść z psem, bo mąż ma wyjść z domu a wciąż wisi na telekonferencji, bo nie pozmywane, bo obiad, bo wieczorem zostaję sama (mąż – spotkanie z kolegą), bo jutro atelier, trzeba zrobić zakupy, bo lodówka świeci pustkami…ot, zwyczajne sprawy zwyczajnych ludzi. Gdy jednak taka lista pada na niezwyczajny mózg, ten robi z nią coś magicznego: zamienia ją w pasmo ośmiotysięczników i sugeruje, że musisz na nie wyjść bez tlenu. Próbowałam się uspokajać dzieląc zadania na raty i eliminując te, których nie muszę robić sama. No trudno, będzie niepozmywane. Jeśli nie dam rady, nie pojadę jutro do atelier. Z psem mogę pospacerować krótko. Oswajanie odpowiedzialności nie pomagało. Wzięłam Lorazepam, mąż zniknął, ja wyszłam z psem lecz było coraz gorzej. Czułam, że jeśli czegoś w sobie nie przekroczę, przyjdzie atak psychotyczny, bo nie będę w stanie pomieścić napięcia. Drugi Lorazepam. Za późno. Zaczęło się. Moja ręka to nie moja ręka, to obca atrapa; ktoś nawet narysował na niej tatuaż taki sam jak mój, żebym się nie zorientowała. Zypreza 10mg. Leżę. Ale jak leżeć z obcą ręką? Nie potrafię się ułożyć. Może powinnam ją odciąć. Ale czym?…Będzie bolało, będzie dużo krwi. Gdybym miała piłę…ale nie wiem, gdzie mąż ją trzyma. Ludzie pod moim oknem się śmieją. Pewnie się zbierają, i będą się tak ze mnie wspólnie śmiali. Ta ręka nie pasuje, trzymam ją jak najdalej od siebie. Ciężko się nie bać, gdy chcę się uszkodzić. Zyprexa powoli zaczyna działać. Zasypiam. Budzę się po 45 minutach i jest już spokojnie.

Ten atak był taki sam jak inne a jednocześnie diametralnie różny, bo po raz pierwszy nie napisałam do męża – ani nikogo innego – co mi się dzieje. Wiedziałam, że jest u lekarza, że mi nie pomoże, że ma swój czas – a ja przecież wiem, co robić. To kierunek, jaki obraliśmy z moim psychiatrą: mam procedurę na każdą okazję i wiem, jak interweniować, gdy dzieje się A albo Z. Takie podejście daje mi pewność, jako takie poczucie kontroli nad sytuacją i jestem dumna z tego, że nikogo nie wikłam, nikogo nie obciążam, nie martwię. Mąż dowiedział się post factum. Nie odwołał wieczornego wyjścia z kolegą. Włączyłam „We’re here”, dokument o drag queens, za którym przepadam, i spędziłam spokojny wieczór.

A to, że obudziłam się dziś napięta, to już inna historia.

Yesterday by noon, everything was fine. My psychiatric assistant came, we talked about art and fears, we even laughed a little. I felt tired, sore and decided to take a day off from sport. Then I went to meet my friend and everything was fine, too. I came home and suddenly, from minute to minute, tension began to accumulate in me. Because I have to go out with the dog, because the husband is to leave the house and is still hanging on the teleconference, because the dishes pile up in our sink, because lunch, because in the evening I’m about to stay alone (husband meeting with a friend), because tomorrow I need to go to the atelier, we have to do shopping, because the fridge is empty … just ordinary things of ordinary people. However, when such a list falls on an extraordinary brain, it does something magical with it: it turns it into a band of eight-thousanders and suggests that you need to climb all of them without oxygen. I tried to calm down by dividing tasks into installments and eliminating those that I do not have to do alone. Well, it the dishes can stay dirty for some time. If I can’t make it, I won’t go to the atelier tomorrow. I can take only a short walk with the dog. Taming responsibility did not help. I took Lorazepam, my husband disappeared, I walked the dog shortly but it was getting worse. I felt that if I don’t do something, a psychotic attack would come, because I would not be able to contain the tension. Second Lorazepam. Too late. It has already begun. My arm is not my arm, it is a strange dummy; someone even drew a tattoo on it, the same as mine, so that I don’t realize it’s fake. Zypreza 10mg. I laid down. But how to lie with a fake arm? I can’t find a good position. Maybe I should cut it off. But with what? … It will hurt, there will be a lot of blood. If I had a saw … but I don’t know where my husband keeps it. People are laughing under my window. They’ll probably gather, and they’ll laugh at me like that together. This arm does not fit, I hold it as far as possible from myself. It’s hard not to be afraid when I want to hurt myself. Zyprexa is slowly starting to work. I fall asleep. I wake up after 45 minutes and it’s calm.

This attack was the same as others and at the same time very different, because for the first time I did not write to my husband – or anyone else – what is happening to me. I knew that he was at the doctor’s, that he would not help me, that he had his time – and I know what to do. This is the direction we took with my psychiatrist: I have a procedure for every occasion and I know how to intervene when A or Z happens. This approach gives me confidence as such a sense of control over the situation and I am proud that I did not get anyone involved. I didn’t burden anyone, I didn’t worry. The husband found out post factum. He did not cancel the evening out with his friend. I turned on „We’re here”, a drag queens document I love, and spent a quiet evening.

And the fact that I woke up tense today is another story.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.