uspokajanie / calming down

(ENG.below) Czytam i czytam i nadziwić się nie mogę, ile strategii radzenia sobie z niepokojem już wymyślono. Każdego dnia przeżywam niepokój graniczący z paniką. Wyłączyliśmy już jeden lek, który – być może, jak to zwykle w psychiatrii, nie na pewno – mógł się przyczyniać do wzrostu napadów lękowych. Trochę pomogło. Od środy włączamy natomiast nowy, uspokajający antydepresant. Tak więc znów, po raz trzysta trzydziesty piąty, biorę udział w loterii medykamentów.

Uspokajające techniki, które może i tobie mogą się przydać – moje ulubione – to:

  1. Oddech ze słowem kluczem, mający na celu szybką relaksację mięśni: wdech – na wydechu powtarzasz w głowie słowo-klucz (ja wybrałam „spokojna”). I tak przez dwie minuty. Działa.
  2. Oddech z zatrzymaniem: wdech do brzucha, zatrzymanie na pięć sekund, długi wydech ustami.
  3. Wizualizacja bezpiecznego miejsca: prawdziwego lub wyobrażonego. Z tym było mi na początku trudno. Każde miejsce wydawało mi się potencjalnie niebezpieczne. W końcu jednak utkałam z wyobraźni moje własne, istniejące tylko w mojej głowie, sekretne bezpieczne miejsce, i tam się udaję, by się uspokoić i zregenerować.
  4. Afirmacje: nie znoszę afirmacji, ale znalazłam takie, które brzmią realistycznie i wspierająco; nie są życzeniowe ani nadęte. „Przetrwałam już wiele kryzysów, przetrwam i ten.” „Moje emocje przychodzą i odchodzą, nie muszę się do nich przywiązywać.” „Jestem silna, potrafię przetrwać trudności”. „Nie jestem doskonała, mam swoje trudne strony, ale jestem dobrym człowiekiem.”
  5. Radykalna akceptacja: to prawdziwe wyzwanie; zamiast niezgody na stan, w którym jestem, pogodzenie się z tym, że TERAZ tak właśnie się czuję. Przynosi spokój, zapewniam.
  6. Podłączenie się do „czegoś większego”: mnie pomaga przypomnienie, że jestem częścią natury, tak jak ona podlegam cyklom i zmianom; jestem częścią wszechświata i mam w nim swoje miejsce.

Szukam jednocześnie nowej nazwy dla mojego bloga – jako że zmieniła się moja diagnoza, nie chciałabym wprowadzać w błąd czytelników, że blog poświęcony jest chorobie dwubiegunowej. Tak było, lecz już nie jest – aktualnie skupiam się na zaburzeniu związanym z dysregulacją emocji, czyli borderline. Jeśli masz jakiś pomysł na nową nazwę, daj znać w komentarzu.

Powodzenia w uspokajaniu!

I’ve been reading and reading, and I am amazed at how many strategies for dealing with anxiety have already been discovered and used. Every day I experience anxiety at the edge of panic. We have already turned off one medication that, perhaps, as is usual in psychiatry, not for sure, may have contributed to the increase in anxiety attacks. It helped a little. Starting on Wednesday, however, we will include a new, calming anti-depressant. So again, for the three hundred and thirty-fifth time, I’m in the medication lottery.

Calming techniques that you also may find useful – my favorite – are:

1. Breathing with a keyword, aimed at quick muscle relaxation: inhale – when you exhale, you repeat the keyword in your head (I chose „calm”). And so for two minutes. It works.

2. Breathing with hold: inhale into abdomen, hold for five seconds, long exhale through mouth.

3. Visualization of a safe place: real or imagined. It was difficult for me at first. Every place seemed potentially dangerous to me. In the end, however, I imagined my own secret safe place, existing only in my head, and there I go to calm down and recuperate.

4. Affirmations: I hate affirmations, but I found ones that sound realistic and supportive; they are not wishful or puffed up. „I have survived many crises, I will survive this too.” „My emotions come and go, I don’t have to get attached to them.” „I am strong, I can endure difficulties.” „I’m not perfect, I have my hard sides, but I’m a good person.”

5. Radical acceptance: this is a real challenge; instead of disagreeing with the state I am in, accepting that this is what I feel NOW. Brings peace, I assure you.

6. Connecting to „Something Greater”: It helps to remind to myself that I am part of nature as I am subject to cycles and changes; I am part of the universe and I have my place in it.

I am also looking for a new name for my blog – as my diagnosis has changed, I would not like to mislead readers that the blog is about bipolar disorder. It was, but it is no longer – I’m currently focusing on borderline disorder. If you have any idea for a new name, let me know in the comment.

All the best with calming down!

porwana / kidnapped

(ENG.BELOW) Dziś od rana jestem zamglona jak krajobraz za oknem. Znów gdzieś zgubiłam jasność myślenia, emocji i intencji. Rano musiałam się poratować koktajlem olanzapinowo-lorazepamowym, ze względu na obsesyjne myśli samobójcze. Mimo wszystko próbuję pamiętać o tym, że mam w sobie i te zdrowe części, tylko czasem zapadają się tak głęboko, że nie potrafię ich dosięgnąć.

Przetacza się przeze mnie duży, ciężki proces autoterapeutyczny. Machina kompleksów, głęboko zaryta w mojej podświadomości, ruszyła, gdy poprzedniego wieczora dostałam komunikat od pewnej życzliwej, twórczej i wspierającej osoby płci męskiej, z którą czułam się w relacji bardzo bezpiecznie. Napisał: nie tylko akceptuję cię w całości, ale i uważam, że jesteś wspaniałą osobą. Mój mózg najpierw rozbłysnął milionami radosnych synaps, jakby ktoś dał mi narkotykowy szot, a następnie uruchomił program „zespół stresu pourazowego“ oraz „Wewnętrzny Krytyk“. Czemu on pisze, że jestem wspaniała? Czego ode mnie chce? Co sobie o mnie wyobraża? Jak bardzo się myli? Może chce pocieszyć wariatkę? Przecież jestem zepsuta, połamana, mam za sobą niechlubne karty z przeszłości, których do dziś się wstydzę, a których on jest świadomy. Co on ma na myśli? Jak to – jestem wspaniała? Jak on może mnie akceptować w całości, jeśli ja jestem tak daleka od akceptacji siebie w całości, bo tyle we mnie wstydu i samopogardy? Marzę o tym, by ktoś miał mnie za wspaniałą osobę – potwornie boję się tego, że ktoś ma mnie za wspaniałą osobę.

Krok za krokiem, próbuję rozplątać się z kłębowiska myśli i emocji. Śni mi się, że zostaję porwana przez adoratora, i mimo że biję go z całej siły, z pięści, w twarz, kopię, walczę – on pozostaje niewzruszenie we mnie zapatrzony. Nie chcę zostać porwana przez mój lęk, przez mój niepokój, przez mój zespół stresu pourazowego – bo przecież moja pierwsza hospitalizacja przed laty zaczęła się właśnie dlatego, że zostałam porwana przez epizod maniakalno-depresyjno-psychotyczny i zrobiłam w związku z tym wiele rzeczy, których wolałabym nigdy nie popełnić. Chcę być człowiekiem, który, gdy słyszy od kogoś, że jest wspaniałą osobą, nie reaguje jak lis w klatce, hodowany na futro, którego godzina się zbliża. Chcę reagować jak zdrowa osoba – cieszyć się, czuć wdzięczność, radość z docenienia, dumę, uśmiechać się i wklepywać dobre słowa jak życzliwy balsam. Tymczasem jestem zdjęta trwogą do takich rozmiarów, że muszę ratować się lekami. Kim się stałam?

Mój psychiatra zawsze powtarza: pielęgnuj w sobie Racjonalnego Dorosłego. Rozpoznawaj, gdy porywają cię inni aktorzy twojego wewnętrzego teatru i szukaj obiektywnej oceny sytuacji. Przedzieram się przez zwały chorobowej mgły i docieram do odrobiny jasności: uczucia nieśmiałości, że ktoś mnie docenia, radości i nieufności zarazem, ulgi i poczucia, że mam wiele talentów i zasobów, które można uznać za – no, może nie wspaniałe – ale dobre. Cała reszta mojego wewnętrznego dialogu wokół tej sytuacji to powykręcane, chorobowe i postchorobowe śmieci. Nie chcę oddychać ich zapachem. Chcę oprzeć się na moim Racjonalnym Dorosłym.

Trzymaj kciuki za mój proces.

Today, since morning, I am foggy like the landscape outside the window. Again, somewhere I have lost my clarity of thinking, emotions and intentions. In the morning I had to rescue myself with an olanzapine-lorazepam cocktail due to obsessive suicidal thoughts. After all, I try to remember that I have these healthy parts in me, but sometimes they sink so deep that I can’t reach them.

A large, heavy self-therapeutic process is going through me. The machine of complexes, deeply embedded in my subconscious, started when the previous evening I received a message from a kind, creative and supportive male person with whom I felt very safe in a relationship. He wrote: not only do I accept you fully, but I think you are a great person. My brain first flashed with millions of happy synapses, as if someone had given me a drug shot, and then launched the PTSD and Inner Critic programs. Why does he write that I’m great? What does he want from me? What does he imagine about me? How wrong is he? Maybe he wants to cheer the madwoman up? After all, I am broken, twisted; I have behind me shameful deeds from the past, which I am ashamed of still, and which he is aware of. What does he mean? How is it possible – to think I’m great? How can he accept me as a whole when I’m so far from accepting myself as a whole because I have so much shame and self-contempt? My dream is for someone to think I am a great person – and I am terribly afraid that someone will think I am a great person.

Little by little, I try to unravel myself from the entanglement of thoughts and emotions. I dreamt last night that I got kidnapped by an admirer, and even though I beat him with all my strength, with my fist, in the face, kicking, fighting – he remained enchanted by me. I don’t want to be kidnapped by my anxiety, by my fear, by my post-traumatic stress disorder – because my first hospitalization years ago started precisely because I was kidnapped by a manic-depressive-psychotic episode and I did a lot of things that I’d rather never commit. I want to be a person who, when she hears from someone that she is a great person, does not react like a fox in a cage, bred for fur, whose end is approaching. I want to react like a healthy person – enjoy, feel grateful, find joy in appreciation, pride, smile and tap good words like a kind balm. Meanwhile, I am so afraid that I have to save myself with drugs. Who have I become?

My psychiatrist always says: nurture a Rational Adult within you. Recognize when you are kidnapped by other actors of your inner theater and look for an objective assessment of the situation. I tear my way through the mounds of the morbid fog and reach a bit of clarity: a feeling of shyness that someone appreciates me, joy and distrust at the same time, relief and a feeling that I have many talents and resources that could be considered – well, maybe not great – but good. All the rest of my internal dialogue around this situation is twisted, sick and post-sickness rubbish. I don’t want to breathe its scent. I want to lean on my Rational Adult.

Cross your fingers for my process.

ani ładna, ani przyjemna / neither pretty nor nice

(ENG.BELOW) Gdy byłam małą dziewczynką, rodzice powiesili w mieszkaniu reprodukcję obrazu przedstawiającego inną dziewczynkę (bardzo popularna na początku lat osiemdziesiątych reprodukcja). Dziecko to miało rozchylone usta i senne spojrzenie. Bałam się jej nieustająco. Wydawało mi się, że wodzi za mną oczami i że do mnie mruga. Miałam na tym tle tyle lęków, że rodzice zlitowali się i obraz zdjęli. Przypomniało mi się to wczoraj, kiedy dostałam ataku psychotycznego pod wieczór – w związku z malowaniem portretów. Zdawało mi się, że one ożywają, że patrzą na mnie swoimi własnymi, a jednocześnie moimi oczami; że każdy obraz kradnie cząstkę mojej duszy, staje się szamanicznym totemem, który zaczyna wieść niezależne ode mnie życie. Mój niepokój, a potem bardzo szybko ogromny lęk rósł z każdą chwilą. Lorazepam. Mój pies zaczął obwąchiwać pędzle: na pewno coś wyczuwa, o, to znak. Nie mogę już patrzeć na te twarze, to one patrzą na mnie! Zyprexa. Niepokój. Drugi Lorazepam. I wreszcie…ulga.

Pisałam już wielokrotnie o tym, że choć w trakcie ataków psychotycznych myśli są niedorzeczne, uczucia pod nie podpięte są absolutnie realne. Strach, panika, niepokój – dojmująco głębokie. Tak, jakby NAPRAWDĘ coś strasznego się działo, mimo, że obok rzeczywistość płynie spokojnie i naturalnie. Nie dla chorego. Chory przeżywa dramat, współistniejący z kolacją, mężem klikającym na komputerze, psem zajadającym przysmaki i kojącą muzyką w tle. Cierpimy, żołądek skręca się nam ze strachu. Po godzinie wszystko wraca do stanu sprzed. Jesteśmy tylko…bardzo zmęczeni.

Malowanie autoportretów kosztuje mnie wiele emocji, których za radą psychiatry powinnam unikać. Jako że jednak nie zamierzam wieść życia rozwielitki bądź ameby, maluję i chcę malować nadal. W każdym obrazie mieszczę sporo tego, co czuję – a jest tego naprawdę dużo. Na takie obrazy trudno patrzeć, są tak intensywne. Nie powstają jednak po to, by pobudzać zmysł estetyczny. To Art Brut, malowanie z trzewi. A jednak…dla własnego dobra powinnam być może przerzucić się na krajobrazy z jeleniami i zachodami słońca?…Tworzyć coś ładnego, przyjemnego?

Lecz jak mam to zrobić, jeśli wewnątrz nie jestem ani ładna, ani przyjemna?…

When I was a little girl, my parents hung in our apartment a reproduction of a painting showing another girl (a very popular one in the early 1980s). The child had mysteriously opened lips and sleepy eyes. I was constantly afraid of her. I thought she was following me with her eyes, winking at me. I had so many fears that my parents took pity and took the painting off. I remembered it yesterday, when I had a psychotic attack in the evening – in connection with my painting portraits. It seemed to me that they come to life, that they look at me with their own eyes and at the same time with mine; that each picture steals a piece of my soul, becomes a shamanic totem that begins to lead a life independent of me. My anxiety, and then very quickly, a great fear grew with every passing moment. Lorazepam. My dog ​​started sniffing the brushes: he must sense something, oh, that’s a sign. I can’t look at these faces anymore, they are looking at me! Zyprexa. Anxiety. Second Lorazepam. And finally… peace.

I have already written many times that although thoughts are absurd during psychotic attacks, the feelings attached to them are absolutely real. Fear, panic, anxiety – painfully deep. As if something REALLY terrible was happening, even though reality flows calmly and naturally. Not for the sick. The sick person experiences a drama, coexisting with dinner, a husband clicking on the computer, a dog eating delicacies and soothing music in the background. We suffer, our stomach twists with fear. After an hour, everything returns to the state it was before. We’re just… very tired.

Painting self-portraits costs me a lot of emotions, which I should avoid on the advice of a psychiatrist. However, since I do not intend to lead the life of an amoeba, I paint and I want to continue to paint. In every painting I put a lot of what and how I feel – and there is much of it. It is difficult to look at such images, they are so intense. However, they are not created to stimulate the aesthetic sense. It’s Art Brut, a visceral painting. And yet … for my own good, should I perhaps switch to landscapes with deer and sunsets? … Create something pretty, nice?

But how am I supposed to do this if inside I am neither pretty nor nice? …