„Predator” bez dialogów / „Predator” without dialogues

(ENG.below) Wczoraj sześć godzin pisania, przedwczoraj cztery. Pisałam, pisałam, aż napisałam całość drugiej sztuki (kilkadziesiąt stron). Jak zwykle najpierw czytał mąż. Pierwsze podejście: „Nie dam rady” (płacze przy drugiej stronie). Drugie podejście „No dobra, spróbuję” (płacze przy szóstej stronie). Wczoraj powiedział: „Napisałaś to tak, jakby z Predatora albo Obcego usunęli wszystkie dialogi i zostawili samą napierdalankę. Pach pach pach i do celu.” Moja siostra nie chce czytać, moim rodzicom nawet nie śmiem podesłać. W końcu zgodził się mój przyjaciel z oddali, reżyser teatralny. Jestem bardzo ciekawa, co powie.

Nie jest moją winą, że – tworząc – mam najłatwiejszy dostęp do smutku. Nie mam pojęcia, skąd to się bierze – może fakt, że co jakiś czas popadam w stany depresyjne kultywuje we mnie jakąś smutną glebę, na której wyrastają różne pisarskie twory? Tworzę głównie rzeczy wywołujące w ludziach ścisk serca. Nie potrafię inaczej. Myślę, że próba napisania przeze mnie komedii skończyła by się – również – tragicznie.

To prawie tak, że smutek pisze się sam.

Podążając za wskazówkami kursu dla pisarzy, staram się dać się prowadzić moim postaciom. Nie zawsze wiem, co zaraz powiedzą, ale…pisze się to samo. One piszą to same. Wiedzą, co mają mówić, jak mają mówić. Niezawodny mąż: „Ja zawsze myślałem, że pisarze to mają tak, że tygodniami siedzą, myślą, piszą po kilka zdań, potem przerwa, potem powrót, cyzelują, powoli do przodu. A ty siadasz i w kilka dni masz gotowe. Jak ty to robisz?” Nie wiem, jak odpowiedzieć. Wszystko brzmi „jakby”: to „jakby” samo się pisze, samo się rozwija, samo się wymyśla, samo się składa. I samo wie, kiedy koniec.

Doszłam do wniosku, że najwyższy czas spróbować wykonać ćwiczenie mentalne i nazwać się pisarką (doliczyłam się bowiem już moich kilkudziesięciu publikacji, mniejszych i większych, a kolejne czekają w kolejce). Tym samym spełniam swoje dziecięce marzenie – chciałam być pisarką i mieć swój mały domek w Australii. Ta część z Australią trochę inaczej się potoczyła, ale pisarką się stałam. Jak? Po prostu nie przestawałam pisać, a także wysyłać (na przykład, wyobraźcie sobie, jestem laureatką konkursu na kobiece opowiadanie erotyczne), dobijać się do wydawnictw (moje dwie książki), albo wpadać na życzliwych ludzi (ekipa kanadyjskiego magazynu POIESIS, który kilka lat temu opublikował moje wiersze) czy na wspaniałe, zakręcone koleżanki (moje teksty piosenek pewnego zespołu rockowego). Realizacja marzeń to praca wręcz rzemieślnicza. Tak się w niej zapędziłam, że nie zauważyłam, iż jestem już tam, gdzie chciałam być.

Nie chcę brzmieć jak mówca motywacyjny, bo czasem szlag mnie trafia, gdy słyszę kolejne klisze, więc spróbuję napisać to wyłącznie w oparciu o własne doświadczenie: jeśli masz jakieś marzenie, to dreptaj w jego kierunku albo rzuć się mu w ramiona; wypatruj okazji, poluj na właściwe momenty i właściwych ludzi. Poświęcaj swój czas właśnie na to, w czym czujesz się najlepszą sobą. To, co przynosi ci radość, daje poczucie sprawstwa, siły i wpływu, a jednocześnie jest przygodą; coś, przy czym tracisz rachubę czasu, bo tak cię wciąga. To jak zrobienie sobie zastrzyku witaminowego. Jak wypicie szota z esencji własnej duszy.

Gorąco polecam!

Six hours of writing yesterday, four the day before yesterday. I wrote and wrote until I finished the whole second play (several dozen pages). As always, my husband read it first. First approach: „I can’t do it” (cries on the second page). Second approach: „Okay, I’ll try” (crying at page six). Yesterday he said: „You wrote it as if you had removed all dialogues from Predator or the Alien and left the fighting scenes only. Bam bam bam, straight to the point.” My sister doesn’t want to read it, I don’t even dare send it to my parents. In the end my friend from afar, the theater director, agreed to take it on. I am very curious what he will say.

It is not my fault that – creating – I have the easiest access to sadness. I have no idea where it comes from – maybe the fact that every now and then I fall into depression cultivates some sad soil in which various writer’s creations grow? I mainly create things that cause squeezing of readers’ hearts. I can’t do otherwise. I think that my attempt to write a comedy would end tragically as well.

It’s almost like the sadness writes itself.

Following the directions of the writers' on-line course, I try to let my characters lead me, not the other way round. I don’t always know what they are going to say but … somehow it is being said. They write it themselves. They know what to say, how to speak. My beloved husband: „I always thought that writers have it so that they sit for weeks, think, write a few sentences, then a break, then return, polish it, slowly forward. And you sit down and you’re ready in a few days. How do you do it?” I don’t know how to answer. Everything sounds „as if”: this „as if” things were writing themselves, developing themselves, inventing themselves, assembling themselves. And they know when it’s over.

I came to the conclusion that it’s time to try to do a mental exercise and call myself a writer (I’ve already counted dozens of my publications, smaller and larger, and more are waiting in line). Thus, I am hereby fulfilling my childhood dream – I wanted to be a writer and have my own small house in Australia. This part with Australia went a bit sideways, but I became a writer. How? I just kept writing and sending (for example, imagine that, I’m a winner of a competition for a female erotic story), knocking at the door of publishing houses (my two books), or bumping into kind people (a team from the Canadian magazine POIESIS, which a few years ago published my poems) or to wonderful, crazy friends (my lyrics for a rock band). Making your dreams come true is really a craft job. I got so stuck in it that I didn’t notice that I was already where I wanted to be.

I don’t want to sound like a motivational speaker, because sometimes I get pissed of when I hear another cliche, so I’ll try to write it based solely on my own experience: if you have a dream, tiptoe towards it or throw yourself in its arms; look out for opportunities, hunt for the right moments and the right people. Devote your time to what you feel is your best self. What brings you joy, gives you a sense of agency, strength and influence, and at the same time is an adventure; something where you lose track of time because it draws you in. It’s like taking a vitamin injection. Like drinking a shot from the essence of your soul.

Let it happen!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.