Szczęściara / Lucky girl

(ENG.below) Drugi dzień bez symptomów. Jak tak dalej pójdzie, będę szczęściarą! Ho ho, całe dwa dni. Gdzie ten czas, kiedy liczyłam dobrostan w tygodniach (w miesiącach chyba nigdy)?… „Kiedy czuła się Pani najbardziej stabilna?” – pyta mój lekarz. „Sześć tygodni zeszłego lata, gdy nie miałam symptomów” – odpowiadam. „Ach nie, to się nie liczy…to była tylko faza miesiąca miodowego. Wszyscy pacjenci to mają, gdy gwałtownie odkładają leki”.

No tak.

Wróciłam do książki, która kiedyś bardzo mi pomogła – „Biegnąca z wilkami” Clarissy Pinkoli Estes. Czytam bajkę po bajce, zachłannie, jakbym w końcu, po długiej wędrówce, dotarła do ożywczego źródła. Jungowskie podejście do rozwoju zawsze było mi bliskie (skończyłam nawet w poprzednim, zdrowym życiu kursy w tym zakresie w samym sercu Szwajcarii), a wykorzystywanie baśni, mitów i snów do pracy nad sobą uważam za nieocenione. Problem polega jedynie na tym, że to, czego mnie uczono, skierowane było do ludzi zdrowych. Ja jestem wariatką (mam na to papiery) i eksperymentuję na sobie, nie wiedząc, dokąd mnie to zaprowadzi. Wariaci mają inną wrażliwość, granice i moc rozpędu niż ludzie normalni, takie jest moje doświadczenie. Łatwiej nam się czymś podekscytować i nie móc w tym zatrzymać; szybciej możemy się krańcowo załamać i nie móc pozbierać; może nam się wydawać, że pewne słowa skierowane są wyjątkowo do nas, a autorka książki czyta nam w myślach – albo my jej – i tak dalej, w stronę głębszej psychozy. Dlatego muszę czytać ostrożnie, a jak na razie średnio mi to wychodzi. Zatęskniłam wczoraj za jungowskim podejściem, w którym sny, wyobraźnia, fantazje i mity są drogowskazami; potem pomyślałam sobie jednak, że mój psychiatra poznawczo-behawioralny jest chyba lepszym adresem, bo przy nim nie odpływam – zbyt często robimy coś, co nazywamy „weryfikacją rzeczywistości”. Może mi się śnić, że mam zastąpić Freddy’ego Mercurego na wokalu w Queen, ale nie traktujemy tego jako drogowskazu ani nie analizujemy, ba, nawet o tym nie rozmawiamy. Skupiamy się na tym, jak praktycznie wyprowadzić się z ataku samobójczo-psychotycznego.

Pisząc to uświadamiam sobie, jak bardzo brakuje mi wiedzy z zakresu psychopatologii, która mogłaby mi pomóc nazywać i kwalifikować to, co się ze mną dzieje. Studia skończyłam kilkanaście lat temu, od tego czasu wiele się w tej dziedzinie zmieniło. Budzi się we mnie jakiś głód wiedzy, potrzeba jasności, języka, dystansu do samej siebie zarazem. Tak bardzo chciałabym móc poobserwować siebie jak ciekawy przypadek – tak, jak czasem patrzą na mnie psychiatrzy – a potem obkleić się etykietkami i usiąść na tyłku z ulgą, że w końcu wiem.

Tymczasem wiem, że nic nie wiem.

Second day without symptoms. If it goes on like this, I’ll feel lucky! Well well, two whole days. Where is the time when I counted my well-being in weeks (probably never in months)? „When did you feel most stable?” – asks my doctor. „Six weeks last summer when I had no symptoms,” I reply. „Oh no, that doesn’t count … it was just the honeymoon phase. All patients have it when they put off drugs rapidly. „

Yeah.

I came back to the book that once helped me a lot – Clarissa Pinkola Estes’ 'Women who Run with the Wolves'. I read fairy tale after fairy tale, greedily, as if finally, after a long journey, I came to an invigorating source. The Jungian approach to development has always been close to my heart (I’ve even finished, in my previous healthy life, some courses in the heart of Switzerland), and I consider using fairy tales, myths and dreams to work on oneself as a beautiful resource. The only problem is that what I was taught was meant for healthy people. I am crazy (I have papers for this) and I experiment now on myself, not knowing where it will lead me. Crazy people have different sensitivity, limits and momentum than normal people, that’s my experience. It is easier for us to get excited about something and not be able to stop ourselves; we can sooner break down and be unable to pull ourselves together; it may seem to us that certain words are especially directed at us, and the author of the book reads our minds – or we hers – and so on, towards deeper psychosis. That is why I have to read carefully, and for now I manage poorly. I especially missed the Jungian approach yesterday, the one in which dreams, imagination, fantasies and myths are signposts; then I thought, however, that my cognitive-behavioral psychiatrist is probably a better address, because I don’t go sideways with him – all too often we do what we call „reality check”. I may dream that I am to replace Freddy Mercury on vocals in Queen, but we do not treat it as a signpost or analyze it; indeed, we do not even talk about it. We focus on how to practically recover from a suicidal-psychotic attack.

Writing this I realize how much I lack knowledge in the field of psychopathology that could help me name and qualify what is happening to me. I finished my studies a dozen or so years ago, since then a lot has changed in this field. There is a thirst for knowledge in me, a need for clarity, language, and distance to myself. I would love to be able to observe myself as an interesting case – as psychiatrists sometimes look at me – and then stick labels and sit on my ass with relief that I finally know.

Meanwhile, I know I know nothing.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.