Przepis / The recipe

(ENG.below)  Dawno temu, kiedy jeszcze…Może zacznijmy od nowa: po prostu dawno temu, moja mama zachorowała na depresję. Z czym to było związane i jak przebiegało – przemilczę, bo wiem, że ona nie chce o tym czytać i nie chce, by szczegóły tego etapu jej życia były powszechnie znane.

Gdy jeszcze wszystko było „normalnie”, a gówno nie wpadło do wentylatora, jak mawiał pewien mój przyjaciel, mama co piątek piekła ciasto na weekend. Pachniało w całym mieszkaniu. Czasem były to proste ciasta a czasem – bardzo wyszukane, przekładane, z masami w środku. Często dostawałam garnek do wylizania – z polewy czekoladowej.

Potem na wielenaście miesięcy mama ten zwyczaj zarzuciła. Dom stał się zwyczajnie smutny.

Pamiętam, jak upiekła ciasto po przerwie – po raz pierwszy – i ja wiedziałam, że najgorsze już za nami.

Piszę o tym z kilku powodów. Po pierwsze, na choroby psychiczne ma całkiem niemały wpływ pula genów, którą dostaje się w spadku. Depresja mojej mamy, depresja mojej babci, depresja mojego dziadka…w moim pokoleniu też postanowiła zapukać do drzwi, ubierając się w różnokolorowy kostium choroby schizoafektywnej.

Po drugie, mój aktualny dom pachnie wypiekami i daniami przygotowywanymi przez mojego męża, który nie zostawił mnie mimo, że na początku mojej choroby to ja go zostawiłam.

Po trzecie, weekend upłynął mi pod znakiem depresji, braku siły, ochoty na interakcje. W dużej mierze spędziłam ją na milczeniu – oraz rysowaniu.

I wspomnieniach o domu, w którym pachnie ciastem.

PS. Czar popołudniowej drzemki…przez ułamek sekund po przebudzeniu nie pamiętam, że jestem chora…

A long time ago, when … Maybe let’s start anew: just a long time ago, my mother got depressed. With what it was connected and how it proceeded – I choose to be silent because I know that she does not want to read about it and does not want the details of this stage of her life to be widely known.

When everything was „normal” and shit did not hit the fan yet, as one of my friends used to say, my mother would bake a pie every Friday for the weekend. It smelled all over the apartment. Sometimes they were simple cakes and sometimes – very sophisticated, layered, with masses inside. I often got to lick a pot after the chocolate glaze.

Then for a dozen or so months my mother gave up the habit. The house has just become sad.

I remember how she baked the cake after the break – for the first time – and I knew that the worst was behind us.

I write about it for several reasons. First of all, the gene pool has quite a significant impact on the mental illnesses, which get, to some extent, inherited. My mother’s depression, my grandmother’s depression, my grandfather’s depression … in my generation, she also decided to knock on the door.

Secondly, my current home smells of baked goods and dishes prepared by my husband who did not leave me even though at the beginning of my illness I left him.

Thirdly, Saturday was marked by depression, lack of strength, willingness to interact. To a large extent, I spent it in silence – and drawing.

And memories of the house where it smells with cake.

PS. The magic of the afternoon nap…For a moment after waking up I don’t remember, that I’m ill…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.