strona numer 600 / page number 600

(ENG.below) Mój plik, w którym piszę blogowe treści, pokazuje właśnie liczbę 600 – sześćset chorobowych stron za mną. Pamiętam liczne momenty, kiedy myślałam, że nie będę miała nic do powiedzenia, bo wszystko zostało już powiedziane…a jednak słowa pojawiają się wciąż i wciąż, a tematy, mimo że te same, nigdy nie są takie same. Pisanie pomaga mi porządkować rzeczywistość; tworzyć narrację opisującą to, co się ze mną dzieje; bez nich poruszałabym się po omacku lub w kółko dreptała po ciasnym wybiegu. Pomyślałam, że z tej sześćsetnej okazji – zamiast pisać o męczącej fazie maniakalno-psychotycznej, lekach i zmęczeniu, bieganiu, rozdrażnieniu, halucynacjach i przybieraniu na wadze – przejrzę stare wpisy. Natrafiłam na taki, który bardzo mnie poruszył – również z listopada, lecz sprzed dwóch lat. Zamieszczam go poniżej. Kiedy go czytam, z jednej strony myślę sobie: to prawdziwe świadectwo, z drugiej zaś – jaką długą drogę przeszłam przez te dwa lata. Już nie opłakuję dawnego życia. Szanuję je bardzo i uznaję; jednocześnie, jakkolwiek paradoksalnie to nie zabrzmi, jestem wdzięczna, że się zakończyło i zrobiło miejsce na to życie, jakie prowadzę teraz: przepełnione twórczością, słowami i obrazami, melodiami i figurkami z gliny. Mimo całego cierpienia, jakie ze sobą niesie, jest bliższe mojemu sercu niż to dawne życie.

Wszystkiego najlepszego, strono numer sześćset.

PS. Jeśli masz ochotę z tej okazji podzielić się ze mną blogowymi wrażeniami, komentarzem lub po prostu napisać „trzymaj się”, nie wahaj się. Będę dzięki temu wiedziała, że moje słowa nie znikają w ciszy (zuzanna.koronska.itten@gmail.com).

38 lat temu urodziła się dziewczynka. Wprawdzie było już dla niej przewidziane imię Mieszko, ale jakoś tak wyszło, że Dorotka, a o mały włos Ania. Mała szybko się rozwijała i ani się spostrzegła jak deklamowała wierszyki przy okazji rodzinnych i koleżeńskich spędów rodziców. W uznaniu za jej umiejętności rodzice otrzymali list pochwalny od prezydenta miasta.

Potem poszło już szybko, nie było innej drogi. Dziewczynka jak koziczka parła w górę, i w górę, wysoko. A że nie potrafiła odpoczywać, przyspieszała tylko tempo wierząc, że odpocznie po osiągnięciu celu. Jednak za każdym celem czaił się kolejny, i następny, i jeszcze jeden.

Dziewczynka wirowała, furkotała w tańcu życia; zamazywały jej się już jego kontury, ale ona nie mogła przestać, tego właśnie nauczona, by zdobywać, by podbijać, by znaczyć.

Niektóre stare mądre baby przebąkiwały, że to się musi źle skończyć, bo niedoinwestowany kredyt energetyczny kiedyś się wyczerpuje, a nawet Hannibal w końcu musiał się wycofać.

Jednak nawet one nie wiedziały, że dziewczynka niesie ze sobą ładunek genetyczny, który odmieni jej – i kilku innym osobom – życie.

Zdarzyło się to w grudniu.

Nie było śniegu.

Była karetka do szpitala, bo dziewczynka oszalała.

Wtedy rozległo się ciche „trach” – i jej życie przełamało się na pół jak suchy patyczek.

Tę pierwszą połowę schowała do szkatułki; czasem na nią spogląda i płacze.

Tę drugą połowę nosi w torebce by pamiętać, nie zapomnieć: WOLNO, KROK ZA KROKIEM, CZUŁOŚĆ, WYROZUMIAŁOŚĆ, NISKIE OCZEKIWANIA, BRAK STRESU, RELAKS.

Z okazji moich urodzin tekst ten sobie dedykuję – oraz wszystkim, którzy go potrzebują.

moje tereny spacerowe / my walking trails

My blogging file just showed page number 600 – six hundred sick pages behind me. I remember numerous moments when I thought that I would have nothing to say because everything has already been said… yet the words come up over and over again, and the topics, although the same, are never equal. Writing helps me organize reality; create a narrative describing what is happening to me; without them, I would feel in the dark or in the narrow runway. I thought that on this 600th occasion – instead of writing about the tiring manic-psychotic phase, medications and fatigue, running, irritability, hallucinations and weight gain – I would look through old entries. I came across one that touched me a lot – also from November, but two years ago. I include it below. When I read it, on the one hand I think to myself: this is a real testimony; and on the other hand I realize I  have come a long way during these two years. I no longer mourn my old life. I respect it very much and recognize it; at the same time, however paradoxical it may sound, I am grateful that it has ended and made room for this life that I lead now: full of creativity, words and pictures, melodies and clay figurines. Despite all the suffering it brings, it is closer to my heart than this old life.

Happy birthday, page six hundred.

P.S. If you would like to share your blog impressions, comments or simply say „take care” on this occasion, don’t hesitate. It will let me know that my words do not disappear in silence (zuzanna.koronska.itten@gmail.com).

38 years ago a girl was born. Admittedly, a male name Mieszko was already prepared for her, but it somehow came out that it was Dorotka, though almost Ania. The little girl was growing fast and very soon she recited poems on the occasion of her family and friends' meetings. In recognition of her skills, the parents received a letter of praise from the city president.

Then it went quickly, there was no other way. The girl, like a little goat, was rising up and up, high. And because she was not taught to rest, she only accelerated the pace believing she would rest after reaching the goal. However, there was another goal, and the next, and one more behind each target.

The girl whirled, whirled in the dance of life; its outlines were already blurring, but she could not stop, just taught to conquer, to win, to matter.

Some old wise babooschkas have said that it must end badly, because the underinvested energy loan is used up, and even Hannibal finally had to retire.

However, even they did not know that the girl carries a genetic charge that will change her – and some other people’s – life.

It happened in December.

There was no snow.

There was an ambulance to the hospital because the girl went crazy.

Then a quiet „crack” sounded – and her life broke in half like a dry stick.

She hid the first half of the stick into a casket; sometimes she looks at it and cries.

She carries the other half in her bag to remember, not to forget: SLOW, STEP BY STEP, TENDERNESS, UNDERSTANDING, LOWER EXPECTATIONS, LACK OF STRESS, RELAXATION.

I dedicate this text to myself on my birthday – and to all who need it.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.