Rozwalona układanka / Broken puzzle

(ENG.below the image) Kiedy jechałam wczoraj do atelier, coś podpowiadało mi, by wysiąść z autobusu i zawrócić. Pomyślałam sobie jednak, że niepotrzebnie panikuję, przecież nic się nie dzieje. Nie wiem jak to wyjaśnić, ale miałam jedynie dziwny cień przeczucia, że w mojej głowie nie wszystkie klocki są na swoim miejscu, a układanka przechyla się w chorobową stronę. Jako że jednak poza tym podejrzeniem nie miałam żadnych symptomów, stwierdziłam, że się nie wycofam. Gdy wysiadłam, spotkałam na przystanku kolegę z atelier. Mówił jakoś tak nienaturalnie szybko, wydawał mi się zdekoncentrowany i nakręcony. Pomyślałam sobie jednak: no cóż, w końcu w tym konkretnym atelier malują sami wariaci, więc najwyżej, dla własnego spokoju, będę tym razem od kolegi stronić. Nie przyszło mi do głowy, że to mój mózg zaczyna inaczej odbierać rzeczywistość.

Porysowałam półtorej godziny, zgarnęłam kasę za mój obrazek, w którym zakochała się koleżanka, i zebrałam się do domu. Droga powrotna zajmuje mi prawie godzinę, trzema środkami transportu.

Zaczęło się już w pierwszym autobusie. To takie uczucie, jakby ziemia usuwała się spod nóg. Oczy robią się większe, bo zaczynasz się bać. A potem już z górki – urojenia ksobne i prześladowcze, czyli, mowiąc po ludzku: wydaje ci się, że współpasażerowie koncentrują się na tobie, patrzą uporczywie na ciebie, jeśli się śmieją, to pewnie z ciebie. Pan sprzatający środki komunikacji śledzi cię, podąża za tobą, bo przecież spotkałaś go już jadąc w przeciwną stronę.  Ma wobec ciebie jakiś ukryty plan i złe zamiary.  W drugim autobusie próbujesz zamknąć oczy, żeby nie widzieć tych wlepionych w ciebie spojrzeń.  Twarz wykrzywia ci grymas przerażenia, wszystko cię przytłacza, obrazy, dźwięki; próbujesz się od nich odizolować muzyką na słuchawkach, spokojną, kojącą – kolędy. Wysiadasz i wiesz, że czeka cię jeszcze jedna przesiadka. Mijają cię rozwrzeszczane dzieci, albo i takie nie rozwrzeszczane, ale podskakujące, a ty myślisz: to nie dzieci, to demony w ciałach dzieci. Demony, demony dookoła. Wysyłasz do męża selfie, bo nie masz siły dokładnie opisywać, co się dzieje; patrzysz na nie i widzisz jakąś dziwną, straszliwie strapioną, starą twarz. Wsiadasz, w końcu wsiadasz do ostatniego autobusu i myślisz sobie: boże, czy ja na pewno chcę jechać do domu?…A jeśli tam czeka mnie cos złego? Ktoś zastawił pułapkę?…Może lepiej jechać w nieznane, skonfudować wroga?…Wysiadasz mimo wszystko na właściwym przystanku i wleczesz się do domu, człap, człap, bo nie masz siły, gdyż po drodze wzięłaś w autobusie Zyprexę i Lorazepam. Gdy docierasz do domu, płaczesz z wysiłku. Otulasz się kocem i kładziesz do łóżka, bo to jedyne, na co cię stać. I czekasz. Aż leki zaczną w pełni działać, aż mąż wróci z pracy i się tobą zaopiekuje. Twoja twarz wygląda tak, jakbyś właśnie wróciła z własnego pogrzebu. Jest krucho.

Tak…ataki psychotyczne to straszne, bolesne, upokarzające widowisko, po którym wracam do siebie kilka dni. Rozwijają się w ciągu minut. Mijają w ciągu godzin. Zostawiają wielkie spustoszenie, człowieka-skorupkę. To taki jakby psychotyczny wstrząs mózgu, który ostatnio przytrafia mi się co kilka dni.

Nie wiem, jakie napisać ostatnie słowo. Może takie, żeby cię serce nie ściskało, bo i tak nie możesz mi pomóc. Ale możesz za to być świadomy. Choć trochę bardziej.

When I was going to the atelier yesterday, something told me to get off the bus and turn back. However, I thought that I was unnecessarily panicking, and nothing was happening. I don’t know how to explain it, but I only had a strange hint of feeling that in my head not all the blocks are in place and the puzzle is tilting into the diseased side. Since, apart from this suspicion, I had no symptoms, I decided that I would not back down. When I got off, I met a friend from the atelier at the bus stop. He spoke so unnaturally fast, he seemed distracted and turned on. But I thought to myself: well, in the end, this particular atelier is occupied by crazy people, so, for my own peace of mind’s sake, I will shun my friend this time. It didn’t occur to me that my brain was beginning to perceive reality differently.

I was drawing an hour and a half, picked up the cash for my image that a friend fell in love with, and started my journey home. The return takes me almost an hour and three means of transport.

It started already on the first bus. It feels like the ground is moving away from under your feet.  Your eyes are getting bigger because you are starting to be afraid. And then a straight way down – paranoid delusions, that is, plainly  speaking: you think your fellow passengers are focused on you, they look persistently at you, if they are laughing, it’s probably at you. The gentleman cleaning the means of transport follows you, he really follows you!, because you have already met him while commuting in the opposite direction. He has a hidden plan for you and some evil intentions. On the second bus, you try to close your eyes so that you don’t see those staring at you. Your face contorts with a frown of terror, everything overwhelms you, images, sounds; you try to isolate yourself from them with music on headphones, calm, soothing – carols. You get off and you know that there is one more bus waiting for you. You pass by screaming children, or even those not screaming, but jumping around, and you think: they are not children, they are demons in the bodies of children. Demons, demons around. You send a selfie to your husband because you don’t have the strength to describe exactly what’s going on; you look at it and see some strange, terribly distressed, old face. You get in, finally, the last bus and think to yourself: God, do you really want to go home? … And if something bad is waiting for me there? Someone has set a trap? … Maybe it is better to go into the unknown, confuse the enemy? … You get off despite everything at the right stop and drag yourself home, step by step, because you have no strength, because on the way you took Zyprexa and Lorazepam on the bus. When you get home, you cry, because you feel so exhausted. You wrap yourself in a blanket and put yourself to bed, because that’s all you can do. And you wait. Until the medication begins to work fully, until the husband returns from work and takes care of you. Your face looks like you’ve just returned from your own funeral. The situation is fragile.

Yes … psychotic attacks are a terrible, painful, humiliating spectacle, after which need a few days to „come back home”. They develop within minutes. They pass after few hours. They leave great havoc and a human shell. It’s like a psychotic concussion that has been happening to me every few days lately.

I don’t know what to write as the last word. Maybe – please don’t worry, because you can’t help me anyway. Just be more aware. A little bit.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.