Supernowa / Supernova

(ENG.below) Od trzech nocy źle śpię. W zasadzie – bardzo źle. Mam koszmary, nie mogę zasnąć, budzę się w środku nocy i boję z powrotem zapaść w sen. Śni mi się, że zwariowałam. Że jestem agresywna, i że przyjeżdżają po mnie medycy z kaftanem. Budzę się i nie wiem, czy to sen, czy jawa. Płaczę ze strachu.

Paniczny lęk przeplata się z godzinami euforii, sygnalizując nawrót „angst-glück Psychose”, czyli choroby schizoafektywnej. Robię zakupy, na które mnie nie stać. Czuję się jednością ze wszechświatem, cudowną istotą z okruchów gwiazd; wzbijam się w międzyplanetarną ciemność, rozrzucając srebrny pył, który opada ze mnie w locie. Rozmawiam z polinezyjską boginią Pele; jestem pewna, że chce mi coś przekazać. O drugiej w nocy proszę męża, by wydrukował mi jej wizerunek w kolorze.

Po dzisiejszej wizycie u psychiatry podjęliśmy decyzję, że włączamy – na jakiś czas – do gry Zyprexę, w niewielkiej dawce. Żegnaj dieto i malejący brzuchu. Mój lekarz twierdzi, że mam coś w rodzaju „dopaminowego zawału” – mój mózg, mówiąc w dużym uproszczeniu, zalewa mnie dopaminą. Stąd nakręt, stany euforyczne i zwiększone libido, skłonne się wyładować na przypadkowym osobniku. Oczywiście, cudownie jest czuć się gwiezdną istotą, w kontakcie z boginiami, istotą zmysłową i seksualną. Na tym polega według mnie paradoks tej choroby; poza depresyjnym cierpieniem, maniakalne momenty są wspaniałe; czuję się jak na haju. I jestem. Na dopaminowym haju. Nie chcę go, mimo wszystko. Chcę zmieścić się w ramkach, w granicach, nie rozlewać po niebie jak wybuch supernowej.

Lekarz nakazuje spokój. Nie stresować się, nie zamartwiać, nie lękać. Stres potęguje objawy, jest spustem i gwarantem pogorszenia stanu.

Usiłuję więc ogarnąć swój bezmiar, oddychać i uspokajać się myślą, że wszystko mija.

I have been sleeping badly for the last three nights. In fact – very badly. I have nightmares, I can’t fall sleep, I wake up in the middle of the night and I’m afraid to fall back to sleep. I dream that I’m crazy. That I am aggressive and that medics come for me to wrap me up and take to an isolated room. I wake up and I don’t know if it’s dream or reality. I cry with fear.

Panic is intertwined with hours of euphoria, signaling the recurrence of „angst-glück Psychose,” or schizoaffective disorder. I’m shopping for things I can’t afford. I feel one with the universe, a wonderful being from the crumbs of stars; I rise into interplanetary darkness, scattering silver dust that falls off me while I fly. I speak with the Polynesian goddess Pele; I’m sure she wants to tell me something. At two o’clock in the morning I ask my husband to print a color picture of Pele for me.

After today’s visit to the psychiatrist, we decided to include – for some time – Zyprexa in a small dose. Goodbye diet and decreasing stomach. My doctor says I have something like a „dopamine stroke” – my brain, to put it simply, floods me with dopamine. Hence the energy, euphoric states and increased libido, willing to discharge itself on a random individual. Of course, it’s wonderful to feel like a starchild being in contact with goddesses, a sensual and sexual being. This is in my opinion the paradox of this disease; besides depressive suffering, manic moments are wonderful; I feel high. And I am. High on dopamine. Nevertheless, I don’t want it. I want to fit into frames, within limits, not burst in the sky like a supernova explosion.

The doctor orders peace. Not to stress, not to worry, not to be afraid. Stress intensifies symptoms, is a trigger and a guarantee of deterioration.

So I try to embrace my immensity, breathe and calm down with the thought that everything passes, with time.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.