Rozpadnij się na chwilę / Fall apart for a while

(ENG.below) Polska. Kraj mieszkańców dumnych z czegoś, czego nigdy w trakcie swojego życia nie zrobili i nielubiących ludzi, których nigdy nie poznali. Oglądam w Bielsku album zdjęć z czasów drugiej wojny światowej. Mieszkańcy witają żołnierzy Wermachtu chlebem, solą i kwiatami, pomagają przy kopaniu rowów; w powietrze wylatuje synagoga i miejsce spotkań żydowskiej społeczności. Że też pozwolono ten album w Polsce wydać. Przecież, jak wiadomo, walczyliśmy, a nie kolaborowaliśmy. Ale tyle o polityce.

Święta faktycznie okazały się najtrudniejszym czasem w roku; zaliczyłam atak psychotyczny, derealizację, atak paniki i seans myśli samobójczych. Moja nieodporność na stres sprawiała, że przy zamawianiu taksówki trzęsły mi się ręce (bo coś mogę zrobić źle), a gdy pies mnie nie słuchał, musiałam to odpłacić stresowym łkaniem. Nie spotkałam się z żadnym z polskich znajomych czy przyjaciół, gdyż sama myśl o wyjściu z domu i jechaniu do miasta przyprawiała mnie o ciarki. Przewożona od rodziny do rodziny jak problematyczny pakunek, odliczam dni do wyjazdu. Marzę o tym, by siedzieć już w ciszy przy moim biurku, nad pustą kartką papieru, trzymając w ręce flamaster o rozmiarze pędzelka XS i zastanawiając się, jaki kształt nadać rzeczywistości.

Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie, bym rysowała u rodziców. Ale to nie jest już moje miejsce. Żeby tworzyć, potrzebuję się zakorzenić. Nie chcę tego robić między rosołem, walizką i kosmetyczką. Chcę do domu. Chcę do domu. Bardzo.

Kto by pomyślał, że surowa, samotna zagranica będzie czymś, do czego tak niezmiernie będę tęsknić. Ile razy narzekałam na samotność tamże; na brak kontaktów, zrozumienia, wymiany energii. Jednakże gdy spadają mi na głowę święta, wieczna obecność innych, ich monologi, potrzeby, oczekiwania – spinam się i splątuję jak paragraf, stając się zwierzątkiem z wielkimi oczami i trzęsącymi się łapkami. A stąd, jak już dobrze wiesz, niedaleko do psychozy.

Wczoraj wydawało mi się, że moja rodzina to tak naprawdę potwory. Moja mama, próbując pomóc w trakcie ataku, nie mając przy tym żadnej wprawy, bo widuje mnie raz w roku, z uśmiechem powtarzała: to tylko twój mózg, i ten uśmiech, w kontraście do psychotycznego lęku absolutnego tylko napędzał psychozę. Choroba jest bowiem niesamowicie wrażliwa na punkcie niespójności. Odsyła mnie w przeszłość, w ciężkie momenty, kiedy to, co widzę, i to, co się naprawdę dzieje, nie współgrają ze sobą. Przy czym te kilkanaście lat temu miałam siłę, by po prostu wyjść. Teraz mam jedynie siłę, by się rozpaść.

Na szczęście tylko na chwilę.

Poland. A country of people proud of something they have never done in their lives and disliking people they have never met. I’m looking into a photo album from Bielsko from the times of World War II. Residents welcome Wermacht soldiers with bread, salt and flowers, help in digging trenches; the synagogue and meeting place of the Jewish community gets completely destroyed. It amazes me that this album was allowed to be printed in Poland nowadays. After all, as we know, we fought, not collaborated. So much for politics.

Christmas was actually the hardest time of the year; I „scored” a psychotic attack, derealization, panic attack and suicidal thoughts session. My resistance to stress meant that when ordering a taxi my hands were shaking (because I can do something wrong), and when the dog did not listen to me, I had to pay back with a long sobbing. I did not meet any of my Polish friends or acquaintances, because the very thought of leaving the house and going to the city made me shiver. Transported from family to family as a problematic package, I count the days to leave. I dream about sitting in silence at my desk, over a blank sheet of paper, holding an XS brush marker pen in my hand and wondering what shape to give to reality.

Of course, nothing prevents me from drawing at my parents. But this is not my place anymore. To create, I need to be rooted. I don’t want to do it somewhere between broth, beetroot, suitcase and laundry. I want to go home. I want to go home. Very much.

Who would have thought that a harsh, lonely life abroad would be something I would miss so much. How many times have I complained of loneliness there; lack of contact, understanding and exchange of energy. However, when it all falls on my head, this eternal presence of others, their monologues, needs, expectations – I get tense and get entangled like a paperclip, becoming an animal with huge eyes and shaking paws. And from here, as you well know, psychosis is just around the corner.

Yesterday it seemed to me that my family were really monsters. My mother, trying to help during the attack, having no practice at all, because she sees me once a year, kept repeating with a smile: it is only your brain; and this smile, in contrast to absolute psychotic fear only fueled psychosis. The disease is extremely sensitive to inconsistencies. It sends me back to the past, into difficult moments when what I see and what is really happening do not harmonize with each other. However, then, just a dozen or so years ago I had the strength to leave. Now all I have is the strength to fall apart.

Fortunately, only for a while.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.