Szafirowe przemijanie / Sapphire passing

(ENG.below) To bardzo dziwne uczucie – obudzić się w bólu świadomości, że jest się sobą. Że nie ma wyjścia, nie można się zostawić na jakiś czas, by od siebie odpocząć. Nie da się wpadać do siebie z wizytą od czasu do czasu, trzeba być i trwać przy sobie na dobre i na złe. Nie da się wziąć od siebie urlopu, dni wolnych. Trzeba znosić wszystko, co się dzieje; zaciskać zęby, próbować otworzyć się na przepływ doświadczeń, łykać tabletki, redukować tabletki, być obecną, być nieobecną, jednym słowem – podejmować różne strategie, by jakoś znieść życie z osobą ciężko chorą. Żadna z nich nie gwarantuje sukcesu, ale posuwa nas o jeden dzień dalej. Po co?

Po środowych stresach, mimo Rexulti i Zyprexy, odreagowałam dysocjacją, defragmentaryzacją, rozpadnięciem się na chwilę. Zadziałał mechanizm, który dobrze znam – skoro nie da się pomieścić przeżyć, rozsadzi mnie od środka. Tym razem próbowałam sobie pomóc stworzeniem „listy ochronnej”, zawierającej takie stwierdzenia jak: „jesteś bezpieczna”, „nic ci teraz nie grozi”, „potrafisz być twarda”, „jesteś mądra i wnikliwa”, „nie jesteś już ofiarą”, „potrafisz się ochronić”. To jak list od najlepszej przyjaciółki, która widzi we mnie to, o czym czasem zapominam, zwłaszcza, gdy czuję się jak galareta bez granic.

Zaczynam powoli myśleć o dłuższym pobycie w klinice – o tym, by ktoś zdjął ze mnie na jakiś czas odpowiedzialność za siebie, przymus czujności i reagowania, społeczną maskę radzącej sobie osoby, funkcjonującej jako tako w codzienności, a gdy nikt nie patrzy, zmieniającej się w letni dmuchawiec. Owszem, czasem całkiem nieźle sobie radzę. Chodzę na uniwersytet na zajęcia z poezji, jeżdżę do atelier, maluję, piszę, spaceruję, a jeśli nie mam akurat zapalenia mięśni, to biegam. Od czasu do czasu staję na głowie (nie metaforycznie – dosłownie), bo bardzo to lubię; czuję się wtedy panią własnego ciała, a to bardzo mi pomaga. Jednakże ostatnie tygodnie, takie mam wrażenie, były ciężkie, mozolne, często psychotyczne, a to wykańcza, bo, jak mawia mój psychiatra, rozległe, intensywne wyładowania w mózgu są dla chorego niezwykle wyczerpujące.

Dziś zamierzam znów spacerować nad rzeką i patrzeć na jej szafirowy bieg. Zawsze myślę sobie wtedy, że chciałabym tak umieć, jak ona: przemijać wszystko, przemijać, przemijać.

It’s a very strange feeling – to wake up in pain of being aware of being you. That there is no way out, you can’t leave yourself for a while to relax. It is impossible to visit yourself from time to time, you have to be there and stay with yourself for good and for bad. You cannot take holidays or days off. You have to endure everything that happens; clench your teeth, try to open yourself to the flow of experience, swallow pills, reduce pills, be present, be absent – take different strategies to somehow endure life with a seriously ill person. None of them guarantees success, but it takes us one day further. What for?

After Wednesday’s stress, despite Rexulti and Zyprexa, I reacted with dissociation, defragmentation, falling apart for a moment. A mechanism that I know well worked – if it is impossible to contain the experience, it will explode from the inside. This time I tried to help myself by creating a „protection list” containing such statements as „you are safe”, „there is no more threat”, „you can be tough”, „you are wise and insightful”, „you are no longer a victim”, ” you are able to protect yourself.” It’s like a letter from a best friend who sees in me what I sometimes forget, especially when I feel like jelly without borders.

I am slowly starting to think about a longer stay in the clinic – about someone taking away my responsibility for myself for some time, the obligation of vigilance and reaction, the social mask of a coping person, functioning the best she can in everyday life, and when nobody looks, changing into a summer dandelion. Yes, I manage quite good sometimes. I go to university for poetry classes, I go to the atelier, paint, write, walk, and if I don’t have muscle inflammation, I also like jogging. From time to time I stand on my head (not metaphorically – literally) because I like it very much; I feel like a lady of my own body and that helps me a lot. However, the last weeks, I feel, were hard, arduous, often psychotic, and I am tired, because, as my psychiatrist says, extensive, intense brain discharges are extremely exhausting for the patient.

Today I intend to walk again along the river and look at its sapphire flow. I always think to myself that I would like to be like her: to pass everything, pass away, pass away.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.